Nauczycielom z okazji ich święta – Chrystologia didache

[nggallery id=79]

W ewangelickiej optyce świata nie ma miejsca na wartościowanie zawodów i gradację ludzkich zainteresowań twórczych, jeśli tylko służą bliźniemu. Religijna zasada jest w tym względzie twarda, jak nieustępliwa jest Boża dłoń, wsiewająca w glebę ludzkich dziejów, ziarna talentów i darów, dzięki którym ludzka wspólnota organizuje się społecznie a Kościół Chrystusa trwa niewzruszony, pomimo mocy grzechu. Wobec twórczej i zbawiającej działalności Boga nikt nie jest wyróżniony, a wszyscy są powołani do służby tego samego rodzaju, twórczej i zbawiającej. Przed obliczem Świętego wszyscy są równi, także ze względu na zawodowe powołanie.

W rzędzie darowanych talentów i realizowanych powołań, nie tylko ze względu na ewangeliczne świadectwo, bo też ze względu na dotychczasowe doświadczenia ludzkich pokoleń, odnajdujemy trzy szczególne powołania. Wskazanie na ich szczególne znaczenie nie oznacza większej godności w porządku zbawczym, ani uprzywilejowanej relacji z Bogiem. Wyjątkowość tych powołań wynika raczej z chrystokształtnej formy i celu, który mają realizować. Do szczególnej grupy powołań zaliczyć trzeba: służbę zdrowia, służbę nauczycielską i służbę zwiastowania Słowa Bożego, inaczej zwaną urzędem kościelnym. Ze względu na praktyczną realizację dzieła Jezusa z Galilei, lekarza, nauczyciela i zwiastuna Ewangelii, a nie z powodu ludzkiej pychy, lekarze, nauczyciele i księża powinni dostrzegać, że zostali powołani do służby na miarę Zbawiciela. Czytaj dalej Nauczycielom z okazji ich święta – Chrystologia didache

Chleb żywota

[nggallery id=77]

Ojcze nasz, któryś jest w niebie (…)

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” (Mt 6,9-11).

Ja jestem chle­bem żywym,

który z nieba zstąpił;

jeśli kto spożywać będzie ten chleb,

żyć będzie na wieki;

a chleb, który Ja dam, to ciało moje,

które Ja oddam za żywot świata” (J 6,51)

Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, kiedy pojawiło się pieczywo, niemniej na temat miejsca, gdzie to się stało, można już snuć pewne domysły. Na początku prawdopodobnie było „przypadkowe” odkrycie, że kleistą papkę, pierwotną formę pokarmu zbożowego, która powstawała po wymieszaniu rozdrobnionych ziaren z wodą, można spożywać także wtedy, gdy wyschnie, a nawet wysuszy się w słońcu czy też na kamieniach, rozgrzanych naj­pierw promieniami słonecznymi, a później z pomocą ognia. Pożytki z tego odkrycia musiały być jasne od samego początku – wysuszoną bryję można jeść także i wtedy, gdy nie ma czasu na przygotowanie posił­ku.

Społeczności zbierackie pozyskiwały spore ilości ziarna i innych produktów roślinnych, które można było spożyć bezpośrednio, nieprze­tworzone, albo poddać je najprostszej obróbce. Trudno sobie wyobra­zić, co wyzwalało potrzeby poszukiwania nowych form posiłków, bo raczej na pew­no nie były to potrzeby estetyczne czy smakowe. Być może jakiś udział w przemianach odegrał przypadek, a może też obserwacja kło­potów trawiennych?

Ziarna różnych gatunków traw i roślin strączkowych przetwarzano najprostszymi metodami: susząc, tłukąc, mieląc, mocząc. Ceniono je jed­nak na tyle, że niekiedy oczyszczone, zwilżone i podprażone ziarna zbożo­we pojawiały się wśród darów ofiarnych. Tak właśnie przedstawiała się nie­wyszukana potrawa, jaką była starogrecka i rzymska „maza”, ciasto z mąki jęczmiennej. Aby ją otrzymać, mąkę mieszano z wodą, winem lub masłem i jedzono ją, nie piekąc, tak, że pokarm miał postać kisielu lub rosołu. Podobną potrawą była polewka, znana pod nazwą „cremor”, jaką jadano w Cesarstwie Rzymskim. Powstawała z potłuczonego ziaren pszenicy, które gotowano w mleku aż do uzyskaniu gęstej masy. Pozostałościami tych archaicznych zbożowych posiłków są różno­rakie „polewki zbożowe”, z których część miała jeszcze niedawno sensy ob­rzędowe. Należą do nich: żur z zakwaszonej mąki, siemieniec, siemieniucha (rzadka kasza owsiana podawana na wieczerzę wigilijną), sama kasza (dawniej obowiązkowo podawana na Wigilię i wesela). Czytaj dalej Chleb żywota

