Sty 22

To, w jaki sposób zinterpretujemy jakieś wydarzenie, spotkanie, emocję albo proces, zależy od tego, jakich użyjemy słów, te zaś nie pozostają bez wpływu na nasze samopoczucie i oczekiwania, które łączymy z przyszłością. W ten sposób wpadamy w błędne koło negacji wszystkiego i wszystkich wokół nas. Niemal wszędzie czają się wówczas źli ludzie, knujący zło; wszystko jest bez sensu; najlepsze doświadczenia są za nami, a nam pozostaje przyglądać się postępującej degrengoladzie. Niestety wielu funkcjonuje właśnie w taki sposób, tworząc kolejne kręgi negatywnych interpretacji, z wpływu których – im są starsi – jest im coraz trudniej się wyrwać. Gorzknieją, a świat jawi im się jako całkowicie zepsuty, w którym ostatnią, jeszcze jaśniejącą wyspą są oczywiście oni wraz z tymi, którzy w podobny sposób interpretują życie i świat.

Tymczasem wystarczyłoby zacząć używać innych słów, żeby oceny nie miały mentorskiego charakteru, którym często paraliżujemy słuchaczy, a wewnętrzny świat ducha uczynić mniej skłonnym do skrajnego pesymizmu. Chrześcijanie mogą uczyć się tego sami od Mistrza i Nauczyciela z Galilei, ale muszą bardziej świadomie czytać ewangelie. Wiele dobrego mogliby też uczynić księża i katecheci, którzy powinni porzucić cierpiętniczy styl mówienia, odpowiadający mniej więcej Pasji M. Gibsona, a zacząć niuansować swoją interpretację oraz przekaz, używając słów adekwatnych do tego, co jest opisane w ewangeliach.

Jezus z Galilei w człowieku nie szukał negatywów, a zawsze chociaż najmniejszego jasnego punktu zaczepienia, aby móc wykorzystać go, do rozbudzenia wiary. Jeśli nawet wypowiadał prowokujące słowa albo zadawał trudne pytania, zawsze miały na celu obudzenie samoświadomości i wzruszenie wolą człowieka. To prawda, że wypowiedzi Jezusa o Bogu prawie zawsze bulwersowały, nie dawały słuchaczom spokoju. Dlaczego? Bo ich celem było budzenie nowych wyobrażeń Boga, a tym samym budowanie nowych obrazów samego siebie w słuchaczach. Posługiwał się więc skuteczną i bardzo współczesną metodą ukierunkowywania człowieka ku zdrowiu, radości, szczęściu i zbawieniu. Jezus nie zwracał się do nikogo taki sposób, aby go pozostawić w jego chorobie i ciemnościach duszy, ale umożliwić mu wyjście na wolność i światłość.

Również ludzkie dzieje Jezus interpretował w radykalnie nowy sposób. Najlepszym przykładem jest opowiadanie o lekturze księgi proroka Izajasza w nazaretańskiej synagodze (Łk 4,16-20). Nauczyciel z Galilei odczytał i zinterpretował fragment proroka, bardzo łatwy do identyfikacji, który kończy się w następujący sposób: „Abym ogłosił rok łaski Pana i dzień pomsty naszego Boga, abym pocieszył wszystkich zasmuconych” (Iz 61,2). Charakterystyczne jest zakończenie Jezusa, będące jednocześnie Jego interpretacją dziejów: „Abym zwiastował miłościwy rok Pana. I zamknąwszy księgę, oddał ją słudze i usiadł” (Łk 4,19n). Ilu chrześcijan byłoby skłonnych swojemu Nauczycielowi przyznać rację? Bardzo niewielu. Przecież najpopularniejsza ocena, dziejących się współcześnie procesów, a także ludzkich zachowań, jest mniej więcej taka: To wszystko musi upaść albo zostać doszczętnie rozwalone, żeby wreszcie mógł triumfował mój (nasz) punkt widzenia.

A kto w skrajnie negatywny sposób interpretuje wydarzenia oraz ludzi, używa przecież słów, które jego samego w podobny sposób interpretują. Więc nie ma się co dziwić, że tacy ludzie wpadają w zastawioną przez samych siebie sieć, błędnego koła negacji, w którym – wbrew temu, co mówią – sami sobie kreują nieprzyjemną i pełną negatywnych emocji przyszłość.

Czas z tym skończyć, jeśli oczywiście pragniemy dobrych i jasnych dni. Rozpocząć między innymi powinniśmy od zmiany słownictwa, żeby móc inaczej myśleć i swoim interpretacjom nadawać pogodniejszy charakter, bardziej wyważony i obiektywny, w których znajdzie się też pochwała przedsięwzięć ludzi, nieprzychylnych nam albo ideologicznie nam obcych. Gdy więc chciałbyś powiedzieć: Mam problem, który mnie przerasta, może lepiej powiedz: Muszę skupić się na rozwiązaniu zadania, które otwiera przede mną nowe perspektywy? Albo gdy jesteś zmęczony, zamiast: Umieram ze zmęczenia, lepiej: Zużyłem energię, którą zregeneruję modlitwą, spacerem albo lekturą? A gdy w urzędzie jesteśmy zdenerwowani, zamiast podnosić na Urzędnika głos i próbować zmotywować go do pracy słowami: Ależ tu macie bałagan bądź: Czy Pan(i) w ogóle wie, o czym mówię?, może lepiej byłoby tak: Szkoda, że nie możemy tego szybko załatwić, ale ufam w Pana(i) dobre intencje?  Natomiast, gdy irytuje nas rządząca partia, nie rozgłaszać po świecie informacji, że najpewniej chce rozkraść i rozprzedać narodowy majątek, ale raczej w formie życzeniowej komunikować: Zapewne stracili orientację, co w tej chwili jest dla nas najważniejsze, ale ufam, że odnajdą właściwą drogę?

Po co przyciągać cierpienie i nieszczęście, skoro wszystko można objąć dobrym słowem, czyli błogosławić?


