Gru 29

Uśmiechnięci żyją w ciszy

Nieszczęśliwi sieją wiatr

Uwięziona dusza krzyczy

Siejcie ciszę wewnątrz krat

 

W zaufaniu ludzka moc

Słabi rządzą za murami

Przestraszonym sprzyja noc

Siejcie wiarę słabościami

 

Święty bywa uśmiechnięty

Żyjąc zmiłowania darem

Uwięzionym dla zachęty

Siejcie uśmiech zaufaniem

 


Lis 2

[nggallery id=142]   Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

„A oto pewna kobieta z tego miasta, grzesznica, dowiedziawszy się, iż zasiada przy stole w domu faryzeusza, przyniosła alabastrowy słoik olejku. I stanąwszy z tyłu u jego nóg, zapłakała i zaczęła łzami zlewać nogi jego i włosami swojej głowy wycierać, a całując jego stopy, namaszczała je olejkiem” (Łk 7,37n).

Ewangeliczny obraz pełen erotyzmu i prawdziwie wdzięcznej miłości. Tak miłować i taką czułość może okazać jedynie ktoś, komu wiele dano. Ilu ludzi Jezus uratował? Zwłaszcza kobiet przed gradem kamieni i głęboką wodą? Czy wypada się dziwić, że wiernie za Nim szły z Galilei przez Samarię do Judei, a na Golgocie szczerze płakały? Jezus dał im drugie życie. Na swój sposób kochały swojego Wybawiciela.

Dłonie, które tulą i pieszczą stopy, są znakiem największej wdzięczności i pokory: „Wstał od wieczerzy, złożył szaty, a wziąwszy prześcieradło, przepasał się. Potem nalał wody do misy i począł umywać nogi uczniów i wycierać prześcieradłem, którym był przepasany” (J, 13,4n). Właściwie co takiego robi Jezus? Czy na pewno daje tylko przykład? Czy tylko  objaśnia, co będzie się działo na Golgocie? Nie wiem, nie jestem przekonany? Jezus czyni coś jeszcze, pokazuje, że choć potomstwo rajskiego kusiciela ukąsi go w piętę, gotów jest do przebaczenia. „I wyszedł pierwszy, rudy, cały jak płaszcz włochaty, i nazwano go Ezaw. Następnie wyszedł brat jego, a ręką swą trzymał za piętę Łzawa, i nazwano go Jakub…” (1 Mż 25,25n). Grzesznik próbuje schwytać przeciwnika za piętę. Niestrudzenie szuka najsłabszego miejsca, „pięty Achillesa”. Jezus, choć za piętę ukąszony, nie oddaje złem, ale to najsłabsze miejsce człowieka czule obejmuje i obmywa, jak grzesznica w domu Szymona, faryzeusza, żeby człowiek był czysty, silny, gotowy do spotkania z mocą i świętością.

Stopy w dłoniach? Niech będzie raz jeszcze: „I ująwszy dziewczynkę za rękę rzekł jej: Talita kumi! Co znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań. I zaraz dziewczynka wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat…” (Mk 5,41n). Dłonie Jezusa stawiają człowieka na nogach, prostują, pozwalają żyć własnym życiem, być sobą oraz iść własną drogą życia. Odtąd dziewczynka nie będzie doświadczać braku wiary ojca w jej osobę, godność i możliwości. Wyleczona z anoreksji wreszcie naje się do syta i nabierze sił do samodzielnego życia.

Stopy w dłoniach to obraz wiary w człowieka; wiary, że z umytymi stopami człowiek może  pójść na spotkanie mocy i świętości; żyć miarą swojego człowieczeństwa i być sobą.

Za więziennymi murami stopy w dłoniach to Wasza największa moc. Tym, którzy są uznani za zbrukanych, splamionych grzechem, przywracacie wiarę w siebie, aby mogli pójść na spotkanie mocy i świętości; odzyskać wiarę w siebie i wypełnić resztę życia sensem.

Nie bójcie się brać stóp w swoje dłonie.


Paź 30

[nggallery id=146]

Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

Dłoń stworzona jest do pracy. Dłoń sieje ziarna, zbiera zboże, młóci kłosy, piecze chleb.

