Sie 24

Nie wszystkie procesy, które można dostrzec i opisać w zachodniej kulturze, są złowrogie. Jednak są i takie, które budzą trwogę, a między nimi ten, który już od półwiecza nazywamy macdonaldyzacją kultury. Dlaczego, spróbuję wytłumaczyć, odwołując się do symbolicznej roli szampana.

Człowieczeństwo polega między innymi na wydostawaniu się spod władztwa natury. Jest ciągłym budowaniem ludzkiego świata, czyli kultury. Jednym z charakterystycznych dóbr kultury jest wspomniany szampan, nie dość że wino, to jeszcze uszlachetnione. A takich dóbr nie konsumuje się cichaczem i użytkowo. One są luksusowe nie ze względu na cenę, a więc dostępność, ale przede wszystkim dlatego, że są przeznaczone do spożywania ceremonialnego, świątecznego, wspólnotowego. Szampan jest wtedy czymś ofiarowanym, specjalnie przygotowanym. Pijąc go, wszyscy cieszą się hojnością ofiarowującego oraz okazją smakowania wybornego trunku. Szampana nikt nie wypija sam, a zawsze tylko część, aby także inni mogli cieszyć się smakiem. Wreszcie nie pije się go dla nasycenia pragnienia, ponieważ do tego używamy wody. Pijąc szampana, szanujemy wiedzę wielu pokoleń, czyli jakbyśmy wznosili toast za kulturę. Pijemy go, żeby zamanifestować wolność od natury.

A tymczasem w jaki sposób ostatnie pokolenia piją szampana? Coraz więcej dóbr, tych materialnych, ale i duchowych, próbujemy pić samotnie, ciesząc się tym, że mamy coś, czego nie mają inni. Nie ofiarowujemy już towarów luksusowych, przeznaczonych na specjalną okazję, ale zazdrośnie strzeżemy prawa do ich wyłącznego używania. Tracimy więc radość smakowania nie tylko tego, co prawdziwie szlachetne, wyborne, dobre, ale też wspólnotę, której nie ofiarowujemy wybornego trunku radości i szczęścia. Tym samym każdy z nas w samotności próbuje wypić swój szampan, ale wtedy nie dość, że traci wspólnotę, to jeszcze pije go w celach użytkowych. Szampan przestaje wówczas służyć świętowaniu, a staje się zwykłym produktem do egoistycznego używania. I tak człowieczeństwo karleje, bo zamiast pięknie i delikatnie rozwijać kulturę, wraca ponownie w świat natury, gdzie rządzą najtwardsze prawa użyteczności, czyli przetrwania i przekazania życia. Tak oto w egoizmie ujawnia się jądro grzechu, jako powrotu do tego co stare, co już było. Byle przetrwać w swojej jaskini i zaspokoić seksualność w jej najbardziej zwierzęcej postaci.

Z potrzeb i przedsięwzięć, które są wspólne wszystkim ludziom, najbardziej pierwotne i fundamentalne jest jedzenie oraz picie. I, co warte jest odnotowania, właśnie pod tym względem wykazują najwięcej egoizmu. Zresztą już wiele starożytnych ludów zauważyło związek pomiędzy potrzebą jedzenia a pożądliwością, która może stać się grzechem. Tę refleksję najlepiej uwidaczniają języki. Także w hebrajskim biblijnym, słowo nefesz, które zwykliśmy tłumaczyć jako duszę, pierwotnie oznaczało jedynie gardziel, by z biegiem czasu nabrać kolejnych znaczeń, uwidaczniających potęgujące się zrozumienie, że spożywanie pożywienia może być grzeszne. Poza niezaspokojoną gardzielą (przełykiem), a rabowaniem czy niekontrolowaną pożądliwością różnica istotnie nie jest imponująca.

W ten sposób odkrywamy miejsce przecięcia się dwóch współrzędnych, uzmysławiające  napięcia, które z natury rzeczy muszą towarzyszyć każdej ludzkiej wspólnocie. Z jednej strony stół łączy wspólnotę przyjmującą dary, a z drugiej gromadzi egoistów, którzy zaspokajając potrzebę jedzenia i picia gotowi są na najpodlejszą manifestację pożądliwości.

Być może egoistów, zgromadzonych wokół stołu, nie trudno zrozumieć? Czy nie zakreślają wówczas granic prawa do swojego życia? Wszak to, co myślę, może stać się udziałem innych; to, co widzę, może zobaczyć wielu innych; to, co mówię, słyszą rzesze, jednak tego, co spożywam w żadnym wypadku nikt inny spożyć nie może. Przy stole uwidacznia się zatem bezwzględne prawo życia, bo nie zdarza się, aby ktoś musiał zrezygnować z prawa do widzenia, abym ja mógł zobaczyć, itp., a tymczasem jakże często ktoś musi zrezygnować z prawa do spożycia części posiłku, co dotkliwie odczuwają zmysły, aby inny mógł się nasycić i przeżyć!

W wielu kulturach, nie wiadomo dlaczego uznanych za prymitywne, do dziś przetrwała niebywale mocno socjalizująca rola posiłku. Obcy, nawet jeśli jeszcze przed chwilą był śmiertelnym wrogiem, zmienia się w przyjaciela, jeśli zjadło się z nim wspólny posiłek, dzieląc się swoją częścią. Jakież to proste, jeśli spożywam z kimś wspólny posiłek przy jednym stole, czy mogę uważać go za wroga, skoro spożywa cząstkę, którą równie dobrze mógłbym zjeść sam! Jeśli z niej rezygnuję, jednocześnie rezygnuję z prawa do bycia za wszelką cenę! Rezygnuję z prawa do walki!

Nie dziwmy się więc, że powszechnie tracimy radość życia i szczęście bycia człowiekiem. Gdzie bowiem zanika zasada szampana, a w to miejsce wkracza zasada Mc Donalda, to znaczy, gdzie panoszy się egoistyczne pragnienie szybkiego zaspokojenia samego siebie, tam zanika doświadczenie święta, a wspólnota się rozpada.

Doświadczenie szczęścia i zbawienia posługuje się zasadą, od której odwróciła się zachodnia kultura. Bo jej cechą zasadniczą jest ofiarowanie czegoś tak szlachetnego i cennego, że ofiarodawca nie ma odwagi pić z pucharu życia sam. Udziela go, zapraszając innych do świętowania we wspólnocie. Z nadmiaru swojej miłości dzieli się miłością, z nadmiaru szczęścia, szczęściem, a z nadmiaru radości, radością.

Kto za wszelką cenę próbuje w swojej grocie przetrwać sam, zginie. To dotyczy naszego pokolenia, spożywającego pokarmy według zasady Mc Donalda. Kto zaś odważy się wyjść, żeby świętować, będzie cieszył się życiem. To obietnica na przyszłość.