Mar 16

Już nie będą mówić o tobie: „opuszczona”,

a o twojej ziemi nie będą mówić: „pustkowie”,

lecz będą cię nazywali: „Moja Rozkosz”

a twoją ziemię: „Poślubiona”,

gdyż Pan ma w tobie upodobanie,

a twoja ziemia zostanie poślubiona. Iz 62,4

Ów tekst z Księgi Izajasza nie jest przypadkowy! Co prawda zapowiada ocalenie Syjonu i opiewa ziemię, która ze względu na obietnicę, daną Abrahamowi a zrealizowaną w Jezusie z Galilei, w szczególny sposób jest ojczystą ziemią wszystkich wierzących, to przecież dzięki zbawczemu czynowi Chrystusa, obejmującemu wszystkich ludzi, możemy być pewni, że każda ziemia jest ziemią świętą, bo ziemią Bożego objawienia.

I taką jest również nasza śląska ziemia, o której w przeszłości i współcześnie wielu powiada, że jest pustkowiem. Śląsk bywa przedstawiany jako ziemia ludzi pracy, ale kulturowa pustynia, w którą trzeba wszczepiać kulturę innych ziem. Sądzę, że między innymi jest to efekt przesunięcia rdzennych przestrzeni Śląska na tereny górniczego zagłębia. A tymczasem intelektualnego dorobku Europy nie sposób wyobrazić sobie bez światła, które ze Śląska, a zwłaszcza z terenów zwanych Dolnym i Średnim Śląskiem, przez tysiąc lat promieniowało nie tylko na Polskę.

Być może łatwo też zapomnieć o śląskich Henrykach (Brodatym, Pobożnym i Probusie), którym zabrakło łutu politycznego szczęścia, aby odnowa polskiej państwowości w okresie dzielnicowego rozdrobnienia dokonała się właśnie ze Śląska, a pamiętać jedynie o poddaństwie śląskich księstw czeskiej koronie, którą zakładali niemieccy władcy, aby dziś móc odbierać nam prawo do własnej tożsamości i degradować do roli polskiego, niemieckiego czy czeskiego zaścianka.

Niestety nawet spora część ślązaków niewiele lepiej traktuje swoją macierz, postępując wedle słów proroka i opuszczając ją w poszukiwaniu lepszego życia.

Czy Śląsk jest opuszczony? Nie, nie przez władców tego świata, bo oni zawsze widzieli tutaj jakiś łakomy kąsek, a to polityczny, a to gospodarczy! Pytanie nie dotyczy także Świętego Boga, który łaskawego oblicza nie odwraca od żadnej ziemi. Śląsk został opuszczony przez własne córki i synów, którzy uwierzyli propagandzie głoszącej, że to jest ziemia niczyja i prowincjonalna.

Opuściliśmy swoją ziemię. Może nie wszyscy z niej wyjechaliśmy, ale spora część spośród nas opuściła tę ziemię w sferze świadomości i mentalności.

Jak długo jeszcze będziemy wstydzić się swojej śląskiej tożsamości? Jak długo będziemy pracować na gospodarczy dorobek i cywilizacyjny rozwój innych ziem, traktując Śląsk wyłącznie jako sentymentalną ziemię rodzinnych sag o przeszłości?

Z wielu powodów tak dłużej być nie może. „… lecz będą cię nazywali: „Moja Rozkosz” a twoją ziemię: „Poślubiona”, gdyż Pan ma w tobie upodobanie, a twoja ziemia zostanie poślubiona„. Śląsk ma przyszłość, ponieważ jest ziemią obietnicy, której jako Boże dzieci jesteśmy dziedzicami.

Żadna ziemia nie jest prowincjonalna z racji swojego położenia ani historii, ponieważ o prowincjonalności decydują ludzie ją zamieszkujący. Centrum świata jest zawsze tam, gdzie jest człowiek obdarowany zbawieniem i służący Chrystusowi w Jego Królestwie! Ta prawda odnosi się także do nas! W Chrystusie zbawieni, z pokojem możemy spoglądać w przyszłość! Rodzi się jednak wątpliwość, związana ze służbą Chrystusowi. Czy rzeczywiście chcemy służyć Mu tutaj, gdzie się urodziliśmy i w jaki sposób?