Dłoń stworzona jest do rozdawania. Dłoń bierze chleb i błogosławi, potem łamie go i dzieli: „I rozkazał ludowi usiąść na trawie, wziął pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, pobłogosławił, potem chleby łamał i dawał uczniom, a uczniowie ludowi” (Mt 14,19). W świecie zwierząt równowagę biologiczną zapewnia nieprzerwany łańcuch pokarmowy. W świecie ludzi równowagę społeczną zapewnia nieprzerwany łańcuch dłoni, które karmią. Pierwsza jest dłoń z nieba, ostatnia jest Wasza, wyciągnięta do tych, którym ciężko rozkazać, aby rozsiedli się na zielonej trawie.

Jednak nie miejsce do siedzenia jest najważniejsze. Najważniejszy jest sposób, w jaki wyciągam swoją dłoń. „Masz, jedz mi z ręki, i bądź moim niewolnikiem”: „Lecz gdy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych chromych, ślepych. I będziesz błogosławiony, bo nie mają ci czym odpłacić” (Łk 14,13).

Można też inaczej: „Bierz i jedz. Daję ci pokarm z nieba, który łączy nas we wspólnotę dziękczynienia”. Dłonią, która karmi, można człowieka uczynić wolnym, ale można też w najgorszy sposób zniewolić. Czy z jadłodajni Waszych dłoni, ci, których karmcie, odchodzą rozradowani na podobieństwo wróbli, tak zadowolonych z kilku znalezionych ziaren, że aż irytujących swoją radością bycia? Albo inaczej: Czy Wasze dłonie są znakiem betlejemskiej jadłodajni?

„Nie troszczcie się o życie swoje, co będzie jedli albo co będziecie pili, … . Spójrzcie na ptaki niebieskie, że nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec wasz niebieski żywi je; …” (Mt 6,25n).

Dłoń, która karmi, uwalnia od troski, rozdaje radość i pokój. Karmić w ten sposób nie jest łatwo. Dłoń musi być zwrócona ku niebu, otwarta na dar, a jednocześnie jakby narażona na ryzyko, że ktoś niespodziewanie ukradnie położony na niej chleb. Ale inaczej się nie da. Z zamkniętej dłoni co prawda nikt niczego nie ukradnie, ale też nikt się nie nasyci. Kto nie potrafi zaryzykować, nigdy nikogo nie nakarmi. Podobnie do siewcy, któremu wiele ziaren spada poza dobrą glebę, a on sieje mimo wszystko, z nadzieją stokrotnego plonu, karmiąca dłoń nie może liczyć okruchów, które spadają pod stół: „Lecz ona przyszła, złożyła mu pokłon i rzekła: Panie, pomóż mi! A On, odpowiadając, rzekł: Niedobrze jest brać chleb dzieci i rzucać szczeniętom. Ona zaś rzekła: Tak, Panie, ale i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu panów ich” (Mk 15,25-27).

Dłoń, która karmi, nie może liczyć okruchów. Musi karmić wielkim naddatkiem chleba. Nie wolno liczyć strat. Trzeba liczyć nakarmionych, szczęśliwych, obdarowanych życiem.


Paź 30

[nggallery id=145]

Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

Gdy Izrael zajmował kolejne tereny i miasta, mieszkańcy Gibeonu ocalili swoje życie, posługując się podstępem. Gdy jednak wyszedł na jaw, zwrócili się do Jozuego słowami: „Otóż teraz jesteśmy w twoim ręku; co ci się dobrym i słusznym wydaje, aby z nami uczynić, to uczyń” (Joz 9,25). Mieli wielką odwagę. A może to wcale nie była odwaga? Co więc? Myślę o pewności. Mieli pewność, że Jozue nie cofnie słowa i nie zerwie przymierza, nawet wówczas, gdy dowie się o ich podstępie.

Co na co dzień możemy czynić? Mieć pewność, że Bóg nie cofnie słowa i nie zerwie przymierza, nawet wówczas, gdy na jaw wyjdzie niejedne nasze oszustwo, podstęp, próba zwiedzenia Boga: „Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu i kładziesz na mnie rękę swoją. Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza, zbyt wyniosła, bym ją pojął” (Ps 139,5).

