Mar 16

Śląsk – piękna kraina – ojczyzna intelektualnej wrażliwości i matecznik serca świat, w którym czujemy się u siebie. O Śląsku można mówić dużo i nieprawdziwie, jak częstokroć bywało w przeszłości. Czy dziś jest szansa, aby o Śląsku mówić wreszcie bez fałszu, obłudy i nienawiści? Czy my – Ślązacy – nie zasłużyliśmy na to, aby nas szanować i kochać? By nas nie dzielić, nie przeciwstawiać, nie wmawiać nam, że nie możemy się kochać i nie wolno nam się pojednać? Wszakże tym, którzy Śląska nie rozumieją i obawiają się śląskiej tożsamości, wydaje się, że ślężan należy ubezwłasnowolnić i dlatego starają się rozbić śląską jedność, degradując esencję śląskości do kategorii zysków i strat.

Zdaję sobie sprawę, że wypowiem sąd, który na terenach dawnego Księstwa Opolskiego i częściowo Brzeskiego nie przysporzy mi sympatii. Mimo wszystko z perspektywy cieszyniaka, wychowanego na wschodnich rubieżach Śląska, a mianowicie w Bielsku, nowy podział administracyjny, w wyniku którego powstały trzy śląskie województwa, na dobre Ślązakom nie wyjdzie. Zamiast dążyć do scalenia śląskiej tradycji i to w przede dniu włączenia Śląska do nowożytnych struktur Europy, bez żalu przyjęliśmy podział, który sankcjonuje przesłanki historyczne, ale na pewno nie kreuje nowej rzeczywistości kulturowo-społecznej, godnej śląskich tradycji.

Czy fakt, że większość Polaków, ale także duża część gości zagranicznych, łączy wyjazd na Śląsk jedynie z okręgiem górniczym, którego miastem przewodnim współcześnie wydają się być Katowice, a więc z terenami nie będącymi śląską kolebką, nie daje do myślenia? Albo uznajemy, że istnieje coś takiego jak śląska tożsamość, albo siłowo i po chamsku wyrywamy sobie prawo do mianowania się prawdziwymi Ślązakami, ale wówczas pozwalamy degradować się do roli skansenu nowoczesnej Europy. Czy takie jest miejsce dla krainy, którą dawnej zwano perłą?

Czy fakt, że u zdecydowanej większości współczesnych mieszkańców Wrocławia, który na szczęście odzyskuje swoją rolę ekonomicznego i kulturowego pomostu pomiędzy Saksonią, Czechami, Morawami, Małopolską i Wielkopolską, trudno doszukać się świadomości, że żyją w historycznej stolicy Śląska, nie budzi refleksji? Przecież historyczne siedziby Ślężan, którym zawdzięczamy swoje imię, są bliższe Wrocławia, aniżeli tzw. nowego Śląska.

Proszę zauważyć, że Śląsk najczęściej przedstawiany jest jako ziemia ludzi pracy, ale kulturowa pustynia, w którą trzeba wszczepiać kulturę innych ziem. Sądzę, że między innymi jest to efekt przesunięcia rdzennych przestrzeni Śląska na tereny górniczego zagłębia. A tymczasem intelektualnego dorobku Europy nie sposób wyobrazić sobie bez światła, które ze Śląska, a zwłaszcza z terenów zwanych Dolnym i Średnim Śląskiem, przez tysiąc lat promieniowało nie tylko na Polskę.

Być może łatwo też zapomnieć o śląskich Henrykach (Brodatym, Pobożnym i Probusie), którym zabrakło łutu politycznego szczęścia, aby odnowa polskiej państwowości w okresie dzielnicowego rozdrobnienia dokonała się właśnie ze Śląska, a pamiętać jedynie o poddaństwie śląskich księstw czeskiej koronie, którą zakładali niemieccy władcy, aby dziś móc odbierać nam prawo do własnej tożsamości i degradować do roli polskiego, niemieckiego czy czeskiego zaścianka.

A przecież, kto chce zrozumieć esencję śląskiej tożsamości musi uwzględnić, że pierwsze zdanie zapisane w języku polskim zostało uwiecznione właśnie na Śląsku w słynnej Księdze Henrykowskiej. Wypowiedział je po polsku wieśniak, morawskiego pochodzenia, do żony Polki, a zapisał niemiecki kronikarz w kościelnej księdze. Oto ujęta w symbol siła tajemnicy śląskiej ziemi, jako miejsca wymieszania różnych wpływów, owocującej bogactwem ewangelicznej, chrześcijańskiej kultury.