Sty 17

Polecam styczniowe wydanie The Poland Times:

http://issuu.com/banki18/docs/styczen2014


Gru 23

Polecam grudniowe wydanie The Poland Times:

http://issuu.com/banki18/docs/grudzien


Lis 5

The Poland Times

Marek Uglorz | O człowieku i kulturze | 05.11.2013 |

Raz  w miesiącu za oceanem ukazuje się The Poland Times,  do którego pisuję teksty.

Poniżej link do wydania listopadowego.

http://thepolandtimes.com/listopadowe-wydanie-gazety-juz-dostepne/


Paź 31

Badania chromosomów wykazały, że 22 pary chromosomów są identyczne zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Różnica wy­stępuje w 23 parze. U kobiety jest para XX, u mężczyzny zaś XY. To właśnie sprawia, że rozróżniamy dwie płcie. Róż­nicowanie się płci męskiej na podstawie chromosomu XY prze­biega etapowo. Osobnik XY (mężczyzna) ma wszystkie geny występujące u osobnika XX (kobieta) i dodatkowo dziedziczy geny chromosomu Y. Przez pierwsze tygodnie embriony XX i XY są anatomicznie identyczne. Płody męskie zaczynają się różnicować około 40 dnia. Właśnie obecność chromosomu Y narzuca wówczas szybką maskulinizację człowieka.

Fakt odmienności garnituru chromosomowego spowodo­wał rozmaite interpretacje dotyczące konsekwencji psycho­logicznych, a nawet duchowych w życiu mężczyzny. O wiele łatwiej odpowiedzieć na pytanie o różnice psychologiczne niż duchowe między kobietą a mężczyzną, bo, jak się wydaje, na najgłębszym duchowym poziomie to co męskie i to co kobiece jest bardzo podobne. W każdym bądź razie warto sobie uzmysłowić, że męskość nie jest czymś od początku do końca oczywistym, ale jest ciągłym procesem. Podczas, gdy kobietą się jest, mężczyzną trzeba się stawać, czyli wyodrębnianie się jest konstytutywnie włączone w los mężczyzny.

Chodzi tu o wpisane w naturę mężczyzny wezwanie do nieustannego stawania się sobą.  Mężczyzna przez całe życie musi szukać własnej drogi, co wydaje się kolejną, istotną cechą męskości, w sensie kulturowym współcześnie dość problematyczną. Mężczyzna nieustannie upodabniający się wpierw do matki, potem ojca, następnie kobiety, kolegów, partii, Kościoła, nie mający swojego świata, swojej osobowości, nigdy nie poczuje swojej siły, a za­tem nigdy nie wniesie w te rzeczywistości swojego indywidualnego i odrębnego dobra, bo go nie rozpozna.

W procesie stawania się mężczyzna jakby stale musi udowadniać, że po pierwsze nie jest dzieckiem, po drugie nie jest kobietą i po trzecie nie jest homoseksuali­stą, co we współczesnym świecie nie jest już tak bezwzględnie egzekwowane, a często skutkowało gwałtami i bezwzględnym traktowaniem kobiet. Klasyczny patriarchat jest bowiem silnie opozycyjny i zbudowany na hierarchicznym dualizmie płci, bo przecież mężczyzna nie może być zniewieściały. W takim asymetrycznym świecie mężczyzna reprezentuje ludzką normę i to jego doświadczenie uznaje się za uniwersalne, chociaż w istocie rzeczy to on jest istotą bardziej stającą się aniżeli kobieta. Tymczasem konieczność nieustannego wyodrębniania się dla wielu mężczyzn jest brzmieniem, którego nie są w stanie unieść i dlatego stają się agresywni bądź pasywni. Mimo wszystko warto mieć na uwadze, że istota męskości polega na ciągłym szukaniu samego siebie, co w normalnych warunkach codziennego życia powinno skutkować dążeniem do wolności i szukaniem indywidualnej drogi.


Wrz 21

Człowiek jest pragnieniem.  Inaczej byłby tylko kawałkiem humusu. Pragnienie, żeby wyjść ponad powierzchnię ziemi, z której powstał i do której ma wrócić, wyprostować się i spojrzeć ku słońcu, mogłoby uczynić z niego postać heroiczną. Mogłoby, ale nie czyni, a przynajmniej większość, która panicznie boi się własnych pragnień. Dlaczego tak wielu z nas woli przeżyć życie jakoś, zamiast żyć pełnią, nadając sens swoim nocom i dniom? Winna jest klasyczna teologia, która dostrzegała tylko różnicę pomiędzy grzechem a świętością, pożądliwością a poskromieniem pragnień.

Błąd jest do tego stopnia wielki, że dziś rolę księży skutecznie przejęli terapeuci i trenerzy, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że poskromienie pragnień jest po prostu niemożliwe, bo oznacza walkę z samym sobą. Tymczasem wciąż słychać z kościelnych ust, że najważniejszą walkę człowiek toczy ze swoimi pożądliwościami. Czyli z czym? Z sobą właśnie. Musi wciąż zaprzeczać sobie, bo nie rozumie, że głęboko w nim, nie ma tylko pożądliwości i czystości, a granica biegnie inaczej.

Wielkie gratulacje – minie jeszcze około sto lat, a mądrale będą musieli stoczyć najcięższą walkę z własnymi pożądliwościami, bo potrzeby wciąż będą mieli wielkie, jednak nie będzie już tych, od których będą mogli wyciągać grosz.

Co można powiedzieć człowiekowi, żeby cieszył się pełnią życia? Czego go nauczyć, aby doświadczył uchrystusowienia swojej osoby? Że od początku do końca jest na życiowym szlaku i musi zdecydować się na realizację jednego z dwóch fundamentalnych dla naszej cywilizacji archetypów.