Boże dłonie obejmują dłonie grzesznika, mocno je spajają i pozwalają mieć nadzieję życia i ochrony przed złem. Tak z dłoni Boga i ukrytych wewnątrz dłoni człowieka powstaje wspólnota, będąca znakiem ocalenia: „Nie dosięgnie cię nic złego i plaga nie zbliży się do namiotu twego, albowiem aniołom swoim polecił, aby cię strzegli na wszystkich drogach twoich” (Ps 91,10n). Posługując się tymi słowami kusiciel postanowił zwieść Jezusa. Spróbuj, czy Bóg na tyle ma silne dłonie, że spadając ze szczytu świątyni, nie uderzysz o ziemię.

„Wypróbuj Boże dłonie! Co ci szkodzi?” Myślę, że każdy zna ten rodzaj kuszenia. Ile razy za swojego życia wystawiliśmy Bożą dobroć na próbę? Za każdym razem był to grzech, bo nie chodzi o to, żeby Boże dłonie traktować jak „skokochron”, ale żeby nasze dłonie z Jego dłońmi tworzyły wspólnotę modlitwy i pamięci, czyli po prostu sieć zbawienia.

Taką sieć powinniście zaplatać za więziennymi murami. Tam, gdzie chodzicie najczęściej zaplecione są metalowe kraty: zimne, izolujące i śmiercionośne. Mimo wszystko można tam zapleść też dłonie: ciepłe, zapraszające do wspólnoty, życiodajne. Kto jest rybakiem ludzi, prędzej czy później musi nauczyć się zaplatać sieć zbawienia, aby z jej pomocą wydobywać współczesnego Jonasza z topieli, z głębokości krainy umarłych, z krainy niewoli i „nie zbawienia”.


Paź 30

[nggallery id=144]  Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

„A gdy wzeszła zorza, przynaglali aniołowie Lota, mówiąc: Wstań, weź żonę swoją i dwie córki, które się tu znajdują, byś nie zginął wskutek winy tego miasta. Lecz gdy się ociągał, wzięli go owi mężowie za rękę i żonę jego za rękę, i obie córki jego za rękę, bo Pan chciał go oszczędzić, i wyprowadzili go, i pozostawili poza miastem” (1 Mż 19,16n).

O świcie, gdy ustępuje ciemność, dłoń chwyta za dłoń i wyprowadza poza miasto. Przyznajmy – dziwne miejsce ocalenia. Kojarzy się nam raczej, że powinno być na odwrót, zwłaszcza w czasach biblijnych patriarchów, gdy na pustyni, pomiędzy miastami i oazami, często rządziły bandy rabusiów.

Dłoń wyprowadza poza miasto, poza mury, czyli gdzie?  Tam, gdzie człowiek traci poczucie bezpieczeństwa: „Dlatego i Jezus, aby uświęcić lud własną krwią, cierpiał poza bramą. Wyjdźmy więc do niego poza obóz, znosząc pohańbienie jego. Albowiem nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego szukamy” (Hbr 13,12-14).

Chcesz człowiekowi pomóc? Chwyć mocno jego dłoń i wyprowadź poza miasto, poza miejsce, w którym czuje się bezpiecznie. Wyprowadź go poza zadomowienie, aby przestał budować na tym, co do tej pory było mu bliskie, co było jakąś istotna wartością. Może była to szczególna wartość etyczna, wyniesiona z domu; może wspominanie dzieciństwa i opieki rodziców; może religijne doświadczenia; a może majątek albo jakaś umiejętność? Wyprowadź go poza mury bezpieczeństwa, które sam sobie stworzył, i koniecznie zabroń oglądać się wstecz, aby nie stał się słupem soli, pamiątką przeszłości i tęsknoty za domem.

Jezus umiera poza murami, w doświadczeniu totalnego opuszczenia. Na Golgocie ginie człowiek, który nie wypuścił dłoni z dłoni. Kto chce wyobrazić sobie człowieka wielkiej mocy, musi być przygotowany na przyjęcie obrazu Golgoty. Tylko trzymając dłoń w dłoni tego, który jest posłany, można w pokoju wyjść poza mury zadomowienia i zaufać, że nawet śmierć ma sens.