Żywym przykładem genetycznej różnorodności śląskiej tożsamości jest moja osoba. Po Ojcu noszę nazwisko Uglorz. Słychać w nim stary rdzeń, który zachował się w j. rosyjskim, a jest nośnikiem treści, wskazującej na węgiel. Ugol to węgiel, a ugoł to węgieł. Moje nazwisko dałoby się więc uwspółcześnić i wówczas brzmiałoby Węglorz, a takie jest przecież na Śląsku dość popularne. Nazwisko Uglorz przechowuje zatem pamięć o słowiańskim pochodzeniu moich przodków, zapewne związanych z śląskim górnictwem. Z kolei Mama posługiwała się panieńskim nazwiskiem Gansel, które każe przypuszczać, że moi przodkowie po kądzieli przywędrowali z Austrii. Tak w największym skrócie, choć przy użyciu obrazu, pojmuję fenomen śląskiej tożsamości.

Aby zrozumieć esencję śląskiej tożsamości, trzeba myśleć integralnie, a właściwie symbolicznie, a więc brać pod uwagę i jednoczyć w swej refleksji różnorodne wektory przeszłości i teraźniejszości. Naszym obowiązkiem jest ciągłe przypominanie, że na Śląsku od zawsze spotykały się i na siebie oddziaływały różne kultury, a zwłaszcza czeska, morawska, polska i niemiecka. Dlatego Śląsk jest światły, ponieważ zawsze otwarty na inność, nie zamknięty i zaściankowy, ale wyciszony i pokorny wobec tego, co jest obce.

Wyciszony i pokorny Śląsk, czy to nie jest nadużycie? W żadnym wypadku, ponieważ takim rozpoznajemy go w świadectwie historii; takich ludzkich zachowań wciąż jeszcze są pełne śląskie domy; takie cechy kształtują śląską duchowość; takim wreszcie Śląsk jest potrzebny nowoczesnej i jednoczącej się Europie.

Śląsk może być perłą w Europie jako ziemia pojednania, a pojednanie bezwzględnie domaga się prawdy i miłości.

Te wszystkie wątki, które do tej pory poruszyłem, zmierzają do jednego mianownika, a mianowicie do wyrażenia żalu, że nam – Ślązakom – niejednokrotnie wyrządzano wielką niesprawiedliwość, a przecież siła Śląska i niezbędność jego inności, polega właśnie na tym, że najlepiej pojęta sprawiedliwość, a więc ewangeliczna, chrześcijańska, jest genetycznie wpisana w esencję śląskości.

Sprawiedliwość bowiem nie jest jurydycznym pilnowaniem równowagi pomiędzy winą a karą oraz zasługą a nagrodą. Sprawiedliwość nigdy nie czyni zła, nawet pod pozorem zachowywania prawa, ale rozpoznając rzeczywiste problemy ludzkiej egzystencji angażuje się w czynienie dobra i nie tylko zachowuje życie, ale wszystkim siłami stara się je pomnażać.

Trudno dziś zliczyć wszystkie cierpienia, które dotknęły śląską ziemię, począwszy od wojen, które z cesarzem toczył Bolesław Chrobry, czeskich najazdów w dobie dzielnicowego rozbicia Polski, tatarskich zagonów po Legnicę, poprzez wojnę trzydziestoletnią i kampanie toczone pomiędzy Prusami i Austrią, aż po dwudziestowieczne targi o prawo do śląskiej historii.

Niesprawiedliwość nigdy nie jest dobrem, ale w niej kształtował się śląski charakter wyciszony i pokorny, który może stać się niezbędnym czynnikiem jednoczącym środkową Europę. W śląskiej historii nic nie jest oczywiste, a wszystko bywało możliwe. Śląska tożsamość zbudowana jest z przeciwieństw, dlatego nie jest prowincjonalna i arogancka, ale wciąż ma w sobie twórcze potencje.

