Kwi 20

[nggallery id=115]

Zastanawiam się, dlaczego niektórzy wolą mieszkać na Podbeskidziu niż na Śląsku Cieszyńskim?

Ten sztuczny twór semantyczny, bo żaden inny, jakim jest Podbeskidzie, zaistniał przede wszystkim wśród bielszczan, którzy sprowadzili się do miasta po wojnie. Muszę zaznaczyć, że sam jestem bielszczaninem urodzonym w Cieszynie, więc moje wypowiedzi, dotyczące problemu śląskiej tożsamości mieszkańców miasta, przynajmniej tych, którzy mieszkają za zachód od Białki, są zdecydowane.

Bielsko-Biała ma wspaniałą historię, a do lat pięćdziesiątych miało różnorodną tożsamość religijną i kulturową. Kto się nią raz zainteresuje, już na zawsze pozostaje pod jej urokiem. To jest baza do odkrycia czegoś bardzo ważnego, czego wielu mieszkańców Bielska-Białej jeszcze nie dokonało, a mianowicie zdefiniowania własnej tożsamości. Niektórzy są absolutnie zatraceni, nie wiedzą kim są. To jest trochę tak, jakby ta Białka trochę wyschła. Kiedyś były przecież napięcia pomiędzy śląską i krakowską częścią miasta. Dzisiaj już się nie przywiązuje do tego większej wagi.

Trzeba jednak pamiętać o tym, że człowiek, który nie odkryje własnej tożsamości, jest w pewnym sensie osobą niedojrzałą. Tylko przez rozpoznanie własnej tożsamości, człowiek umie wskazać dobra, którymi dysponuje. Dopiero wtedy staje się partnerem w dialogu, gotowym do spotkania i wymiany z kimś innym. Niech bielszczanie zaczną budować  swoją tożsamość na historii i kulturze miasta, w którym żyją, a wówczas problem Podbeskidzia zniknie. Zrozumieją, że prawdziwą wartość nada im albo tożsamość galicyjska albo śląska.

Proszę zwrócić uwagę na to, że mieszkańcy miejscowości na wschód od Bielska-Białej nie traktują Podbeskidzia w tak dogmatyczny sposób, jak ludzie z miasta. Im wcale nie przychodzi z trudem przyznać się do galicyjskich bądź małopolskich korzeni kulturowych. Dlaczego więc mieszkańcy miasta zawłaszczają zachodnią stronę miasta, kulturowym potworkiem Podbeskidzia? Proszę wskazać kulturową i historyczną granicę Śląska za zachód od Białki, jeśli ona sama już nią nie jest? Czy dawni mieszkańcy takich dzielnic, które do niedawna były wsiami: Stare Bielsko, Komorowie Śląskie, Mikoszowie Śląskie, Aleksandrowice, Kamienica, Wapienia, mają przestać uważać się  za Ślązaków? A co z Mazańcowicami, Międzyrzeczem, Czechowicami-Dziedzicami, Jaworzem i Jasienicą?

Jestem przekonany, że dla dobra wszystkich bielszczan i mieszkańców okolicznych miejscowości, należy zrezygnować z semantycznej przemocy i pozwolić ludziom określać się poprzez  przynależność językową, kulturową czy miejsce zamieszkania, zwłaszcza mieszkańcom Bielska-Białej pozostawiając możliwość dokonania wyboru. Mnie to nie przeszkadza, że część miejskiej tkanki jest śląska, a część galicyjska. To jest wręcz szansa dla miasta, aby stać się kulturowym zaczynem, fermentem w społeczeństwie, owładniętym manią kulturowej i religijnej jednorodności. Wpierw trzeba jednak przestać ludziom wmawiać, że uczestniczą w jakimś samoistnym i jednorodnym procesie kulturowym, którego imieniem jest Podbeskidzie.

Osobiście uważam się wpierw za Cieszyniaka, co nie oznacza, że nie jestem Górnoślązakiem. Potem rozpoznaję siebie jako Górnoślązaka, co nie oznacza, że nie jestem Ślązakiem. Czy Śląsk Cieszyński nie jest najwyższą częścią, a więc górną, Górnego Śląska?  Nazwa Górnego Śląska wzięła się od położenia geograficznego, a nie od gór, w których ludzie, czyli górnicy, kopią w górotworze. I tylko nieszczęśliwe dla Śląska wojny śląskie między Prusami i Austrią, w wyniku których Górny Śląsk został podzielony pomiędzy dwa cesarstwa, doprowadził do tego, że najwyższa część Górnego Śląska stała się kulturowa nieco odmienna od reszty. Nie mniej, jak Górny Śląsk, ze swoimi historycznymi stolicami: Opolem i Raciborzem, jest częścią Śląska, którego stolicą jest Wrocław, tak Śląsk Cieszyński, ze swoją historyczną stolicą Cieszyna, jest częścią Górnego Śląska i mojej śląskiej ojczyzny.