Nie wyprowadzacie nikogo na szafot ani krzesło elektryczne, ale wyprowadzacie poza mury w świat, który stał się wrogi, obcy, nieznany. Mocno uściśnijcie dłoń wyprowadzanego, aby miał odwagę nie odwrócić się i wrócić, bo wtedy – jak żona Lota – stanie się pomnikiem, a więc czym? Pamiątką samego siebie. Recydywa zawsze jest stanem gorszym od pierwszego odosobnienia. Recydywa utrwala starą postać człowieka, jak sól utrwaliła żonę Lota.

Jesteście aniołami, ratującymi z zadomowienia wewnątrz więziennych murów, aby człowiekowi pokazać przyszłość. Uświadomić, że przeszłość jest iluzją, a rzeczywista jest wyłącznie przyszłość. Kto żyje iluzjami, brnie w ciemność.


Paź 30

[nggallery id=143]  Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

Siedmiomilowe buty. Zna ktoś tego szewca, który szyje takie buty?

A właściwie po co komu takie buty? Przecież można w nich zrobić za długi krok i przejść obok, nie trafiając celu. Po co komu buty, które przyśpieszą jego życie tak bardzo, że nawet nie zorientuje się, iż wszystko już przeszedł, przeżył?

A jak to było w baśni? Siedmiomilowe buty wcale nie służą do osiągania celu. Rratowały raczej czyjeś życie. Pozwoliły opuścić miejsce kaźni, miejsce demonicznego zła. „A Pan szedł przed nimi w dzień w słupie obłoku, by ich prowadzić w drodze, a w nocy w słupie ognia, aby im świecić, żeby mogli iść dniem i nocą” (2 Mż 13,21). Pan Bóg też potrafi uszyć takie buty, w których przekracza się wodę śmierci i umyka z miejsca kaźni, spod nieprzyjacielskiej ręki.

Boże dłonie uszyły buty do wolności. Żeby uszyć takie buty trzeba mieć bardzo zgrabne dłonie; dłonie, którymi kieruje nie tylko głowa. Siedmiomilowe buty, szyją dłonie kierowane także sercem. Takie buty nie oznaczają dominacji i panowania, a tak przecież może być, skoro potężni królowie mieli zwyczaj posyłania pomniejszym władcom swojego obuwia, które musieli nosić na znak poddaństwa, i  w istocie wciąż jeszcze tak się zdarza. W małżeństwie na przykład mąż zamiast nosić swoje, chodzi w żony w pantoflach. Czy ktoś lubi być „pantoflarzem”? Czujecie się „pantoflarzami” Pana Boga?

Izraelowi Bóg nie podarował pantofli zniewolenia, a prawdziwego partnerstwa. Stworzył buty, w których chodzi człowiek wolny.

Jakie buty szyjecie dla tych, którzy jak Izrael chcą wyjść na wolność? Można przecież uszyć komuś buty w taki sposób, żeby nigdy nie był sobą i nigdy nie wyszedł na wolność, przede wszystkim wolność swoich pragnień i myśli o samym sobie. Pomiędzy nami, w świecie i Kościele, jest wielu, którzy celowo szyją bliźnim takie buty, w których nigdy nie wyjdą na wolność, żeby można było nimi rządzić i manipulować.

Więźniom szyjcie siedmiomilowe buty bardzo zgrabnymi dłońmi, którymi kieruje i głowa, i serce. Oni doświadczają ukarania, „odcierpienia”, ale żeby byli „pantoflarzami”? Kodeks takiej kary nie przewiduje.


Paź 30

[nggallery id=141] Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

Gdy konie faraona z jego rydwanami i jeźdźcami weszły w morze, Pan skierował na nich wody morskie, Synowie Izraela zaś przeszli po suchym gruncie środkiem morza. Wtedy prorokini Miriam, siostra Aarona, wzięła w rękę swoją bęben, a wszystkie kobiety wyszły za nią z bębnami i w pląsach. Wtedy im Mierami zaśpiewała: Śpiewajcie Panu, gdyż nader wspaniałym się okazał: Konie i jego jeźdźca wrzucił w morze! Potem powiódł Mojżesz Izraela od Morza Czerwonego i wyszli na pustynię Szur (2 Mż 15,19-22).