Ktoś mógłby powiedzieć, że należy do niej także historia Reformacji i ewangelickich Kościołów. Takie postawienie problemu, chociaż zdradza dobre intencje, mimo wszystko nie przybliża nas do właściwego zinterpretowania śląskiej tożsamości, ponieważ jest jednostronne. Nie rozwiążemy żadnej tajemnicy, rozpatrując wyłącznie jeden wymiar.

Na śląski ewangelicyzm musimy patrzeć poprzez pryzmat jego związków z całym Kościołem i historią Europy, a dopiero wówczas pozbędziemy się zafałszowanego obrazu śląskiej tożsamości, który powstał z takiego, jednostronnego postawienia problemu.

Warto pamiętać, że reformację wittenberską o cały wiek wyprzedziło wystąpienie Jana Husa w Pradze oraz związany z nim ruch husycki. Hasła czeskiego reformatora dotarły także do Polski, a wcześniej aż na Morawy dotarły idee głoszone przez Piotra Waldusa.

Jeszcze za życia Jana Husa, w 1415 roku niejaki prezbiter Jakob miał oświadczyć, że nie Hus lecz papież jest antychrystem. W 1440 roku ksiądz Maciej z Kleczewa zmuszony był tłumaczyć się z postawionego mu zarzutu, że udzielił Komunii Świętej pod dwoma postaciami. W tym samym roku Jan Tłuczymost przed sądem odwołał głoszoną przez siebie herezję husycką. Znana też jest sprawa profesora uniwersytetu w Krakowie Andrzeja Gałki z Dobczyna, który posądzany o sprzyjanie i głoszenie poglądów Husa uciekł i udał się pod opiekę sprzyjającemu husytyzmowi księcia Bolka do Głogowa. Należy wobec tego sądzić, że husytyzm wydatnie przygotował grunt pod Reformację także w księstwach śląskich.

Pierwsze wieści o nowej teologii, uprawianej przez augustiańskiego mnicha, ks. dra M. Lutra, na uniwersytecie w Wittenberdze dotarły do Wrocławia najpóźniej w 1523 roku, a więc w niespełna pięć lat po głośnym wystąpieniu Lutra przeciwko średniowiecznej praktyce odpustowej, a w dwa lata po Sejmie w Wormacji.

Rada Miejska we Wrocławiu powołała bowiem w 1523 r. na stanowisko ewangelickiego proboszcza przy kościele Marii Magdaleny byłego mnicha, Jana Hessa, który od 1513 roku był sekretarzem biskupa wrocławskiego Jana Turzo. Podczas bytności w Wittenberdze w 1519 roku, Jan Hess spotkał się z Lutrem i Melanchtonem, z którym w dalszym ciągu utrzymywał kontakt listowny. Od 1525 raku kaznodzieją przy kościele św. Elżbiety został Ambroży Moiban, a przy kościele Św. Ducha Piotr Fontinus. Wszyscy oni działali w duchu reformacji luterskiej, chociaż władze miejskie unikały wiązania miejscowego ruchu reformacyjnego z nazwiskiem Lutra.

Bardzo wcześnie zawitały hasła reformacyjne także do Księstwa Legnickiego. Książę Fryderyk II pod wpływem Kaspra Szwenkfelda otoczył troskliwą opieką od 1524 roku wszelkie dążenia reformatorskie. W 1542 raku wydał Porządek kościelny, który na długi czas wytyczył ewangelicyzmowi drogi rozwoju w Księstwie Legnickim.

Jeszcze wcześniej Reformacja zawitała do Księstwa Karniowskiego, własności margrabiego brandenburskiego Jerzego, wiernego i gorliwego zwolennika Reformacji, który przy boku Wittenberskiego Reformatora stał już podczas sejmu w Wormacji. W 1529 roku na sejmie w Spirze odnajdujemy go wśród książąt protestujących przeciwko uchwałom zabraniającym szerzenia Reformacji, a 23 czerwca 1530 roku wraz z innymi podpisuje Wyznanie Augsburskie. Margrabia Jerzy trzymał wówczas w zastawie również Księstwo Bytomskie, Opolskie i Raciborskie.

Reformacja na Śląsku nie miała charakteru gwałtownego. Zmiany w życiu religijno-kościelnym zachodziły stopniowo. Usuwano zasadniczo to, co się wyraźnie sprzeciwiało Słowu Bożemu i z nim nie było zgodne, a więc odpusty, procesje, cześć oddawaną obrazom, msze za umarłych, a także używanie łaciny. Na jej miejsce wprowadzono języki zrozumiałe dla ludu.