Historia Śląska dostarcza pięknych przykładów, przed którymi współczesna małostkowość wielu z nas powinna aż do ziemi chylić swoje czoło. Dla wielu jest nim również postać Jadwigi Śląskiej, córki hrabiego na Andechs w Bawarii, a żony światłego śląskiego władcy, Henryka Brodatego.

Znamiennym jest fakt, że zasłynęła nie tylko jako osoba niezwykle pobożna i oddana misyjnemu dziełu Kościoła, o czym między innymi świadczy jej fundacja żeńskiego klasztoru cystersek w Trzebnicy, ani jako wierna towarzyszka życia, ratująca męża przed śmiercią z rąk piastowskich krewnych, ale także jako bene litterata (dobrze wykształcona), jak określił ją ówczesny biograf. Oto jedynie szkic śląskiej historii i śląskiej tożsamości, ale jakże charakterystyczny i dający wiele do myślenia.

Jadwiga z Bawarii staje się żoną piastowskiego księcia, który konsekwentnie i mądrze realizuje politykę umacniania swej dzielnicy, dążąc do objęcia krakowskiego tronu i założenia na skronie syna polskiej korony. Bynajmniej nie wnosi w śląską historię jedynie zdecydowanej woli zrealizowania wraz z mężem politycznej racji stanu, ale też swoje religijne dziedzictwo, naznaczone religijną wrażliwością wielkich mistyczek średniowiecznej Europy oraz odpowiednie wykształcenie.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha i wyciąga wnioski!

Po pierwsze związanie z Kościołem.

Po drugie polityczne oddanie swojej ziemi.

Po trzecie najlepsze z możliwych wykształcenie.

Takie są cechy kobiety, będącej upostaciowieniem Śląska.

Jeśli życzymy sobie, aby słowa: „… lecz będą cię nazywali: „Moja Rozkosz” a twoją ziemię: „Poślubiona”, gdyż Pan ma w tobie upodobanie, a twoja ziemia zostanie poślubiona” urzeczywistniały się w dalszych dziejach naszej rodzinnej ziemi – a wierzę, że tak jest – powinniśmy brać przykład z Jadwigi Śląskiej.

Śląska tożsamość wyrosła z trzech źródeł, a mianowicie z miłości do Chrystusa poprzez służbę Kościoła, szkolnictwa i politycznej odpowiedzialności. Czy nie powinno tak być dalej? Kto nam wmówił, że naszej ziemi nie wolno nam nazywać Moją Rozkoszą? Z jakiego powodu nie mielibyśmy mieć nadziei, iż Bóg ma w niej upodobanie, skoro w Chrystusie poślubił nas jako Oblubienicę?

Kochać tę ziemię można tylko tak, żeby z trzech filarów śląskiej tożsamości rodziło się dobro dla następnych pokoleń, to znaczy z miłości do Kościoła, solidnego wykształcenia oraz politycznego zaangażowania w jej gospodarczy, społeczny i kulturowy rozwój. Jeśli jednego z nich zabraknie, nasza ziemia będzie opuszczoną, przez wielu zwaną pustkowiem.

Aby zrozumieć esencję śląskiej tożsamości, trzeba myśleć integralnie, a właściwie symbolicznie, a więc brać pod uwagę i jednoczyć w swej refleksji różnorodne wektory przeszłości i teraźniejszości. Naszym obowiązkiem jest ciągłe przypominanie, że na Śląsku od zawsze spotykały się i na siebie oddziaływały różne kultury, a zwłaszcza czeska, morawska, polska i niemiecka. Dlatego Śląsk jest światły, ponieważ zawsze otwarty na inność, nie zamknięty i zaściankowy, ale wyciszony i pokorny wobec tego, co jest obce.

Wyciszony i pokorny Śląsk, czy to nie jest nadużycie? W żadnym wypadku, ponieważ takim rozpoznajemy go w świadectwie historii; takich ludzkich zachowań wciąż jeszcze są pełne śląskie domy; takie cechy kształtują śląską duchowość; takim wreszcie Śląsk jest potrzebny nowoczesnej i jednoczącej się Europie.

Śląsk potrzebny jest Europie jako ziemia pojednania, a pojednanie bezwzględnie domaga się prawdy i miłości.