Niebywała historia? Można sądzić, że wychodząc z Egiptu większość myślała o rzeczach nieodzownych do przeżycia, tymczasem lekkomyślna Miriam zatroszczyła się o rzecz całkowicie zbędną, na pustynię zabrała bębenek. Zamiast pomagać Mojżeszowi i organizować gigantyczny pochód ludzi i zwierząt przez pustynię, Miriam gra na bębnie, dając nie najlepszy przykład innym kobietom. Czy Miriam przypadkiem nie zwariowała? Zamiast zabrać rzeczy niezbędne, niosła bębenek! Związała swoje dłonie rzeczami i czynnościami zbędnymi.

Są czynności zbędne i niezbędne. Do których należy gra? „Grajcie Panu na cytrze i głośno śpiewajcie!” (Ps 98,5). Na dłonie, które grają, można spojrzeć tak: dłonie związane pałeczkami bębenka albo strunami gitary, to ręce w jakiejś mierze zniewolone, jednak dzięki nim wolne staje się serce i głowa. Serce od złości a głowa od troski.

Każdy chce mieć wolne serce i głowę, bo każdy chce być szczęśliwy. Jednak wolność ma swoją cenę, a jest nią niewola dłoni, które możesz związać w modlitewnym geście, ale równie dobrze zapleść strunami: „Kto śpiewa w dwójnasób się modli”.

Albo jeszcze inaczej, jednak Lutra trzeba wspomnieć: „Chrześcijanin jest całkowicie wolnym panem wszystkich rzeczy, nikomu nie podległym. Chrześcijanin jest najuleglejszym sługą wszystkich rzeczy i wszystkim podległy”. A już najciekawiej robi się wówczas, gdy związane strunami dłonie należą do człowieka w ubranko w paski. Przez wieki paski piętnowały ludzi z marginesu, innych, tych znienawidzonych, których większość w irracjonalny sposób się bała. Ubranko w paski naznacza i zniewala.

Kto dąży do wolności od paskowanego piętna niech zwiąże swoje dłonie grą. Kto chce poczuć się wolnym od pasków więziennych krat, niech zniewoli dłonie czynnościami całkowicie zbędnymi. Wykonując rzeczy niezbędne, człowiek zawsze jest tylko niewolnikiem niezbędności, przydatności, użyteczności, swojego albo cudzego pomysłu na własne życie. A przecież można przechytrzyć strażnika, można wyjść na wolność, można opuścić Egipt, ale dłonie trzeba zniewolić, aby serce i głowa zaczęły pracować własnym rytmem wolności.

Za kratami, w przestrzeni, która dawniej była zapaskowana, nie koncentrujcie się na czynnościach niezbędnych. Czyńcie raczej to, co zbędne, aby ci, którzy często czują się zbędni, stali się niezbędni: „Śpiewajcie Panu, chwalcie Pana, gdyż wybawił duszę biednego z mocy grzeszników” (Jr 20,13).


Paź 30

[nggallery id=140]

„Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych ani nie stoi na drodze grzeszników, Anie nie zasiada w gronie szyderców, lecz ma upodobanie w zakonie Pana i zakon jego rozważa dniem i nocą. Będzie on jak drzewo zasadzone nad strumieniami wód” (Ps 1,1-3).

Boża dłoń ma szczególną zdolność rozłupywania skorupy ludzkiego egoizmu. Cierpliwie, niczym woda drążąca skały, Bóg systematycznie dostaje się do środka, aby ożywić zarodek. Drąży i zmiękcza, a my krzyczymy, że boli. Nie życzymy sobie bólu umierania: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje, lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje” (J 12,24).

Kto wie, może w dłoniach Boga śmierć boli mniej? A może bardziej, bo jakby zawiódł? „Wtedy umarła Debora, mamka Rebeki, i została pochowana poniżej Betelu pod dębem; i nazwano go dębem płaczu” (1 Mż 35,8). Pomiędzy żywymi nie ma nikogo, kto by to wiedział. Pewne jest coś innego, mianowicie że w Bożych dłoniach śmierć nabiera sensu, bo przecież jakoś głupio umrzeć bez sensu? „W ręku twoim są losy moje” (Ps 31,16).

W Bożych dłoniach umieranie jest pękaniem skorupy. Boże dłonie to dłonie ogrodnika, któremu w dłoniach wykiełkowała przyszłość. Szczęśliwy mąż, którego Boże dłonie sadzą nad strumieniami wód.