Wartym refleksji jest fakt, że biskupi wrocławscy właściwie nic nie czynili, aby powstrzymać rozwijający się ruch reformacyjny. Jan Turzo (1506-1520), przeniknięty ideami humanistycznymi, z zaciekawieniem śledził ruch reformacyjny. Jakub von Salza (1520-1539) pozytywnie oceniał działalność reformatorów wrocławskich. Jego stosunek do Jana Hesa był wręcz życzliwy i przyjazny. Hasła i zasady Reformacji wprowadzano nie dlatego, że głosił je Luter, lecz głównie dlatego, że były zgodne z Biblią i nawiązywały do pierwotnego chrześcijaństwa.

Sądy, które łączą popularność haseł wittenberskiej Reformacji z procesem stopniowego przechodzenia Śląska w orbitę kultury niemieckiej, nie uwzględniają wszystkich zjawisk kulturowych, politycznych, społecznych i gospodarczych, decydujących o zmianach, które przeobrażały XVI-to wieczny Śląsk. Dlatego są jednostronne i zafałszowują rzeczywisty obraz ówczesnego Śląska oraz historii śląskiego ewangelicyzmu, sprowadzając go jedynie do roli politycznego narzędzia, wykorzystanego przez śląskich władców do przejęcia kościelnych majątków.

Reformację w pierwszym rzędzie pojmowano jako powrót do zasad i form życia starożytnego Kościoła, a jeśli natrafiamy gdzieś na polityczne czy gospodarcze ślady ewangelicyzowania się śląskiej ziemi, to potwierdzają one jedynie, że dzieje Śląska są dużo bardziej złożone aniżeli powszechnie się sądzi i dlatego śląskiej tożsamości nie wolno uogólniać, ale należy dostrzegać wyjątkowość jej integrującej się różnorodności.

Za przykład niech służą fakty z życiorysu Piasta, władającego księstwem opolskim w czasach wittenberskiej Reformacji, a mianowicie Jana II, zwanego Dobrym.

Otóż dzięki kronice Mateusza Scholtissa, kanonika kościoła kolegiackiego w Nysie, wiemy, że ów książę, który na co dzień posługiwał się j. polskim, swą książęcą kancelarię prowadził w j. czeskim. I w tymże języku w 1531 roku wydał wielki przywilej ziemski, rozpoczynający się stwierdzeniem, że oba księstwa, a mianowicie opolskie i raciborskie, które udało się mu ponownie scalić, są częścią czeskiej korony, natomiast swoim spadkobiercą, jako że nie doczekał się potomka, uczynił nie Polaka i nie Czecha, ale Jerzego Hohenzollerna. Tymczasem do spadku po Janie opolskim pretendowali przecież dwaj piastowicze, a mianowicie Fryderyk II legnicki oraz Kazimierz II cieszyński.

Czy nad tym wszystkim nie warto rozmyślać, pamiętając przecież, że pomiędzy żyjącymi wówczas śląskimi piastowiczami, Jan opolski jako jedyny był niechętny Reformacji i pokojowymi środkami starał się zachować swoje księstwo przed jej wypływami? Spadkobiercą zaś uczynił Hohenzollerna, wyznawcę luteranizmu, przeciw Piastom śląskim, także sprzyjającym luterańskiej odnowie Kościoła!

Na tym przykładzie widać wyraźnie, że śląskiej tożsamości nie określa w sposób wyłączny ani biegun narodowościowy, ani wyznaniowy, ale że ona wyłania się z różnobarwnej palety zjawisk i wpływów, którym zawsze była poddana śląska ziemia.

W swoim wystąpieniu nie przedstawiam tylko faktów historycznych, ponieważ będąc teologiem mam wrażliwość na Bożą aktywność w ludzkiej historii. A to oznacza, że staram się uwzględniać także personalną i egzystencjalną głębię procesów, które na arenie dziejów ujawniają się jako tzw. fakty historyczne. Wydarzenie, które oderwiemy od czynnika ludzkiego i kulturowego, zinterpretowane jedynie historycznie, najczęściej zafałszowuje prawdę, zamiast mieć udział w jej epifanijnym charakterze.