Te wszystkie wątki, które do tej pory poruszyłem, zmierzają do jednego mianownika, a mianowicie do wyrażenia żalu, że nam – Ślązakom – niejednokrotnie wyrządzano wielką niesprawiedliwość, a przecież siła Śląska i niezbędność jego inności, polega właśnie na tym, że najlepiej pojęta sprawiedliwość, a więc ewangeliczna, chrześcijańska, jest genetycznie wpisana w esencję śląskości.

Sprawiedliwość bowiem nie jest jurydycznym pilnowaniem równowagi pomiędzy winą a karą oraz zasługą a nagrodą. Sprawiedliwość nigdy nie czyni zła, nawet pod pozorem zachowywania prawa, ale rozpoznając rzeczywiste problemy ludzkiej egzystencji angażuje się w czynienie dobra i nie tylko zachowuje życie, ale wszystkim siłami stara się je pomnażać.

Trudno dziś zliczyć wszystkie cierpienia, które dotknęły śląską ziemię, począwszy od wojen, które z cesarzem toczył Bolesław Chrobry, czeskich najazdów w dobie dzielnicowego rozbicia Polski, tatarskich zagonów po Legnicę, poprzez wojnę trzydziestoletnią i kampanie toczone pomiędzy Prusami i Austrią, aż po dwudziestowieczne targi o prawo do śląskiej historii.

Niesprawiedliwość nigdy nie jest dobrem, ale w niej kształtował się śląski charakter wyciszony i pokorny, który może stać się niezbędnym czynnikiem jednoczącym środkową Europę. W śląskiej historii nic nie jest oczywiste, a wszystko bywało możliwe. Śląska tożsamość zbudowana jest z przeciwieństw, dlatego nie jest prowincjonalna i arogancka, ale wciąż ma w sobie twórcze potencje.

Ktoś mógłby powiedzieć, że należy do niej także historia Reformacji i ewangelickich Kościołów. Takie postawienie problemu, chociaż zdradza dobre intencje, mimo wszystko nie przybliża do właściwego zinterpretowania śląskiej tożsamości, ponieważ jest jednostronne. Nie rozwiążemy żadnej tajemnicy, rozpatrując wyłącznie jeden wymiar.

Na śląski ewangelicyzm musimy patrzeć poprzez pryzmat jego związków z całym Kościołem i historią Europy, a dopiero wówczas pozbędziemy się zafałszowanego obrazu śląskiej tożsamości, który powstał z takiego, jednostronnego postawienia problemu.

Za przykład niech służą fakty z życiorysu Piasta, władającego księstwem opolskim w czasach wittenberskiej Reformacji, a mianowicie Jana II, zwanego Dobrym.

Otóż dzięki kronice Mateusza Scholtissa, kanonika kościoła kolegiackiego w Nysie, wiemy, że ów książę, który na co dzień posługiwał się j. polskim, swą książęcą kancelarię prowadził w j. czeskim. I w tymże języku w 1531 roku wydał wielki przywilej ziemski, rozpoczynający się stwierdzeniem, że oba księstwa, a mianowicie opolskie i raciborskie, które udało się mu ponownie scalić, są częścią czeskiej korony, natomiast swoim spadkobiercą, jako że nie doczekał się potomka, uczynił nie Polaka i nie Czecha, ale Jerzego Hohenzollerna. Tymczasem do spadku po Janie opolskim pretendowali przecież dwaj piastowicze, a mianowicie Fryderyk II legnicki oraz Kazimierz II cieszyński.

Czy nad tym wszystkim nie warto rozmyślać, pamiętając przecież, że pomiędzy żyjącymi wówczas śląskimi piastowiczami, Jan opolski jako jedyny był niechętny Reformacji i pokojowymi środkami starał się zachować swoje księstwo przed jej wypływami? Spadkobiercą zaś uczynił Hohenzollerna, wyznawcę luteranizmu, przeciw Piastom śląskim, także sprzyjającym luterańskiej odnowie Kościoła!

Na tym przykładzie widać wyraźnie, że śląskiej tożsamości nie określa w sposób wyłączny ani biegun narodowościowy, ani wyznaniowy, ale że ona wyłania się z różnobarwnej palety zjawisk i wpływów, którym zawsze była poddana śląska ziemia.