Żyję nadzieją, że stolicą autonomicznego województwa śląskiego w przyszłości stanie się naturalna i historyczna stolica Śląska, czyli Wrocław.

Uważam też, że we współczesnej Polsce nie jest łatwo być Ślązakiem-ewangelikiem. Dzieje się tak, ponieważ jest się zdecydowanie innym i to nawet nie z powodu bycia podwójnym zaprzeczeniem wzorca Polak – katolik. Gdyby tylko Polak źle reagował na śląską tożsamość, a katolik na ewangelicki sposób doświadczania Bożej obecności, byłoby to do zrozumienia, ale że u nas polskość jest na siłę łączona z katolicyzmem rzymskiej tradycji, przeto powstaje religijno-kulturowy konglomerat nacjonalistyczny, który ani nie znosi śląskości, ani innych wyznań chrześcijańskich. Mamy więc do czynienia z czymś, co zrozumieć trudno, bo jest wspólnotową pychą religijną, wobec której Ślązak – ewangelik musi być czujny. Co oczywiście nie oznacza, że nie mam wielu przyjaciół rzymskich katolików, z którymi dobrze się rozumiemy i wspólnie działamy na rzecz pojednania między Kościołami albo w przestrzeni publicznej. Znam wielu Polaków – katolików, ludzi sympatycznych i otwartych, napełnionych miłością i pragnieniem czynienia dobra. Problemem są ludzie małego ducha, zamknięci i poddani licznym lękom, którzy chcieliby, żeby polski duch narodowy był taki sam, to znaczy poddany namiętnościom.

Polityczni i religijni introwertycy są polskim problemem, zwłaszcza jeśli mają wpływ na kształtowanie opinii publicznej i realizują się politycznie. Dochodzi wówczas do formułowania tak kuriozalnych opinii, jak ta, że deklaracja śląskości jest ukrytą opcją na rzecz niemieckości. Mam pytanie do wypowiadającego taki sąd, p. Jarosława Kaczyńskiego,  czy w ogóle jest zdolny do empatii? Przydałoby się trochę delikatności. Zwłaszcza ludzie ochrzczeni powinni pamiętać, że takich sądów nie wolno formułować, aby nie oskarżać i nie krzywdzić.

Zresztą, w związku z pytaniem, czy łatwo być Ślązakiem – ewangelikiem, wyrażę wątpliwość o sprawiedliwość polskiego ładu politycznego, skoro do dziś żadna siła polityczna nie przyznała statusu pokrzywdzonych i nie próbowała  chociaż minimalnie zadośćuczynić Ślązakom, którzy jedynie dlatego, że byli ewangelikami, po wojnie zostali wygnani ze swoich domów i pozbawiani ziemi. To była powszechna praktyka w okolicach ówczesnego Bielska, dziś Bielska-Białej.

Całkiem niedawno Ludwik Dorn ostrzegał, że jeśli w zarodku nie zdusi się prób budowania tożsamości śląskiej, Polska zafunduje sobie wrogą mniejszość na południu kraju. Niestety Ludwik Dorn nie od dziś słynie z tego, że zabierając się do oglądania rzeczywistości zakłada okulary, które utrudniają mu udział w prawdzie. Niech pamięta, że relacja pomiędzy człowieczeństwem a prawdą realizuje się nie przez próbę zawłaszczenia prawdy, bo wówczas aktualizuje się grzech Adama i Ewy, ale przez postawienie się w świetle prawdy. Niech więc nie szerzy poglądów, które nie wynikają z badań, ale z uprzedzeń, a chyba tym bardziej z jego własnych badań.

Życzyłbym sobie, żeby politycy więcej dbali o tworzenie takiego klimatu politycznego i kulturowego, w którym mogłaby się rozwijać różnorodność społeczna i tożsamościowa, bo z niej jest dobro i siła, a mniej obmyślali zło, bo już mowa o „zduszaniu czegoś w zarodku” obnaża, jakim wartościom hołduje jej autor.

Racją stanu polskiego państwa jest dbanie o rozwój różnorodnych tożsamości kulturowych, religijnych i narodowych, ponieważ dzięki nim polski lud może uczestniczyć w procesie kulturowym, wchodzić w dialog z innymi ludami i oczekiwać kulturowej żywotności. Co jest jednorodne, umiera. Stwarzając świat, Bóg czynił różnorodność, a przynajmniej dwubiegunowość. Także słowa i czyny Jezusa Chrystusa przekonują nas, że Królestwo Boże, które – przypominam – jest nie tylko rzeczywistością przyszłą, ale już wypełniającą się, jest królestwem relacji, a nie zawłaszczenia.