Albo będzie żył według modelu Abrahama albo według modelu Odyseusza. Trzeciego jak na razie nie wymyślono. Cały szkopuł tkwi w tym, że współczesny człowiek coraz bardziej uwewnętrznia swoją tożsamość, nie poszukując identyfikacji z zewnętrzną wspólnotą albo strukturą. Więc i jego życiowy szlak niekoniecznie dotyczy zewnętrznego świata, ale dzieje się w wewnętrznym ja, gdzie może doświadczyć świętości, życia, szczęścia, Boga. Dla każdego będzie to coś innego, ale właśnie to, o co toczy życiową grę, zanim jego tchnienie już nigdy do niego nie powróci.

Nie mówmy mu więc, że musi walczyć z pożądliwością, która w jego doświadczeniu jest pragnieniem. Bo wtedy każemy mu walczyć z samym sobą, ze swoim słusznym prawem do pełni życia; wmawiamy mu, że w tu i teraz szczęście nie ma żadnego znaczenia. Współczesny człowiek jest już na tyle świadomy siebie, że nie wierzy w to gadanie i słusznie – na szczęście. Im teologia jest mniej uziemiona, a księża bardziej uduchowieni, tym więcej ludzkiej krzywdy a chrześcijaństwo słabsze.

Więc jak pomóc człowiekowi, żeby doświadczył pełni i cieszył się życiem? Najpierw trzeba zauważyć, że człowiek naprawdę jest pragnieniem i temu nie wolno zaprzeczać. Człowiek ma prawo nie tylko do pragnień, ale i do ich realizacji. Tym w końcu tym jest powołanie, zaś wiara dlatego usprawiedliwia, że ciągnie człowieka w przyszłość jego egzystencji bez obaw, że popełni błąd. Bo kto się boi i ogląda się wstecz, ten staje się pomnikiem samego siebie, wchodzi w śmierć i nie doświadcza uwalniającej mocy usprawiedliwienia, czyli pewności, że nad sensem życia nie ciąży przekleństwo pomyłki.

Pragnienie zatem czyni z kawałka ziemi człowieka. Nie realizując pragnień, człowiek sam siebie czyni tylko ziemią. Jednak pragnienie ma dwie strony, jasną i ciemną, i w tym tkwi jądro egzystencjalnego problemu człowieka. Jasną stroną pragnienia jest tęsknota, zaś ciemną pożądliwość. A jeśli tak jest, to wystarczy człowieka nauczyć, że nie wolno mu walczyć z pragnieniem, które do tej pory z winy chrześcijańskiej teologii utożsamiał z pożądliwością. Naprawdę wystarczy mu podpowiedzieć, w jaki sposób pragnienie może realizować w postaci tęsknoty, a samoczynnie rozbroi minę pożądliwości. Tylko, że nie wolno bać się tej pracy i tego ryzyka, które jest związane z wchodzeniem w samego siebie, aby tęsknotę rozpoznać w pożądliwości.

Człowiek musi nauczyć się obchodzić ze swoim pragnieniem i nie wmawiać sobie, że poradzi sobie z pożądliwością, bo nie poradzi. Zepchnięta w podświadomość, zamknięta na dnie serca, prędzej czy później wydostanie się na wolność i niczym groźny wulkan wybuchnie, niszcząc człowieka i wszystko wokół niego. Człowiek musi nauczyć się obserwować swoją pożądliwość, pozwalając jej pracować w nim, bo jest ciemną stroną jego pragnienia, aby umieć określić rodzaj tęsknoty, która w ten sposób chce człowieka uwolnić ze starego stanu i poprowadzić go ku nowemu.

Dlatego właśnie na życiowym szlaku można realizować jedynie dwa archetypy.

Ten, którego uosobieniem jest Odyseusz, polega na ciągłym pobudzaniu pożądliwości. Bo jak Odyseusza ożywiało pragnienie powrotu do domu, czyli do pierwszego doświadczenia; do tego, co było mu znane; czego pragnął, bo znał tego smak, tak pożądliwość zmusza człowieka, aby realizował swoje pragnienie przez powrót do tego, w czym się zdążył rozsmakować niczym stary lubieżnik. I nie spocznie, póki nie powróci do stołu przyjemności.

Tymczasem w archetypie Abrahama dochodzi do głosu jasna strona pragnienia, którą jest tęsknota. Co prawda Abraham jakby pożądał przedmiotu Bożej obietnicy, ale tylko pozornie, ponieważ po pierwsze nie znał tego, co zostało mu obiecane, a po drugie tak naprawdę nigdy tego nie otrzymał w stopniu ostatecznym. Pozostawała więc mu jedynie tęsknota za nowym doświadczeniem, w której nieustannie szukał drogi ku nieznanemu celowi i spełnieniu swojego pragnienia. To tłumaczy, dlaczego Abraham nigdy nie powrócił do ojcowskiego namiotu, ani do zastawionego w nim stołu życia. Wciąż szukał własnego, nowego, będącego przedmiotem tęsknoty, w której dopełniała się miara jego człowieczeństwa jako pragnienia. I tylko dlatego doświadczył usprawiedliwiającej mocy wiary, ponieważ nie bał się drogi ku nowemu, ani nie ciążyło nad nim przekleństwo pomyłki.

Człowiek na życiowym szlaku to Abraham, pozwalający prowadzić się przez własną tęsknotę, a nie Odyseusz, zmiażdżony pożądliwością.

Jednak, aby pozostawać Abrahamem na życiowym szlaku, nie wolno bać się własnego pragnienia, bo to jakby bać się własnego człowieczeństwa, które jest pięknym darem.


Wrz 19

Klasyczna teologia zawsze podkreślała doskonałość człowieczeństwa Jezusa z Galilei. Jestem przekonany, że dziś należałoby mocniej uwypuklać doskonałość Jego męskości, tym bardziej, że załamał się dotychczasowy wzorzec patriarchalny.