W swoim wystąpieniu nie chcę przedstawiać tylko faktów historycznych, ponieważ będąc teologiem powinienem mieć wrażliwość na Bożą aktywność w ludzkiej historii. A to oznacza, że staram się uwzględniać także personalną i egzystencjalną głębię procesów, które na arenie dziejów ujawniają się jako tzw. fakty historyczne. Wydarzenie, które oderwiemy od czynnika ludzkiego i kulturowego, zinterpretowane jedynie historycznie, najczęściej zafałszowuje prawdę, zamiast mieć udział w jej epifanijnym charakterze.

Hermeneutycznie rzecz rozpatrując widać, że epifanijny charakter prawdy uwidacznia się – bodajże najlepiej – w słowie, które zostaje wypowiedziane, aby rzecz wywołać z nierzeczywistości, uczynić ją rzeczywistością. Poza tym słowo ma udział w stwarzaniu wspólnoty i jej ciągłym reformowaniu poprzez interpretację.

Dlatego słowa, którymi posługuje się konkretna wspólnota są słowami budulcami i słowami nadającymi wspólnocie tożsamość. Nie chcę mówić o śląskich słowach pod kątem etnograficznym, ani językoznawczym, bo nie czas i nie miejsce. Chcę na trzech przykładach pokazać wyjątkowość śląskiej tożsamości i dać podłoże tezie, że nie tylko zawiłość śląskiej historii, ale w jeszcze większym stopniu semantyczne bogactwo śląskich słów doprowadziło do powstania duchowości nieautorytarnej, zdecydowanie innej od polskiej duchowości autorytarnej, dośrodkowej, nacjonalistycznej, a przez to naszej śląskiej duchowości nadaje ekumeniczny charakter.

Czyż słowa, pachnące domem starzików i nadające sens magicznej przestrzeni dziecięcego świata, nie są ustami matki i plecami ojca, doprowadzającymi człowieka do linii horyzontu, za który albo odważy się wyjść, albo stchórzy? Dlaczego wielu tchórzy? Może nie tych słów nasłuchali się w dzieciństwie?

Trzy śląskie słowa – moim zdaniem nadające sens śląskiemu byciu i decydujące o ekumenicznym otwarciu naszej duchowości – które co prawda nie są używane we wszystkich odmianach śląskiej gwary w równym stopniu, ale wszystkie przynależą do śląskiego słownika, brzmią następując: trefić się, przoć se, dziwać się.

Trefić się – czy to nie początek naszych śląskich spotkań i wspólnoty? Ale jak my się spotykamy? My spotykamy się inaczej, aniżeli reszta Polski, bo my trafiamy na siebie, trafiamy w siebie, spotykamy się, aby być trafionym odmiennością spotkanego. Jakież bogactwo znaczenia, którego nie pojmie nikt, który tylko się spotyka, chyba że potykanie się nie interpretować negatywnie, jako potyczkę. Już z wcześniejszych refleksji wyłonił się obraz Śląska jajko miejsca spotkań różnorodnych kultur i religijnych doświadczeń Boga. Teraz widać, że Śląsk jest czymś więcej, a mianowicie jest spotkaniem. Jest nie tylko istnieniem obok siebie, stykaniem się, osławioną i chyba tylko przysłowiową polską tolerancją, ale mieszaniem, wpływaniem, trafianiem w siebie! Po każdorazowym spotkaniu już nie jestem sobą, jestem kimś zreformowanym przez owo spotkanie.

Filozofia dialogu opisuje to, co jest cechą śląskiej tożsamości i co sprawia, że nasza duchowość nie jest zamknięta, ale otwarta; podatna na inność i ekumeniczna w pełnym tego słowa znaczeniu.

Trefić się znaczy coś jeszcze. Wskazuje mianowicie na ważną cechę Kościoła jako wspólnoty. Nie chodzi o umówione z góry spotkanie w konkretnym miejscu. Naszą tożsamość ma kształtować wcześniej wypowiedziane słowo, list, zaproszenie ­ – wierzę, że Boże – chodźcie wszyscy z różnych stron i bądźcie nową wspólnotą, ludem miłości. I w tym sensie śląskie trefianie w siebie podprowadza nas ku kolejnemu słowu.