Przyszłość kiełkuje w dłoniach: „Leniwa dłoń prowadzi do nędzy, lecz ręka pracowitych ubogaca” (Prz 10,4). Módl się i pracuj. Dłońmi się módl. Dłońmi, które są jak ziemia, gdzie kiełkuje ziarno nadziei na lepsze jutro. Przyszłość ochraniaj modlitwą i pracą. W twoich dłoniach dąb stałości i wieczności chce rozpocząć swoją historię. W twoich dłoniach zaczyna kiełkować i rosnąć największe z drzew, w cieniu którego inni znajdą schronienie przed skwarem życia.

Księgi biblijne kilkakrotnie wspominają o dębach, żywych pomnikach, upamiętniających miejsca, z którymi jest związane ważne wydarzenie. Gdy Izrael odnowił przymierze z Bogiem, zapewniając o swojej wierności, Jozue dla upamiętnienia postawił kamień: „… pod dębem, który był przy świątyni Pana” (Joz 24,26). Dąb jest wiecznym znakiem pamięci. Ale jest też znakiem sprawiedliwości: „I będą ich zwać dębami sprawiedliwości, szczepem Pana ku jego wsławieniu. I odbudują starodawne ruiny, podźwigną opustoszałe osiedla przodków, odnowią zburzone miasta, osiedla opustoszałe od wielu pokoleń” (Iż 61,3n). Człowiek, któremu w dłoniach kiełkuje dąb, może stać się znakiem pamięci i sprawiedliwości.

Za więziennymi murami nie zapominajcie, że przyszłość kiełkuje w dłoniach. Bądźcie znakami pamięci o wiernym Bogu i sprawiedliwości. W waszych dłoniach niejeden dąb może rozpocząć swoją historię. Zasadźcie go nad strumieniami wód, aby we właściwym czasie wydał swój owoc.


Paź 30

[nggallery id=139]   Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

Gdy otwarte dłonie trafią w otwarte dłonie, tworzą… No właśnie co? Może kwiat wiosennego tulipana? A może: „Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czyż nie jest społecznością krwi Chrystusowej? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest społecznością ciała Chrystusowego?” (1 Kor 10,16).  Potrzeba dłoni przynajmniej dwóch ludzi, aby stworzyły kielich pełen darów nieba. Dłonie jednego człowieka nie wystarczą. Wtedy wszystko wycieka. Napełnione mogą być jedynie dłonie wspólnoty. Tylko w nie Bóg wkłada kłos nadziei, chleb dla błogosławionych głodnych, którzy będą nasyceni.

Wtedy z Psalmistą można zawołać: „Namaszczasz oliwą głowę moją, kielich mój przelewa się” (Ps 23,5).

A jeśli rzeczywiście to jest kielich tulipana? Cóż za różnica? Człowiek utulić musi człowieka, wziąć jego dłonie w swoje dłonie i w wiosennym geście tulipana poprosić niebo o rosę z nieba, aby wyrósł plon, niebywale i zaskakująco zwielokrotniony kłos, pełen ziaren przyszłego świata. „Podniosę kielich zbawienia i wzywać będę imienia Pana” (Ps 116,13).

Oto nadzieja dla świata: dłonie bliźnich splecione w geście tulipana. Wspólnota utulona darem nieba.

„Ojcze, jeśli chcesz, oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz twoja wola niech się stanie” (Łk 22,42). Zawsze istnieje możliwość ucieczki. Nie trzeba podnosić dłoni i nie trzeba brać dłoni bliźniego, aby stworzyć kielich błogosławieństwa. Można samemu próbować napić się życia i błogosławieństwa: „A pewien mąż, imieniem Ananiasz, ze swoją żoną Safirą, sprzedał posiadłość. I za wiedzą żony zachował dla siebie część pieniędzy, a resztę przyniósł i złożył u stóp apostołów. I rzekł Piotr: Ananiaszu, czym to omotał szatan serce twoje, że okłamałeś Ducha Świętego i zachowałeś część pieniędzy za rolę? (…) Nie ludziom skłamałeś lecz Bogu. Ananiasz zaś, słysząc te słowa, upadł i wyzionął ducha” (Dz 5,1-5). Co wówczas pozostaje?  Śmierć.