Czy Jezus był męski? Czy uosabiał to, czego po mężczyźnie oczekują kobiety? Odkąd zrozumiałem, że na oba pytania można udzielić pozytywne odpowiedzi, jestem przekonany, że wszyscy mężczyźni powinni bacznie obserwować Jezusa i po prostu uczyć się od Niego, w jaki sposób mogliby być jeszcze bardziej męscy. Podstawowe dwie cechy Jezusa jako mężczyzny, które czytelnikowi Ewangelii rzucają się w oczy, są takie, że chociaż nie jest brutalny, jest silny, i chociaż nie traktuje kobiet przedmiotowo, jako męską własność, one idą za Nim z Galilei do Judei i są Mu wierne do ostatnich chwil życia.

Co takiego Jezus z Galilei ma w sobie, że może liczyć na wielką miłość i wierność kobiet,  a nawet  niespotykaną i niesłychanie prowokująca wdzięczność, jaka dla przykładu spotkała Go w domu faryzeusza Szymona (Łk 7,36- 50). Przecież to niesłychane, żeby szanujący się mężczyzna pozwolił sobie na taką intymność z kobietą, powszechnie znaną grzesznicą. Dziś już nie musimy się wstydzić i pokrętnie tłumaczyć tamtego wydarzenia. W powszechnym odbiorze Jezus traci wtedy nie tylko autorytet proroka, ale też autorytet mężczyzny, który w patriarchalnym świecie jest zbudowany na restrykcyjnym traktowaniu kobiet.

Masowanie przez kobietę męskich stóp w obecności innych mężczyzn już było wielką transgresją etyczną, ale wycieranie stóp rozpuszczonym włosami? Nie sądzę, żeby w relacjach z kobietami Jezus bał się erotyzmu sytuacji i emocji. To my mamy problem z oceną tego rodzaju zachowań, ponieważ erotyzm sprowadziliśmy do spółkowania i dlatego boimy się tego rodzaju interpretacji spotkań Jezusa z kobietami.

Tymczasem to nie jedyny przykład. Niezwykle wymowne jest opowiadanie o spotkaniu zmartwychwstałego Jezusa z Marią Magdaleną. Gdy Maria rozpoznaje Nauczyciela, zapewne w odruchu radości i miłości pragnie objąć Jezusa, ale słyszy słowa: „Nie dotykaj mnie, …” (J 20,17), których grecka forma sugeruje nie jednorazowe dotkniecie, a objęcie, przytrzymanie wręcz, więc równie dobrze byłoby można je przetłumaczyć: „Nie zatrzymuj mnie”.  Uświadomiwszy to sobie, odkrywamy, jak wielki ładunek emocji przedstawia ewangelista tą sceną, a wraz z tym jak pięknie, wręcz poetycznie, odpowiada na ludzką tęsknotę za pełnią miłości, która realizuje się między mężczyzną i kobietą.

Pełnia miłości jest więc miłością pełniejszą od miłości erotycznej ukochanego i ukochanej. Nie zatrzymuje i nie pozwala się zatrzymać, gdy tymczasem miłość erotyczna obejmuje i zatrzymuje, chce posiadać na wyłączną własność. Pełnia relacji między mężczyzną i kobietą obdarza wolnością, która miłości nie zatrzymuje wyłącznie dla siebie, ale traktuje jako dar do rozdania innym. Warto zauważyć, że w relacji Jezusa z Marią Magdaleną bez wątpienia mamy do czynienia z pięknem męsko-żeńskich relacji, co szczególnie uwypukla prawdę o Jezusie, że kobiety naprawdę Go kochały, co może oznaczać tylko jedno, był prawdziwie męski.

Co zatem w Jezusie z Galilei było prawdziwie męskie? Męskie na pewno było to, że w pierwszym rzędzie zwracał się do Pań słowem, a nie próbował za wszelką cenę obejmować je i wykorzystywać. Ponieważ taki wzorzec funkcjonował wówczas w Izraelu, opierający się na prawie własności do kobiecego ciała i rozpłodu, więc pozbawione podmiotowości Kobiety, w słowach Jezusa słyszały dobrą nowinę o swojej godności i wartości. Zakochały się w Mężczyźnie, który nie budował relacji erotycznych, ale agapiczne, chociaż – jak wcześniej próbowałem pokazać – na piękne erotyczne doświadczenia też było w nich miejsce. Wreszcie, ileż z tych Pań, zawdzięczało Jezusowi po prostu życie i ratunek przed gradem kamieni albo topieniem, jak owa Kobieta z Ewangelii Jana, potraktowana niczym przynęta, aby z jej pomocą w kazuistyczne sidła udało się schwytać Nauczyciela z Galilei (J 8,1-11).

Męski Jezus urzekał także delikatnością i czułością oraz niezwykłą, jak na tamte czasy, zdolnością do empatii, to znaczy, że potrafił rozróżniać kiedy być twardym, a kiedy miękkim; szorstkim lub delikatnym. Tym samym odpowiadał na potrzeby większej części Kobiet, które szukając wyśnionego Księcia z bajki, oczekują po mężczyźnie siły i zdecydowania, dzięki czemu czują się bezpieczne, a jednocześnie pragną partnera delikatnego, który byłby zdolny do wypowiadania własnych emocji, a seksu nie traktowałby wyłącznie jako ars amandi, ale miał tę czułość w sobie, żeby całą noc tulić i pieścić.

Panie prawdopodobnie oczekują mężczyzn elastycznych, sprężystych w tym sensie, że potrafią zachować się w każdej sytuacji. We właściwy sposób reagują na przemoc i chamstwo, a w innych wypadkach zapewniają intymność relacji, co również widać w zachowaniach Jezusa. Zdecydowanie przeciwstawia się grubiaństwu i chytrości, potrafi ukręcić bicz, ale potrafi też się wzruszyć i zapłakać, a lecząc – gdy jest to potrzebne – choremu zapewnić intymność.