Przoć ­– czyż nie na tym polega istota naszej śląskiej wspólnoty? To słowo wskazuje bowiem na inne przociel, czyli krewny. Podczas, gdy dla większości Polaków krewny jest kimś, mającym tą samą krew, na Śląsku rozumiemy, że przociel wywodzi się z przocio czyli z miłości. I to zmienia wszystko. W śląskiej mowie krewnym jest ktoś, kto jest z naszej miłości! Być może nie musiałbym przypominać słów Jezusa, jednak dla przyjemności delektowania się śląskimi znaczeniami uczynię to: „I odpowiadając, rzekł im: Któż jest matką moją i braćmi? I powiódł oczyma po tych, którzy wokół niego siedzieli, i rzekł: Oto matka moja i bracia moi. Ktokolwiek czyni wolę Bożą, ten jest moim bratem i siostrą, i matką” (Mk 3,33-35). Ewangeliczne wskazanie Jezusa, że podstawowym kryterium przynależności do rodziny dzieci Bożych jest wykonywanie woli niebieskiego Ojca, czyli życie w miłości, na poziomie semantycznej podwaliny odkrywamy jako konstytutywną cechę śląskiego rozumienia wspólnoty.

Czy śląska tożsamość może być autorytarna, zamknięta, wrogo usposobiona do obcego, który inaczej mówi, myśli i doświadcza Boga? Myślę, że nie. Myślę, że cieszyński ekumenizm nie jest ewenementem, ani wynaturzeniem. Jest naturalną konsekwencją śląskiej tożsamości.

Co prawda w różnej mierze angażujemy się w ekumeniczne poczynania naszych Kościołów, mimo wszystko jesteśmy na nie otwarci w większym stopniu, aniżeli nasi sąsiedzi np. z Małopolski, co widać po księżach, kierowanych w ramach Diecezji Bielsko-Żywieckiej do służby na Śląsk Cieszyński., którzy są zamknięci, nieufni i częstokroć wrogo usposobieni do ewangelików. Kończą te same seminaria, co ich śląscy koledzy, zatem co decyduje o ich zamknięciu?

Nie postrzegają, że mają tutaj szansę trefić innego, aby w efekcie trefić samego siebie jako tego, który nie grupuje ludzi wedle krwi, rasy i przynależności plemiennej bądź kościelnej, ale wedle prawa przocio. Nie potrafią – w większości, czyli na szczęście nie wszyscy -zobaczyć bogactwa śląskiej różnorodności. Dlaczego nie potrafią? Sądzę, że nie potrafią patrzeć po śląsku. Oczywiście nie idzie o oczy, ale znów o słowo.

Dziwać się – czy nie na tym polega odmienność śląskiej tożsamości? My nie tylko patrzymy; my nie tylko używamy oczu, żeby coś zobaczyć. My patrzymy tak, żeby się zadziwić. Nasze spoglądanie zmierza do zadziwienia. Do prostej zdawałoby się czynności, jaką jest patrzenie, potrzebujemy serca. Stąd nasza duchowość jest duchowością zachwycenia, zafascynowania. Nie boimy się odmienności, ale jesteśmy skłonni poszukiwać w niej jakiejś cząstki, która jest nam potrzebna do poszerzenia horyzontów i pogłębienia duchowości. A taki człowiek częściej od innych bywa skłonny do zachwytu nad pięknem stworzenia, dobrem codziennego błogosławieństwa i prawdą, o intrygującym obliczu miłości.

Zachwyt pozwala człowiekowi przekraczać granice rzeczywistości, zakreślone możliwościami intelektu bądź ograniczeniami czasoprzestrzeni. Zachwyt obecnością żywego Boga sprawia, że potrafimy przezwyciężać własne lęki i przekraczać granice. Zachwyt sprawia, że Śląsk jest spotkaniem a śląska tożsamość jest ekumeniczna.

Na cieszyński ekumenizm niemały wpływ na pewno mają spektakularne akcje Kościołów, oficjalne wypowiedzi biskupów, dokumenty i teologiczne komisje. Jednak w niejednym wypadku skutki cieszyńskiego ekumenizmu idą daleko dalej, aniżeli wynikałoby to z woli Kościołów, prawnych możliwości i teologicznych ustaleń. Coś jeszcze zadziałało. Czy tylko sympatie pomiędzy księżmi? Na pewno też, ale chyba nie do takiego stopnia.