Historycyzm wykorzystują ci, którzy historią posługują się instrumentalnie, dla osiągnięcia założonych celów. Nasze spojrzenie na śląskie dzieje, aby z nich wydobyć esencję śląskiej tożsamości, musi być spojrzeniem agapicznym, czyli miłosiernym wobec zawiłości ludzkich dziejów i zachowań oraz pokornym wobec tego, co nie przystoi do naszych wyobrażeń.

Proponuję zatem, abyśmy w swojej refleksji uczynili kolejny krok ku zrozumieniu a nie ku udowodnieniu i przypomnieli sobie wiek XIX, który był areną nie tylko najdzikszych zachowań, ale i najbardziej niesprawiedliwych ocen śląskiej sytuacji narodowej i kościelnej, kulturowej i duchowej, ferowanych przez wszystkie strony, jeśli tylko czuły się wciągnięte do dyskusji na temat Śląska.

Z licznych statystyk, które wówczas przeprowadzano w związku z komplikującą się sytuacją polityczną Śląska, wynika, że przeciętny udział ewangelików w ogólnej populacji mieszkańców Górnego Śląska wahał się wówczas od 9 % do 11 %. Przy czym najwięcej ewangelików odnajdujemy w powiecie kluczborskim, w którym ­- jak donoszą liczne świadectwa – właśnie oni gorliwie pielęgnowali polskie dziedzictwo.

Dla przykładu przytoczmy fragment historii parafii w Lasowicach Wielkich, w powiecie kluczborskim. Otóż w 1865 r. wizytował tę parafię generalny superintendent (biskup) Wrocławia, ks. Erdman. Wzruszony religijnością lasowiczan, gdy rok później odwiedził parafię ponownie, aby poświęcić nowy budynek kościelny, kazanie wygłosił już w j. polskim, którego nauczył się w ciągu jednego roku. Zapragnął bowiem zwiastować Ewangelię w języku zrozumiałym dla słuchaczy.

Innym przyczynkiem do zilustrowania zawiłych śląskich losów niech będzie wspomnienie małej książeczki: Pociecha w drodze, autorstwa ks. Hermanna Koellinga, który w latach 1873 – 1902 był proboszczem ewangelickiej parafii w Byczynie.

Hermann Karl Koelling był synem ewangelickiego pastora Johana Carla Koellinga i bratem jeszcze dwóch pastorów, starszych od niego: Johannesa Heinricha oraz Wilhelma Karla. Koellingowie wywodzili się ze starego rodu pastorów niemieckich, działających na Pomorzu. Johann Carl Koelling, który urodził się w 1800 roku w Wrocławiu, zapoczątkował jednak śląską linię pastorską, która związała się z parafiami wokół Kluczborka i wśród pastorów niemieckiego pochodzenia, zapoczątkowała badania nad polskim charakterem śląskiego ewangelicyzmu.

Tenże Hermann Karl Koelling, wspomniany powyżej autor książeczki: Pociecha w drodze, zostawił po sobie między innymi pracę o dialektach śląskich okolic Kluczborka i Byczyny. Prócz tego próbował wydawać polskie czasopismo dla ewangelików: Hasło Ewangelickie oraz napisał historię rodzinnego miasta: Geschichte der Stadt Pitschen, wydaną w Wrocławiu w 1892 r.

Charakterystyczna jest jednak owa książeczka, którą ks. Hermann stworzył jako modlitewnik i śpiewnik, aby Ślązacy, udający się za chlebem w daleką i długą drogę, mogli doznawać duchowej pociechy. Stąd tytuł: Pociecha w drodze[1].

Potraktujmy ten przykład jako kolejne świadectwo, że w śląską tożsamość wpisane jest poczucie elementarnej, chrześcijańskiej sprawiedliwości, która nie myśli o rachunku krzywd, ani nie dba o swoje, ale rozpoznając ludzkie dramaty stara się uczynić jakieś dobro oraz wspomóc życie. Dodajmy, że wiele przykładów wskazuje w tym względzie na pozytywną rolę śląskiego ewangelicymu, a zwłaszcza na godne postawy ewangelickich duszpasterzy. Chociaż w znacznej części byli Niemcami, pragnąc realizować reformacyjne postulaty „jedynie Chrystus„, „jedynie łaska„, gdy trafiali do zborów o wyraźnie polskim charakterze uczyli się języka słuchaczy, aby w zrozumiały sposób zwiastować im Ewangelię.