Istota męskości Jezusa nie polega na tym, co mężczyzna potrafi wykreować, dziś użylibyśmy dwóch obrazów, a mianowicie mięśni na siłowni i portfela w biznesie, ale kim potrafi być dla drugiego człowieka. Dlatego Jezus nie pozował, co jest charakterystyczną postawą wielu mężczyzn, niepewnych swojej męskości; nie udawał kogoś, kim nie jest, ale był autentyczny i totalnie obecny w każdej relacji i sytuacji dla osoby, z którą właśnie się spotkał, rozmawiał z nią albo jej pomagał. Tymczasem mężczyźni w relacjach z kobietami często budują świat iluzji, zakładając maski w zależności od celu, który mają zamiar osiągnąć. Na krótki dystans strategia bywa skuteczna w celach reprodukcyjnych, jednak nie da się na niej budować trwałych związków i relacji, dlatego współczesne panie, przeżywające kolejne rozczarowania po kolejnym rozstaniach, zawiedzione pytają, czy istnieją mężczyźni, przy których mogłyby poczuć się kobietami?

W Rajskim Ogrodzie Życia stara Ewa rodzi się z pragnień starego Adama, w Ogrodzie Zmartwychwstania nowy Adam rodzi się z pragnień nowej Ewy. Człowieczeństwu nie potrzeba kolejnych płci, które i tak będą tylko przynależeć do starego porządku. Potrzebna jest nowa męskość i nowa żeńskość.

Nowy Adam nie wstydzi się tego, że jest istotą stającą się każdego dnia na nowo i nie jest sobie dany raz na zawsze, ale sam dla siebie jest wyzwaniem. Potrafi więc wchodzić w głąb siebie, żeby się rozpoznawać. Nie boi się ciemnych stron własnej osobowości i nie wypiera się ich ani przed kobietą i dziećmi, ani przed sobą. Jest istotą, która potrafi korzystać z metafory bramy, czyli przejścia ze świata wewnętrznego w świat zewnętrzny. Jest nie tylko panem swoich myśli i emocji, ale buduje też dobre relacje z otoczeniem, dzięki czemu jest czuły i opiekuńczy, a jednocześnie w każdej chwili jest gotów przejąć odpowiedzialność i jako przywódca przeprowadzić wspólnotę przez niebezpieczeństwa. Nowy Adam nie boi się więc transgresji, w czym realizuje archetyp Abrahama.

Nowy Adam odznacza się zdolnością do wyobrażania sobie nowej rzeczywistości, czyli twórczością i odwagą, które są bardzo potrzebne w bezideowym świecie. Dlatego męskość jest namiętna nie tylko w zmysłowym sensie, ale przede wszystkim realizując idee, które potrafi sobie wyobrazić i uważa je za słuszne. Stąd istotną cechą męskości nowego Adama jest świadoma praca nad własnymi pragnieniami, aby nie realizował ich tylko w postaci nienasyconej pożądliwości, ale aby uświadamiały mu najgłębsze tęsknoty jego serca, które byłby gotów wykorzystywać w swoim twórczym życiu.

Nowy Adam nie musi udowadniać, że nie jest dzieckiem, ponieważ dba o dziecko w sobie i cieszy się nim. Jest spontaniczny i radosny, a swojej partnerce potrafi wymyślać zabawę życia, co panie naprawdę uwielbiają i cenią to u mężczyzn. Będąc w stałym kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, jednocześnie ma dobry kontakt z dziećmi i wychowuje je zabawą, fascynacją życiem i przyszłością, a nie restrykcyjnie, pozbawiając psychicznego kręgosłupa.

Nowy Adam nie musi udowadniać, że nie jest kobietą. Ponieważ rodzi się z pragnienia Ewy, która nie chce klonować samej siebie, ale szuka partnera, któremu może się oddać w pełni zaufania. I właśnie dlatego, że rodzi się z pragnienia Ewy, niech jej pyta, co z kobiecości chciałaby w nim zachować.

Nowy Adam nie musi udowadniać, że nie jest gejem, żeby nie stracić szacunku kolegów przy kuflu piwa. Dlatego powinien dbać o higienę osobistą, kulturę bycia, stołu i ubioru. Zwłaszcza ubiór ma dla mnie duże znaczenie. Mężczyzna, mający poczucie męskości i atrakcyjności, pozwala sobie na odrobinę ekstrawagancji i dużą dawkę indywidualizmu. Ubierając się,  współczesny mężczyzna może wręcz bawić się czymś, co można nazwać metroseksualnością ubioru, bo nikt nie oczekuje po nim dowodów na samczą męskość. Ubieranie się może potraktować jako zabawę i przyjemność, wiedząc o tym, że jego ubiór ma nie tylko walor praktyczny, ale jest też zaproszeniem do uśmiechu, zadziwienia, sposobem pokazania kreatywności i radości bycia. Mniej zaproszeniem do flirtu, a bardziej sygnałem: Chcę, abyście w mojej obecności cieszyli pięknem życia.

Nowy Adam relacje z kobietami w pierwszym rzędzie buduje słowem, nawet nie głosem, który często bywa narzędziem uwodzenia. Słowo musi być otwarte a nie zamknięte, to znaczy musi działać niczym klucz, otwierający kobietę na zaufanie, a wówczas otrzymuje od niej więcej, aniżeli jest w stanie sobie wyobrazić, również w zmysłowej sferze. Męska seksualność jest źródłem, z którego wypływa siła, wpierw erotyczna, płynąca przez większość relacji. Ona chroni przed nudnymi relacjami. Wnosi żywotność, witalność i specyficzny koloryt. Płynie tam, gdzie chce, i pozwala cieszyć się erosem, który pojawia się między partnerami. Biologia męskiej seksualności ma bardzo duże znaczenie. Mężczyzna przecież jest tym, który nosi w sobie nasienie, dążące do tego, żeby wypłynąć i spłodzić dziecko. Dlatego w swej istocie Adam jest twórczy, chociaż wielu mężczyzn, nie radzących sobie z własną seksualnością, marnuje ów potencjał. Mężczyzna może chcieć zostać ojcem w sensie biologicznym, ale równie dobrze może to czynić także w sensie duchowym: „Bo choćbyście mieli dziesięć tysięcy nauczycieli w Chrystusie, to jednak ojców macie niewielu; wszak ja was zrodziłem przez ewangelię w Chrystusie Jezusie” (1.Kor 4,15). Mężczyzna najczęściej czuje się dobrze w swojej skórze dopiero wtedy, gdy coś z niego wyjdzie. Dla jednego będzie to pisanie, dla drugiego budowanie, dla jeszcze innego malarstwo albo wynalazczość. Bez tej fallicznej energii mężczyzna staje się statyczny, niczego nie rodzi. Żeby stać się sobą Adam musi więc nauczyć się obchodzić ze swo­ją seksualnością, integrując ją z własną koncepcją życia.