Cieszyński ekumenizm może być w różnym stopniu, w zależności od sytuacji kościelnej, społecznej i politycznej hamowany, a nawet niszczony, jednak gdy nastaje dla niego względnie dobry czas, rozwija się nie dla satysfakcji episkopatów i w efekcie usilnych starań Kościołów, ale jako naturalny owoc tożsamości z gruntu otwartej, nieautorytarnej i ekumenicznej.

Ekumenizm, wbrew temu, co sugeruje nazwa, nie jest tylko ideologią. W pierwszym rzędzie jest tchnieniem Bożego Ducha, budzącym w ludziach pragnienie miejsca, które byłoby przyjazne, domowe, ciepłe, dające poczucie bezpieczeństwa. Na Śląsku, otwartym z każdej strony na różnorodne wpływy, wykształciła się forma kultury, która z jednej strony mieszkańcom tej ziemi zapewnia poczucie zadomowienia i bezpieczeństwa, jednak z drugiej strony jest otwarta, ciekawa nowości, gotowa spotkać się z innością, bez obawy o tożsamość.

Wydaje mi się, że poza doświadczeniem religijnym, również sfera polityczna dostarcza podobnej obserwacji. Widać ją dobrze ze skróconej perspektywy przemian ostatniego dwudziestolecia. Na Śląsku ważniejsze od przynależność do partii jest poczucie związku z lokalną wspólnotą. W większości górnośląskich miejscowości władzę sprawują ludzie, bardziej ceniący sobie tożsamość aniżeli polityczną strukturę społeczeństwa. Polska tożsamość narodowa jest romantyczna i scentralizowana. Dokładnie odwrotnie jest z tożsamością śląską, która nie wykazuje centralistycznych ani romantycznych inklinacji.

W tym tkwi siła śląskiej kultury i dlatego również cieszyński ekumenizm może wydawać się mieszkańcom pozostałych polskich ziem zagrożeniem dla ich religijnej czy narodowej tożsamości. Na Śląsku ktoś zawsze się osiedlał, tworzył, zmieniał, wnosił nowego ducha. Na Śląsku, przejeżdżając przez kolejne miejscowości, z dużą dozą prawdopodobieństwa można rozpoznać na przykład po usytuowaniu domów względem osi drogi i pozostałych domostw, gdzie osiedlili się np. katolicy, a gdzie ewangelicy, bądź po ilości kościołów, ich architekturze oraz rozmieszczeniu, jakie były dzieje reformacji i kontrreformacji.

Czy podobnych śladów, typowa dla Śląska kultura otwartości, jednocześnie udomowiająca obce wpływy, nie mogła pozostawić na naszej duchowości? Raczej na pewno tak.

Powiada się na przykład, że ślązacy są pokorni. Często byłaby to już przysłowiowa pokora ślązaków, z którymi można robić co się chce, bo są ślimoki. Problem tkwi w tym, że to, co wmawia się ślązakom, pokorą nie jest. W języku łacińskim pokorę wyraża się jako humilitas, słowo pokrewne od humus (ziemia). Pokorą jest więc świadomość związku z ziemią i poważne traktowanie własnej cielesności. Mówiąc inaczej i bardziej teologicznie pokora jest odwagą przyznania się przed sobą i bliźnim do własnej adamiczności, do tego, co pięknie po polsku można nazwać bycie ziemianinem.

Człowiek pokorny nie jest śląskim ślimakiem, z którym można robić co się chce, ale człowiekiem silnym, bo odważnie wkraczającym w ciemności własnego „ja”, gdzie czeka Bóg, jako łaskawy Pan, odpuszczający grzechy; Zbawiciel, ratujący z ciemności; Wybawiciel z niewoli lęku. Doświadczenie własnej niemocy kieruje człowieka w stronę łaskawego Boga. Wtedy staje się jasne, że – jak powiedział Tertulian: „caro cardo salutio” – osią zbawienia jest ciało. Sięgając człowieczych głębin, pokorny dociera do miejsca w sobie, w którym zaczyna się proces uzdrowienia przez poddanie własnych sił Bożemu działaniu. Myślę, że integralną cechą śląskiej tożsamości jest wyznanie, wynikające z dobrze rozumianej pokory: Nie jesteśmy ludzkimi panami, ale małymi ludźmi.