Podobnie rzecz wyglądała w Księstwie Cieszyńskim, pozostającym wówczas pod panowaniem Habsburgów. Do dziś w niektórych wsiach cieszyńskiego ludność ewangelicka stanowi 50 % i więcej ogółu mieszkańców, a to właśnie ona zachowała polski charakter tej ziemi.

Jeśli więc w innych częściach Górnego Śląska rozpoznajemy wśród ewangelików sympatie niemieckie, to w żadnym wypadku nie wolno wyciągać uogólniającego wniosku, jakoby niemiecki charakter Śląska był związany z luteranizmem a polski z katolicyzmem. Zresztą warto pamiętać także o zamieszkujących Śląsk w XIX wieku Morawianach i Czechach, którzy w południowych powiatach stanowili dość wysoki odsetek stałych mieszkańców. Dlatego rozprawiając o charakterystycznych rysach śląskiej tożsamości i próbując ją opisać, sympatii narodowościowych nie wolno utożsamiać z przynależnością kościelną.

O wyraźnej zmianie w narodowościowej strukturze Śląska, a co za tym idzie, także o rozszerzaniu się śląskiego dziedzictwa kulturowego, zadecydowała przede wszystkim gospodarcza sprawność śląskich Piastów i pozostałych średniowiecznych władców tych ziem, następnie zmiany własności ziemskiej, których świadkiem był wiek XVI i na koniec nowożytna rewolucja przemysłowa.

Pierwszą zauważalną falę niemieckich kolonistów śląska ziemia powitała na przełomie XIII i XIV wieku, a to w związku z lokowaniem nowych miast na tzw. prawie magdeburskim, które na Śląsku zwane było także prawem środzkim. Nazwa wzięła się od miasta Środy, które jako jedno z pierwszych przyjęło prawo magdeburskie, a potem stanowiło wzór dla kolejnych lokacji. W wyniku tego procesu, w niektórych miastach, a zwłaszcza na Dolnym Śląsku, znaczą część patrycjatu stanowili Niemcy, którzy z biegiem czasu konstytuowali swoją tożsamość w opozycji do mieszkańców wsi, najczęściej rdzennych mieszkańców Śląska.

W XVI wieku na skutek zmniejszania się obszaru własności królewskiej i książęcych, głównie z powodu nowych nadań na rzecz możnowładztwa i duchowieństwa, a następnie w wyniku szybkiego rozpadu administracyjnego księstw górnośląskich, zaczęły powstawać liczne latyfundia ziemskie, najczęściej wykupywane przez niemieckie rody. W ten sposób postały wówczas liczne rody śląskich magnatów, niemieckiego pochodzenia, np: Rehdenów, Frankenbergów, Schaffgotschów czy Oppersdorfów. Choć zapomnieć nie wolno także rodów innego pochodzenia, a mianowicie np: Praschmów z Moraw, Renardów z Francji, czy rdzennie śląskich: Proskowskich, Beessów, czy Strachwitzów.



[1] Fragmenty wstępu: O tych, co w ojczyźnie miłej śpią, nie ma strachu. Ci sobie mogą co niedzielę do kościoła pójść, po obiedzie społem siąść, pieśń zanucić, z Postylli kazanie wyczytać, o tych się stara ojciec i matka. Ale tych mam na sercu, co z wiosną wylecieli jak jaskółki we świat, całymi kupami albo pojedynczo: żonaci z niewiastami, młodzieńcy, pacholęta, dziewuchy, nawet dzieci, które dopiero odbyły szkoły. (…) Pytałem się też niejednego z podróżnych, czy zabrał z sobą kancjonał albo Biblię, albo przynajmniej nowy Testament. Zabrał niejeden, zapomniał drugi, nie miał miejsca trzeci – nie potrzebował czwarty – i takem sobie postanowił napisać książeczkę małą, miejsca nie zajmującą dla podróżnych braci i sióstr. (…) Niech więc idzie książeczka nasza we świat, na sasy i, gdzie się kolweik nasi wędrownicy bawią, nich idzie w imieniu Jezusa ukrzyżowanego, któremu chce służyć, (…).