Nowy Adam używa słów w wyrażaniu emocji, w ten sposób pracując z nimi i pozwalając im płynąć, żeby nie gromadziły się w podświadomości i co jakiś czas nie doprowadzały do gwałtownej erupcji.

Nowy Adam jest na tyle świadomy własnej wartości i niepowtarzalności, że jest gotów złożyć samego siebie w jednorazowej i niepowtarzalnej ofierze miłości, aby kobiecie i dzieciom zapewnić bezpieczeństwo i przetrwanie. Męskość nie składa w ofierze niczego poza sobą, ponieważ rezygnuje z prawa własności do kobiety i dzieci na rzecz Boga. W ten sposób daje wolność, jednocześnie trwając w miłości. Z tym związana jest trudność, ponieważ Nowy Adam musi wyleczyć się z kompleksów, żeby innym nie pozwalać się wykorzystywać w roli ofiary losu.

Nowy Adam pomaga drugiemu w ponownym na­rodzeniu, już nie opuszczeniu łona matki, bo od tego jest kobiecość w jej macierzyńskiej istocie, ale wyzwoleniu z relacji całkowitej zależności od świata, co jest niezbędne do prawidłowego rozwoju fizycznego i psy­chicznego człowieka.

Nowy Adam zawsze jest ojcem nieza­leżnie od tego, czy jest ojcem biologicznym, czy nie. Bycie ojcem oznacza wspieranie, przekazywanie radości życia, dawanie oparcia, aby każdy odważył się wziąć los w swoje ręce. Ojcostwo wypuszcza dzieci w świat, ale jednocześnie przy nich trwa, dlatego dzieci wiedzą, że mogą zawsze wrócić, żeby w ojcu znaleźć oparcie, pomoc i po­cieszenie, gdy będą tego potrzebowały.

 


Sie 24

Nie wszystkie procesy, które można dostrzec i opisać w zachodniej kulturze, są złowrogie. Jednak są i takie, które budzą trwogę, a między nimi ten, który już od półwiecza nazywamy macdonaldyzacją kultury. Dlaczego, spróbuję wytłumaczyć, odwołując się do symbolicznej roli szampana.

Człowieczeństwo polega między innymi na wydostawaniu się spod władztwa natury. Jest ciągłym budowaniem ludzkiego świata, czyli kultury. Jednym z charakterystycznych dóbr kultury jest wspomniany szampan, nie dość że wino, to jeszcze uszlachetnione. A takich dóbr nie konsumuje się cichaczem i użytkowo. One są luksusowe nie ze względu na cenę, a więc dostępność, ale przede wszystkim dlatego, że są przeznaczone do spożywania ceremonialnego, świątecznego, wspólnotowego. Szampan jest wtedy czymś ofiarowanym, specjalnie przygotowanym. Pijąc go, wszyscy cieszą się hojnością ofiarowującego oraz okazją smakowania wybornego trunku. Szampana nikt nie wypija sam, a zawsze tylko część, aby także inni mogli cieszyć się smakiem. Wreszcie nie pije się go dla nasycenia pragnienia, ponieważ do tego używamy wody. Pijąc szampana, szanujemy wiedzę wielu pokoleń, czyli jakbyśmy wznosili toast za kulturę. Pijemy go, żeby zamanifestować wolność od natury.

A tymczasem w jaki sposób ostatnie pokolenia piją szampana? Coraz więcej dóbr, tych materialnych, ale i duchowych, próbujemy pić samotnie, ciesząc się tym, że mamy coś, czego nie mają inni. Nie ofiarowujemy już towarów luksusowych, przeznaczonych na specjalną okazję, ale zazdrośnie strzeżemy prawa do ich wyłącznego używania. Tracimy więc radość smakowania nie tylko tego, co prawdziwie szlachetne, wyborne, dobre, ale też wspólnotę, której nie ofiarowujemy wybornego trunku radości i szczęścia. Tym samym każdy z nas w samotności próbuje wypić swój szampan, ale wtedy nie dość, że traci wspólnotę, to jeszcze pije go w celach użytkowych. Szampan przestaje wówczas służyć świętowaniu, a staje się zwykłym produktem do egoistycznego używania. I tak człowieczeństwo karleje, bo zamiast pięknie i delikatnie rozwijać kulturę, wraca ponownie w świat natury, gdzie rządzą najtwardsze prawa użyteczności, czyli przetrwania i przekazania życia. Tak oto w egoizmie ujawnia się jądro grzechu, jako powrotu do tego co stare, co już było. Byle przetrwać w swojej jaskini i zaspokoić seksualność w jej najbardziej zwierzęcej postaci.

Z potrzeb i przedsięwzięć, które są wspólne wszystkim ludziom, najbardziej pierwotne i fundamentalne jest jedzenie oraz picie. I, co warte jest odnotowania, właśnie pod tym względem wykazują najwięcej egoizmu. Zresztą już wiele starożytnych ludów zauważyło związek pomiędzy potrzebą jedzenia a pożądliwością, która może stać się grzechem. Tę refleksję najlepiej uwidaczniają języki. Także w hebrajskim biblijnym, słowo nefesz, które zwykliśmy tłumaczyć jako duszę, pierwotnie oznaczało jedynie gardziel, by z biegiem czasu nabrać kolejnych znaczeń, uwidaczniających potęgujące się zrozumienie, że spożywanie pożywienia może być grzeszne. Poza niezaspokojoną gardzielą (przełykiem), a rabowaniem czy niekontrolowaną pożądliwością różnica istotnie nie jest imponująca.