Sprzeciw wobec matury z języka polskiego

[nggallery id=75]

Chociaż chrześcijaństwo działa w świecie, a więc w określonej przestrzeni i czasie, mimo wszystko nie przynależy do ekonomicznej struktury czasu. Wręcz odwrotnie, to właśnie chronologia, bezlitosny ciąg wypadków doprowadził Kościół do kryzysu; do końca pewnej formy istnienia w świecie, którego nie chcemy przyjąć do wiadomości.

Byłoby dobrze, gdybyśmy jak najszybciej przyswoili sobie biblijną prawdę o Bogu, który w każdej chwili i w każdym miejscu jest bliski człowiekowi do tego stopnia, iż nie można dłużej utrzymywać, jakoby chrześcijaństwo było osią rozwojową ludzkości, czyli czymś na kształt sprężyny, dzięki której możliwy jest rozwój. Chrześcijaństwo w każdym czasie i w każdym miejscu ma być manifestacją Boga. Jakiego Boga? Ogołoconego z chwały i cierpiącego z miłości. Boga, który zaprzeczył samemu sobie, żeby potwierdzić człowieka.

Szkoda, że chrześcijaństwo, zamiast być epifanią ogołoconego Boga, wciąż wierzy w ekonomiczną logikę zbawienia i oczekuje jakiegoś historycznego triumfu. Niedoczekanie!  Dlatego chrześcijaństwo nie może być dłużej przedstawiane jako ideologiczna prawda, której obrońcą i szermierzem jest pobożny i szlachetny wojownik wiary. Czas krucjat skończył się bezpowrotnie. Niech gorliwi protestanci nie liczą na drugą Reformację, a pobożni katolicy na zwycięstwo Rzymu. Jedyne, co nam pozostało, to na podobieństwo Boga dać się ukrzyżować dla jeszcze większej chwały Boga, który manifestuje się jako Wielka Nieobecność.

Skoro z punktu widzenia chrześcijańskiej wiary podstawowymi cechami Boga są: relacja, wymiana i ogołocenie, wzorów i mądrości nie szukajmy poza krzyżem. Żyjemy w świecie, w którym bycie chrześcijaninem oznacza bycie zobrazowanym słowem, to znaczy słowem do tego stopnia ogołoconym ze znaczeń, że przemawiającym siłą swego bycia. Zatem nie moralizowanie, ani dogmatyzowanie oraz  wszelkie tego rodzaju formy oddziaływania na społeczeństwo, ale proste i skuteczne bycie słowem, objawiającym Boga, jest ideałem chrześcijaństwa XXI wieku. Czytaj dalej Sprzeciw wobec matury z języka polskiego

Władza po smoleńskiej tragedii

[nggallery id=74]

Dzień 10 kwietnia 2010 r. będzie kojarzył się następnym pokoleniom z tragiczną śmiercią pasażerów i załogi samolotu TU 154, lecącego z Warszawy do Smoleńska. Pan Prezydent, Lech Kaczyński, wraz z Małżonką i wieloma towarzyszącymi osobami, mieli wziąć udział w obchodach 70-tej rocznicy zbrodni, której symbolem jest katyński las i zbiorowa mogiła pomordowanych Polaków. Nie zdążyli uczcić ich pamięci, ponieważ sami dołączyli do wielkiego tłumu świadków: „Widziałem, a oto tłum wielki, którego nikt nie mógł zliczyć, z każdego narodu i ze wszystkich plemion, i ludów, i języków, którzy stali przed tronem i przed Barankiem, odzianych w szaty białe, z palmami w swych rękach. I wołali głosem donośnym, mówiąc: Zbawienie jest u Boga naszego, który siedzi na tronie, i u Baranka” (Obj  7,9.10).