Dłonie ludzkiej wspólnoty tworzą kielich, gdy nie ma rozdźwięku, kłamstwa, próby przechytrzenia bliźniego. W geście otwartego kielicha dłonie muszą razem pracować nad darem ziarna, z którego powstaje pokarm. Wspólna praca, uczciwie dzielenie się chlebem – to jest najważniejszy gest prawdziwej eucharystii, dziękczynienia i błogosławienia Boga za dar życia.

Prawdziwy chleb nie rośnie na polu zwaśnionych sąsiadów a życie nie obfituje w dłoniach, które nie potrafią się spleść w geście pojednania: „Jeślibyś więc składał dar swój na ołtarzu i tam wspomniałbyś, iż brat twój ma coś przeciwko tobie, zostaw tam dar swój na ołtarzu, odejdź i najpierw pojednaj się z bratem swoim, a potem przyszedłszy, złóż dar swój” (Mt 5,22n).

Splecione dłonie wspólnoty, a w nich ziarno życia i błogosławieństwa –  to obraz wiarygodnego sakramentu Chrystusa w świecie. Czy jesteście wiarygodni tam, gdzie wiarygodność weryfikuje siła argumentów prokuratora i adwokata? Czy jest szansa na sakrament Chrystusa tam, gdzie dłonie są od siebie oddzielone murami i kratami? Czy macie szansę na Bożą grypserę? Dłonie tak wiele mówią i wyrażają. Czy w więzieniu dajecie radę wyrazić najważniejsze słowo: eucharystia, dziękczynienie za dar życia i błogosławieństwa?


Paź 30

[nggallery id=138]  Zdjęcie: Join Hands, Kalendarz 2011, wydawnictwo Tushita

„Potem rzekł Kain do brata swego Abla: Wyjdźmy na pole! A gdy byli na polu, rzucił się Kain na brata swego Abla i zbił go. Wtedy rzekł Pan do Kaina: Gdzie jest brat twój Abel? A on odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego? I rzekł: Cóżeś to uczynił? Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi” (1 Mż 4,8-10).

W dłoni można mieć kamień i można mieć chleb.

Można nimi mocno chwycić za serce, jak czynili dawni kapłani, i z piersiowej klatki wyrwać pulsujące życie, a można też „umarłemu człowiekowi” darować nimi własne serce i życie.

Dłonie, które serce wyrywają, są rozłożone, drapieżne, z każdej strony łapią za serce. Dłonie, które serce darowują, są złożone w geście modlitwy, dziękczynienia. Są pateną, na której człowiek człowiekowi podaje sakrament miłości. Takie dłonie tworzą wspólnotę życia.

„Albowiem tak Bóg umiłował świat, że, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny” (J 3,16).

Boże dłonie, a w nich serce, położone na sianie. „Znajdziecie niemowlątko owinięte w pieluszki i położone w żłobie” (Łk 2,12). Betlejem – Dom Chleba – dłonie splecione w geście miłości; dłonie, jak betlejemska stajenka. W betlejemskich dłoniach nie ma kamienia. Jest w nich chleb dla świata. Macie i jedzcie… Macie i żyjcie… Macie i kochajcie: „Na tym polega miłość, że nie myśmy umiłowali Boga, lecz że On nas umiłował i posłał Syna swego jako ubłaganie za grzechy nasze” (1 J 4,10).

W dłoniach Boga sercem jest Jego Syn, który o swoim życiu powiada: „Nikt mi go nie odbiera, ale Ja kładę je z własnej woli. Mam moc dać je i mam moc znowu je odzyskać; taki rozkaz wziąłem od Ojca mego” (J 10,18).

Za murami też jest Betlejem i stajenka. Tam za murami, z dala od zgiełku świata, istnieje szansa, że urodzi się człowiek. Ale życie jest  z miłości. Co pokazują Wasze dłonie? Czy są splecione w kształcie serca? Czy widać w nich Betlejem?

„I wyciągnął Abraham swoją rękę, i wziął nóż, aby zabić syna swego” (1 Mż 22,10). Tak łatwo zabić człowieka, gdy dłonie nie są splecione w geście modlitwy i dziękczynienia.

Pilnujcie dłoni, aby w nich zawsze było Wasze serce!


« Wcześniejsze wpisy