W ten sposób odkrywamy miejsce przecięcia się dwóch współrzędnych, uzmysławiające  napięcia, które z natury rzeczy muszą towarzyszyć każdej ludzkiej wspólnocie. Z jednej strony stół łączy wspólnotę przyjmującą dary, a z drugiej gromadzi egoistów, którzy zaspokajając potrzebę jedzenia i picia gotowi są na najpodlejszą manifestację pożądliwości.

Być może egoistów, zgromadzonych wokół stołu, nie trudno zrozumieć? Czy nie zakreślają wówczas granic prawa do swojego życia? Wszak to, co myślę, może stać się udziałem innych; to, co widzę, może zobaczyć wielu innych; to, co mówię, słyszą rzesze, jednak tego, co spożywam w żadnym wypadku nikt inny spożyć nie może. Przy stole uwidacznia się zatem bezwzględne prawo życia, bo nie zdarza się, aby ktoś musiał zrezygnować z prawa do widzenia, abym ja mógł zobaczyć, itp., a tymczasem jakże często ktoś musi zrezygnować z prawa do spożycia części posiłku, co dotkliwie odczuwają zmysły, aby inny mógł się nasycić i przeżyć!

W wielu kulturach, nie wiadomo dlaczego uznanych za prymitywne, do dziś przetrwała niebywale mocno socjalizująca rola posiłku. Obcy, nawet jeśli jeszcze przed chwilą był śmiertelnym wrogiem, zmienia się w przyjaciela, jeśli zjadło się z nim wspólny posiłek, dzieląc się swoją częścią. Jakież to proste, jeśli spożywam z kimś wspólny posiłek przy jednym stole, czy mogę uważać go za wroga, skoro spożywa cząstkę, którą równie dobrze mógłbym zjeść sam! Jeśli z niej rezygnuję, jednocześnie rezygnuję z prawa do bycia za wszelką cenę! Rezygnuję z prawa do walki!

Nie dziwmy się więc, że powszechnie tracimy radość życia i szczęście bycia człowiekiem. Gdzie bowiem zanika zasada szampana, a w to miejsce wkracza zasada Mc Donalda, to znaczy, gdzie panoszy się egoistyczne pragnienie szybkiego zaspokojenia samego siebie, tam zanika doświadczenie święta, a wspólnota się rozpada.

Doświadczenie szczęścia i zbawienia posługuje się zasadą, od której odwróciła się zachodnia kultura. Bo jej cechą zasadniczą jest ofiarowanie czegoś tak szlachetnego i cennego, że ofiarodawca nie ma odwagi pić z pucharu życia sam. Udziela go, zapraszając innych do świętowania we wspólnocie. Z nadmiaru swojej miłości dzieli się miłością, z nadmiaru szczęścia, szczęściem, a z nadmiaru radości, radością.

Kto za wszelką cenę próbuje w swojej grocie przetrwać sam, zginie. To dotyczy naszego pokolenia, spożywającego pokarmy według zasady Mc Donalda. Kto zaś odważy się wyjść, żeby świętować, będzie cieszył się życiem. To obietnica na przyszłość.

 


Cze 10

Czy człowiek musi zawsze być ubrany, pomijając oczywiście względy zdrowotne bądź klimatyczne? Pytam, bo wygląda na to, że przynajmniej w opinii zdecydowanej większości teologów odpowiedź brzmi: „tak”.

Prawdopodobnie dlatego, że w naszej cywilizacji nagość i ubiór pełnią rolę antropologicznych metafor, to znaczy wyobrażeń, opisujących istotę człowieka. A wszystko wcale nie zaczęło się wraz z egzegezą tekstu: „Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy. Spletli więc liście figowe i zrobili sobie przepaski. A gdy usłyszeli szelest Pana Boga, przechadzającego się po ogrodzie w powiewie dziennym, skrył się Adam z żoną swoją przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu” (Rdz 3,7n), bo znacznie wcześniej, wtedy mianowicie, gdy treść tego fragmentu Biblii została pierwszy raz opowiedziana, a było to na wiele pokoleń przed biblijnym literatem. Opowiadanie świadczy o tym, że z poczuciem grzechu łączy się jakieś doświadczenie nagości, której Adam z Ewą nie wstydzą się wzajemnie, ale przed Bogiem!

Czy stworzenie powinno wstydzić się swojego wyglądu przed własnym Stwórcą? Raczej nie. Coś tu jest nie tak? O co zatem chodzi? Może o to, że chociaż przed upadkiem byli nadzy, jednak nagość ich nie obnażała? Czymś innym jest bowiem nagość, czyli brak ubrania, a czymś innym bycie obnażonym, zdemaskowanym, pozbawionym możliwości zasłonięcia prawdy o sobie, z czego doskonale zdają sobie sprawę zdemoralizowani ludzie aparatu władzy, demonstrujący swoją siłę i przewagę, obnażaniem pojmanych, osądzonych, manipulowanych, wykorzystywanych i poniżanych ludzi.

Czytaj więcej »


Lut 25

Współczesna egzegeza biblijna dała się zamknąć w historycznej i lingwistycznej krytyce tekstu, racjonalizując biblijny tekst do takiego stopnia, że często bywa już tylko historycznym źródłem i literackim tekstem, a przestaje być mową Boga, którego poznaje się  teologicznie uzasadnionymi wyobrażeniami. Zresztą sam człowiek też jest niczym mniej i niczym więcej jak obrazem Boga. Świat wiary jest zatem światem wyobrażeń i by nie zgubić do niego drogi, trzeba dbać o ludzką wyobraźnię.