Gdy opadły pierwsze emocje, dziennikarze, komentatorzy polityczni, politolodzy i politycy  chwycili za pióra, aby opisać „metafizykę” smoleńskiej tragedii i znaleźć w niej obojętnie jaki sens, religijny, polityczny, czy może społeczny. Warto im się przysłuchiwać i wyciągać z nich wnioski, ponieważ nie ulega wątpliwości, że polityczna tkanka społeczeństwa w jednej chwili została naruszona do tego stopnia, że nie oczekiwałbym, aby rana zanikła. Owszem wygoi się – należy przypuszczać, że szybciej, aniżeli wydaje się wszystkim, których ta śmierć poruszyła do głębi -, jednak rana pozostanie i będzie przypominać, jednym tragedię i śmierć, innym Polskę sprzed 10 kwietnia 2010r.

Czy to dobrze, że niektóre rany pozostają? Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że najtrwalszymi są rany najgłębsze, to nawet bardzo dobrze. Rany bowiem są nie tylko śladem fizycznego cierpienia. Przede wszystkim pozostawiają głębokie ślady w duszy. A im rana jest głębsza, tym mocniej odmienia duszę człowieka i społeczeństwa, nie pozostawiając w nienaruszonym stanie duchowości i kultury. Dlatego wyobrażam sobie, że także polityczna scena naszego kraju odmieni się. Nie sądzę przy tym naiwnie i romantycznie, że stanie się to za sprawą przeżycia narodowej traumy, bądź zachowania szacunku dla zmarłych, czy wreszcie skutecznej katharsis dziennikarzy i polityków, którym wypowiadanie złych i śmiercionośnych słów przychodziło dotąd bez większego problemu. Czytaj dalej Władza po smoleńskiej tragedii

Żywa woda

[nggallery id=53]

Kto napije się wody, którą Ja mu dam,

Nie będzie pragnął na wieki,

Lecz woda, która Ja mu dam,

stanie się w nim źródłem wody wytryskującej

ku żywotowi wiecznemu” (J 4,14).

A w ostatnim, wielkim dniu święta

stanął Jezus i głośną zawołał:

Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije.

Kto wierzy we mnie, jak powiada Pismo,

z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej” (J 7,37n)

Ponad wszelką wątpliwość woda istniała przed człowiekiem. Zarówno świadectwo biblijne, grecka filozofia, jak i nauka są w tym względzie jednomyślne. Woda istniała wręcz wcześniej, aniżeli zaistniało życie. Dla żywych organizmów jest pierwszym środowiskiem, a nawet pierwszym pokarmem. Zdaniem starożytnych myślicieli, usiłujących rozwikłać tajemnicę wszechświata i wytłumaczyć całokształt zachodzących w nim zjawisk, woda jest jednym z czterech składników, elementów, czy też żywiołów, z których stworzony jest świat. Nauczali, że woda, wespół z ziemią, powietrzem i ogniem, tworzy podstawy wszystkiego, co istnieje. Uważali przy tym, że woda przewyższa pozostałe elementy. Spostrzeżenia Talesa z Miletu, że wszystko, co jest żywe, żyje wilgocią, a to, co wysycha, staje się martwe, ewidentnie jest filozoficznym zapisem powszechnego doświadczenia.

Woda powinna być żywa, jednak w naszym świecie coraz częściej bywa martwa. A wówczas rośliny, zwierzęta i ludzie chociaż czerpią ze źródeł i piją, poza dostarczaniem sobie płynu nie osiągają tego, co woda powinna zapewniać, a mianowicie odnowy życia. Dlaczego? Odpowiedź jest związana z budową wody, która przez długie dziesięciolecia była przedmiotem dyskusji. W 1984 r. biochemik z USA, dr L.H. Lorenzen, a kilka lat później naukowiec z Japonii, prof. M. Emoto, udowodnili, że woda potrafi magazynować informację o strukturze cząstek, pochodzących z innych produktów.  Nazywamy ja pamięcią molekularną. Z końcem XX wieku dowiedzieliśmy się jeszcze, że heksagonalne cząsteczki wody ulegają pionowemu zagęszczeniu, tworząc charakterystyczne ugrupowania i struktury, przypominające budowę kryształu kwarcu. Taka woda ma obraz uporządkowanych, zwielokrotnionych wzorów. Kryształ tworzy się zawsze w formie sześciokąta, podobnie jak płatki śniegu.