Co prawda wielcy tego świata i ludzie o złych sercach wykorzystują tę cechę do granic wytrzymałości, ale dzięki niej na Śląsku mamy do czynienia z postawami obywatelskimi i religijnymi, zdecydowanie różniącymi ślązaków od mieszkańców rdzennej Polski. W sferze publicznej i religijnej manifestuje się na Śląsku pokorna mądrość, że skarb jest na wyciągnięcie ręki. Skarb nie znajduje się wysoko nad głowami, ale jest w nas i wokół nas. Droga do skarbu wiedzie nie przez wcielanie ideałów – częstokroć siłowe – i pomnażanie cnót, czego symbolem jest wspinanie się po drabinie. Drogą do skarbu jest wejście w głąb siebie, aby w ciemnościach swojej egzystencji spotkać się z Bogiem żywym, Bogiem działającym w nas i wokół nas.

Odwrotną stroną pokory jest humor, zwłaszcza umiejętność dystansowania się do siebie i problemów, z jakimi przychodzi się zmierzyć. Poczucie humoru jest zrośnięte z ludzką niedoskonałością i dostrzega piękno życia tak w małych, jak i wielkich sprawach. Człowiek obdarzony humorem jest pogodzony ze swoim człowieczeństwem, ziemską istotą i słabościami. Poczuciem humoru oswaja rzeczywistość życia i przemienia ją, a nie próbuje uciec w wzniosłe ideały.

Sądzę, że cieszyński ekumenizm jest owocem śląskiej pokory i humoru. Dystans, jaki mamy do samych siebie, umożliwia nam spotkanie się, trefienie się z innymi. Nie absolutyzując własnej tożsamości religijnej otwieramy się na innych. Czynimy to nie ze słabości, ale w przeczuciu, że jesteśmy mocni Bogiem, który działa w nas i pomiędzy nami. Cieszyński ekumenizm w wielu wypadkach, bo niestety nie we wszystkich, nie polega na wyzbywaniu się tożsamości wyznaniowej. Nie jest wyprzedażą ostatnich wartości w imię ideałów, których nie pojmujemy, ale jest wymianą dóbr. Otwarciem na inność religijnego doświadczenia z nadzieją ubogacenia i stworzenia przestrzeni życia jeszcze bardziej udomowionej i bezpiecznej.

Zakończę refleksją, dotyczącą skutków ekumenizmu na cieszyńskiej ziemi, jakie da się zauważyć w wymiarze wspólnotowym, jednak nie tylko w sferze kościelnej, bo również w sferze politycznej.

W polskim społeczeństwie panuje przekonanie, że każdy, kto popełnił błąd, musi zrezygnować z funkcji. Jeśli polityk zrobi głupstwo, zaraz rozlegają się głosy, żądające jego dymisji. W ten sposób hodujemy polityków, którzy ze strachu prze pomyłką nie mają odwagi podjąć decyzji, ważnych dla społeczeństwa. Tymczasem chcąc osiągnąć sukces musimy ponosić ryzyko pomyłki. Nie inaczej mają się sprawy w Kościołach. Wszyscy, starają się zachowywać czystą kartotekę, obawiając się ataku. Jednak takie zachowanie cechuje osoby tchórzliwe i niedojrzałe do tego, żeby wziąć odpowiedzialność za przyszłość.

Mam nadzieję, że cieszyński ekumenizm, będący bez wątpienia efektem ożywczego tchnienia Bożego Ducha, udało mi się przestawić również jako charakterystyczne znamię śląskiej tożsamości, odmiennej od tożsamości rdzennie polskiej. Zdaniem wielu zbyt odważny i stanowczo za daleko idący, mimo wszystko świadczy o dojrzałości śląskiej duchowości, która nie jest zamknięta i autorytarna; nie jest poddana lękom oraz namiętnościom; jest pokorna i kształtuje ludzi odważnych, gotowych wyznaczać śmiałe cele i osiągać je dla dobra wszystkich ludzi i na chwałę Chrystusa.

Ligota, 1. niedziela po Trójcy Świętej, 10 czerwca 2007 r.