Ważnym czynnikiem otwarcia człowieka jest wykorzystywanie wyobraźni. Jest to bowiem czynnik kulturowy, posługujący się tzw. wyobrażeniami, do których należą obrazy, metafory, budowle, przestrzenne założenia architektoniczne, ludzkie postawy i gesty, a także  sposoby przeżywania czasu. Na tę dziedzinę składa się zatem wiele różnych przedstawień i postaw, wykraczających poza granice, wyznaczone przez naukę i wynikające z niej wnioski.

Każde społeczeństwo, nawet każda warstwa społeczna, każda grupa zawodowa, lokalna wspólnota kościelna, wreszcie każdy człowiek ma swój własny świat wyobrażeń, który odpowiednio wykorzystany ułatwia delikatne i artystyczne wprowadzenie człowieka w świat kultury i wiary. Świat wyobraźni wykracza poza obszar wiernego przedstawienia rzeczywistości, idąc znacznie dalej. Świat wyobrażeń tworzy legendy, narracje religijne i etniczne, metanarracje cywilizacyjne, zasila religijny język i jest tworzywem sztuki.

Dziedzinę wyobrażeń należy odróżnić od dziedziny symboli. W tym sensie egzegeza, która eksploruje wyobrażenia biblijne i je adoptuje do wyobraźni kolejnych pokoleń, nie jest kontynuacją egzegezy alegoryzującej. Nie idzie bowiem o odkrycie ukrytego sensu, ale o znalezienie środków wyrazu, przemawiających do wyobraźni. Badanie religijnego potencjału wyobrażeń może odtworzyć artystyczny potencjał języka teologicznego.

Dziedzinę wyobrażeń należy też odróżnić od dziedziny ideologii, która za podstawę ma konkretną koncepcję świata, naukową bądź religijną, i dlatego dąży do narzucenia realnemu świat znaczenia wypaczającego, zamkniętego, zniekształcającego wyobraźnię. Sfera ideologii podporządkowuje sobie świat wyobraźni i narzuca strukturę myśli. Dlatego ewentualnie wspomaga proces religijno-kulturowy albo twórczy, jednak nie pomaga człowiekowi nadać sens swojej osobie i życiu przez odnalezienie właściwych wyobrażeń. W tym sensie nie pełni też roli terapeutycznej, a wręcz odwrotnie często jest źródłem neuroz, kompleksów i frustracji.

Wyobrażenia, nie pełniące jedynie roli symbolicznej i wolne od kościelnych ideologii, powinny być przedmiotem egzegezy, zamierzającej przywrócić biblijny tekst, wyobraźni współczesnego człowieka, aby w doświadczeniu religijnym stawał u źródeł życia i zdrowia. Po odnalezieniu właściwego dla siebie wyobrażenia  człowiek staje się artystą, twórcą, jednostką spełnioną.

Ponieważ biblijne wyobrażenia stosunkowo często są przedmiotem moich rozważań, teraz proponuję bardzo uproszczoną interpretację trzech wyobrażeń, fundamentalnych dla średniowiecznego społeczeństwa i jego duchowości, których religijne i kulturowe znaczenia moim zdaniem wciąż jest bardzo atrakcyjne.

Władca – średniowieczny obraz władcy zbudowany jest na dwóch przeciwnych sobie ideach. Pierwszą jest świecka idea cesarza, władcy, posiadającego prawo i obowiązek sprawowania sprawiedliwego sądu oraz walki ze złem. Drugą jest religijna idea zastępstwa Chrystusa, który powinien służyć swojemu ludowi, obroną przed niewiernymi, rabusiami i nieprawością. Stąd w zachowaniach i rytuale średniowiecznego władcy pojawiło się mnóstwo gestów oraz emblematów, rodem ze starożytnego Rzymu oraz kręgu chrześcijańskiej wyobraźni religijnej. W średniowiecznym obrazie władzy dochodzi do stopienia w jedno właściwości cesarza (pana i sędziego) i Chrystusa (sługi i zbawiciela).

Rycerz – honorowy wojownik, który poświęca swoje serce Bogu i Damie (kobiecie i kochance), zawsze kieruje się kodeksem honorowym. To znaczy, że nigdy nie walczy z kimś, ale zawsze o coś, a więc idea, będąca motywem walki, jest ważniejsza od nienawiści, a obrona dobra jest ważniejsza od szerzenia zła. Miłość do Damy powinna być czysta, jak miłość do Boga, dlatego nie chodzi w niej o zaspokojenie pożądliwości, ale o uwielbienie wybranki serca. Czysta miłość do Damy nie powinna realizować się fizycznym kontaktem z kobietą, ale odwrotnie ćwiczeniem własnej cielesności i zmysłów, aby panować nad pożądaniem a w zamian dać siebie i być gotowym do obrony wybranki serca nawet za cenę własnego życia.

Święty – człowiek wyłączony, oddzielony od porządku świata, czyli od profanum, aby doświadczać szczególnej więzi  z Bogiem, który jest światłością i dobrem. Średniowieczny ideał świętości realizował się poprzez izolację od grzesznego świata, a nie przez zaangażowanie się w problemy świata. Stąd świeci tworzą kasty, duchowni są wyłączeni z porządku świata (między innymi dlatego nie mają żon). Ten typ rozumienia świętości do dziś funkcjonuje w tradycji rzymsko-katolickiej, natomiast w ewangelickiej bynajmniej nie został zanegowany, ale został pięknie przetransponowany na ideał świętego (mniszego życia) w codzienności bycia człowiekiem.

Jestem przekonany, że te wyobrażenia, rodem ze świata, który niesprawiedliwie zwiemy ciemnym i zacofanym, wciąż mają wiele do powiedzenia. Pomagają zrozumieć samego siebie i modelować relacji z ludźmi i światem. Dlatego ufajmy swojej wyobraźni i nie bójmy się wyobrażeń. Nie sądźmy, że czego nie potrafimy zrozumieć, to jest podejrzane i nie tworzy chrześcijańskiego świata.


« Wcześniejsze wpisy Nowsze wpisy »