Żywa woda ma więc harmonijną i uporządkowaną strukturę, dzięki czemu potrafi przywracać właściwą budowę cząsteczkom, które z różnych powodów ją straciły. Wystarczy, aby weszła z nimi w kontakt. Oczywiście sama w tym czasie również musi mieć właściwą sobie strukturę, ponieważ z wody, której budowa została zniszczona przez złe przechowywanie, zanieczyszczenie i smog elektromagnetyczny, nie ma większego pożytku. Dzięki swoim zdolnościom, woda dostarcza żywemu organizmowi energii i składników odżywczych, dotlenia komórki i reguluje równowagę kwasowo – zasadową, zapewnia odpowiednią ciepłotę i usuwa z organizmu trucizny, powstałe w wyniku trawienia, a w końcu leczy te organy, których budowa komórkowa została zniszczona, na przykład z powodu złego przepływu energii. Czytaj dalej Żywa woda

Święta noc w cudownym ogrodzie

[nggallery id=52]

Cudowna różdżka wzrosła,

gałązka bardzo mdła;

Prorocka wieść doniosła,

że z Isajego pnia zakwitnął cudny kwiat

w pośrodku ostrej zimy, gdy ciemność kryła świat” (ŚK 45,1).

Trudno wyobrazić sobie kwitnący ogród w najdłuższą noc roku, gdy za oknami często śnieży, wieje i jest zimno. Zdaniem pokolenia zurbanizowanej wrażliwości, w świętą noc Bożego Narodzenia wszystko rozgrywa się wewnątrz przytulnych mieszkań, w rodzinnym gronie, gdy zewsząd słychać Słowo od Boga o tym, że dłużej nie mógł znosić ludzkiego wyobcowania i udręki w ciemnościach, wobec czego w swoim Synu pojawił się w naszym świecie i historii.

Może to i prawda, że wigilijnego stołu nikt nie ustawia na zewnątrz domu, jednak tęsknota za ogrodem przynagla nas do tego, żeby 12 świętych dni, od Wigilii Bożego Narodzenia po Święto Epifanii, było nie tylko pełnych zieleni zimozielonych roślin, ale przede wszystkim przeniosło nas do utraconego ogrodu życia, który znowu staje przed nami otworem, bo pośrodku ostrej zimy zakwitnął cudny kwiat. Kwiat zbawienia!

Słowo zbawienia o narodzonym w Betlejem Mesjaszu jest ziarnem, wsianym w glebę ludzkich lęków i pożądliwości, z którego wyrasta ogród życia, ogród w którym znowu jesteśmy u siebie, w obecności Boga, pojednani z całym stworzeniem, bez lęków, wolni od uśmiercających pragnień. Ziarno Ewangelii tworzy ogród życia, a my – w wigilijną noc wsłuchani w to Słowo – czujemy się jak w ogrodzie. Dlatego o wyjątkowej nocy Bożego Narodzenia mówimy, że coś w nas zapoczątkowuje i umożliwia uczynienie nowego etapu w codziennym życiu. To tak, jakbyśmy mieli szansę znaleźć się w ogrodzie Eden i rozpocząć życie nie w Adamie, czyli w grzechu, ale w Chrystusie, czyli w sprawiedliwości Bożej.

Wigilijna noc jest nocą cudu! Noc zimowego przesilenia, czyli w pogańskich religiach święto odradzającego się słońca, ludzie przeżywali jako uobecnienie początku. Obrzędami i wróżbami uczestniczyli w dniu pierwszym, w dniu stworzenia, aby życie rozpocząć od nowa. Dlatego z tą nocą było związanych wiele przesądów i ludowych wyobrażeń. Wszędzie miały błąkać się duchy, ponieważ ta noc jest okresem czarów, dziwów, niesamowitych zjawisk i nadprzyrodzonych mocy, rządzonych przez tajemniczy i nieodgadniony świat zmarłych. Jest to czas nad wyraz osobliwy: radosny i straszny zarazem. To noc, podczas której nie ma rzeczy niemożliwych. Według starych wierzeń w tę noc otwiera się wnętrze ziemi i jasnym płomieniem świecą ukryte w nim skarby, woda w źródłach, potokach i rzekach zmienia się na chwilę w wino i miód, a nawet w płynne złoto. Wtedy też srebrną gwiazdką zakwita kwiat paproci, dopiero w późniejszych legendach przeniesiony na noc świętojańską. Tej nocy pod śniegiem rozkwitają cudownie pachnące kwiaty, a drzewa owocowe w sadach i od razu, tej samej nocy wydają owoce. Ptaki rozmawiają wtedy ludzkim głosem, mówi także bydło domowe, pszczoły w ulach budzą się z zimowego snu, a martwe kamienie ożywają i obracają wokół własnej osi. Jednym słowem cała przyroda przeżywa świętą i tajemniczą odnową.

Takie były dawne wierzenia. I biada temu, kto chciał zrozumieć te tajemnice. W tradycji ludowej zachowało się mnóstwo opowieści o śmiałkach pochłoniętych przez źródła, z których chcieli zaczerpnąć wina, o gospodarzach, którzy od własnych zwierząt usłyszeli wyrok śmierci, podsłuchując je w wigilijną noc i o zagubionych na zawsze, którzy wybrali się na poszukiwanie kwiatu paproci.

Dla nas – chrześcijan –  cudem jest nie to, że co roku mamy nowy początek, ale to, że prawdziwy początek zawiera się w końcu, o czym nie świadczą nam ludowe podania, ale Słowo od Boga, Słowo Życia, Ewangelia Chrystusa. Gdy wypełnił się czas i Bóg zesłał swojego Syna, stał się rzeczywisty i prawdziwy początek. Starych rzeczy już nie pamiętamy i nie opowiadamy. W wigilijny wieczór nie powracamy zatem do pierwszego dnia, bo żadnym obrzędem ani wróżbą nie jesteśmy zdolni odnowić stworzenia i naszego życia, ale  w Chrystusie, który jest początkiem i końcem, dostrzegamy jedność dnia pierwszego i ostatniego, a właściwie uobecnienie i wypełnienie się pierwszego w ostatnim. Czytaj dalej Święta noc w cudownym ogrodzie

Słowo, świeca i cynamon

[nggallery id=51]

Co było od początku, co słyszeliśmy, co oczami naszymi widzieliśmy, na co patrzyliśmy i czego ręce nasz dotykały, o Słowie żywota” (1 J 1,1).

W europejskim społeczeństwie ludzie mają coraz mniejszą świadomość pochodzenia i tożsamości religijno-kulturowej, czyli tzw. korzeni. W związku z tym lawinowo rośnie rzesza ludzi zafascynowanych innymi religiami i kulturami. Czy słusznie? Być może pragnienie uczestniczenia w innych nurtach cywilizacyjnych wcale nie wiąże się z potrzebą poznawania nowego, a po prostu ujawnia liczne kompleksy? Jestem przekonany, że jesteśmy temu winni, ponieważ wystarczyłoby głębiej poznać własną kulturę i tradycję duchową, a także świadomie wprowadzać w nią własne dzieci, aby nasze pokolenie przestało odczuwać kompleksy małości i braków. Chodzi więc o to, abyśmy mieli świadomość skąd jesteśmy, jaka jest tradycja naszej kultury, jakie są najgłębsze źródła naszej duchowości, a one przecież zawsze ujawniają się w zwyczajach, rytuałach, liturgii nie tylko kościelnej, ale i rodzinnej.

Może jest tak, że współczesne pokolenie, pytające o Boga i poszukujące najodpowiedniejszego wyrazu dla własnego doświadczenia religijnego, bynajmniej nie oczekuje intelektualnych rozważań i orientalnych wzorców, ale najbardziej fundamentalnego i wcale nie skomplikowanego przekazu z przeszłości własnej religii, kultury, rodziny? Jedyne, co pozostaje wówczas do uczynienia, to kontynuowanie owego przekazu oraz autentyczna pomoc  w odkryciu i zinterpretowaniu tego, co ukrywa własna tożsamość.

Pisząc niniejszy tekst, naznaczony Słowem, świecą i cynamonem, pragnę wskazać problem, ale przede wszystkim przypomnieć o religijnym znaczeniu adwentu i zachęcić do rodzinnego celebrowania tego czasu. Czytaj dalej Słowo, świeca i cynamon