Maj 9

[nggallery id=74]

Dzień 10 kwietnia 2010 r. będzie kojarzył się następnym pokoleniom z tragiczną śmiercią pasażerów i załogi samolotu TU 154, lecącego z Warszawy do Smoleńska. Pan Prezydent, Lech Kaczyński, wraz z Małżonką i wieloma towarzyszącymi osobami, mieli wziąć udział w obchodach 70-tej rocznicy zbrodni, której symbolem jest katyński las i zbiorowa mogiła pomordowanych Polaków. Nie zdążyli uczcić ich pamięci, ponieważ sami dołączyli do wielkiego tłumu świadków: „Widziałem, a oto tłum wielki, którego nikt nie mógł zliczyć, z każdego narodu i ze wszystkich plemion, i ludów, i języków, którzy stali przed tronem i przed Barankiem, odzianych w szaty białe, z palmami w swych rękach. I wołali głosem donośnym, mówiąc: Zbawienie jest u Boga naszego, który siedzi na tronie, i u Baranka” (Obj  7,9.10).

Gdy opadły pierwsze emocje, dziennikarze, komentatorzy polityczni, politolodzy i politycy  chwycili za pióra, aby opisać „metafizykę” smoleńskiej tragedii i znaleźć w niej obojętnie jaki sens, religijny, polityczny, czy może społeczny. Warto im się przysłuchiwać i wyciągać z nich wnioski, ponieważ nie ulega wątpliwości, że polityczna tkanka społeczeństwa w jednej chwili została naruszona do tego stopnia, że nie oczekiwałbym, aby rana zanikła. Owszem wygoi się – należy przypuszczać, że szybciej, aniżeli wydaje się wszystkim, których ta śmierć poruszyła do głębi -, jednak rana pozostanie i będzie przypominać, jednym tragedię i śmierć, innym Polskę sprzed 10 kwietnia 2010r.

Czy to dobrze, że niektóre rany pozostają? Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że najtrwalszymi są rany najgłębsze, to nawet bardzo dobrze. Rany bowiem są nie tylko śladem fizycznego cierpienia. Przede wszystkim pozostawiają głębokie ślady w duszy. A im rana jest głębsza, tym mocniej odmienia duszę człowieka i społeczeństwa, nie pozostawiając w nienaruszonym stanie duchowości i kultury. Dlatego wyobrażam sobie, że także polityczna scena naszego kraju odmieni się. Nie sądzę przy tym naiwnie i romantycznie, że stanie się to za sprawą przeżycia narodowej traumy, bądź zachowania szacunku dla zmarłych, czy wreszcie skutecznej katharsis dziennikarzy i polityków, którym wypowiadanie złych i śmiercionośnych słów przychodziło dotąd bez większego problemu.

Szansy na zmianę w sferze politycznej upatruję raczej w owej bolesnej ranie, którą smoleńska tragedia wyrządziła nie tylko społeczeństwu jako takiemu, ale także, a może przede wszystkim, największym partiom. Wierzę w to głęboko, że stoimy nie tylko przed wielką szansą polsko-rosyjskiego pojednania. Przede wszystkim dostrzegam głęboką ranę, która partiom i politykom będzie przypominała o konieczności wypracowania i zachowywania prawdziwej kultury politycznej, z akcentem położonym na kulturze, a nie osiąganiu politycznych celów. Raną jest oczywiście długa lista tragicznie zmarłych, których śmierć i brak wśród najaktywniejszych działaczy oznacza dla partii konieczność poddania dotychczasowego dorobku i sposobu traktowania władzy krytycznemu osądowi. To właśnie tutaj, w sferze sprawowania realnej władzy, mamy szansę na radykalną odmianę. Smoleńska rana może stać się raną partii, które dotąd pożądały władzy dla niej samej, a nie dla realizowania rzeczywistej potrzeby służby polskiemu społeczeństwu.

Skąd więc moja nadzieja na pojawienie się prawdziwej kultury politycznej? Gdzie szukać źródeł nadziei na władzę, realizowaną w radykalnie nowy sposób? Czy po smoleńskiej tragedii polska władza ma rzeczywistą szansę na trwałą zmianę, czy są to jedynie mrzonki idealisty?

Trzeba zagłębić się w lekturze Apokalipsy wg św. Jana i zacząć czytać ów tekst z uwzględnieniem społecznego i politycznego kontekstu, w jakim powstawał, aby pojąć, że szczególny język ostatniej księgi biblijnej i jeszcze bardziej zadziwiające symbole, których użył autor, przechowują odpowiedzi na nie tylko religijne, ale także społeczne i polityczne pytania. Odpowiedzi – dodajmy – o charakterze ostatecznym.

O świadectwie Apokalipsy wg św. Jana, i wyłaniającym się z niego chrześcijaństwie w podstawowych relacjach do Boga i świata, możemy powiedzieć, że jest próbą nowego po­czątku. Próbą ustosunkowania się do świata na nowo, po głębokim kryzysie, spowodowanym samoobnażeniem się ówczesnej władzy. Tragiczne i krwawe prześladowania zmusiły chrześcijan do postawienia pytania o władzę w jej istocie oraz stosunek  Kościoła do władzy. Apokalipsa wg św. Jana jest pierwszą w pełnym tego słowa znaczeniu teologią ludzkich dziejów, uwzględniającą kulturowy i polityczny kontekst ludzkiej egzystencji. Mówiąc inaczej, w ostatniej księdze Nowego Testamentu można odnaleźć teologiczny komentarz do kultury i sposobu sprawowania władzy ówczesnego świata, a także zręby refleksji, którą dziś nazwalibyśmy teologią kultury i polityki. Kluczem do zrozumienia jest piąty rozdział Apokalipsy, w którym zmartwychwstały Jezus Chrystus został przedstawiony jednocześnie jako lew i baranek.

Jezus z Galilei samego siebie nigdy nie nazwał owcą, ani barankiem. Jeśli już to raczej pasterzem dla owiec. Nigdy nie mówił o tym symbolu swojej śmierci ofiarnej, którą poniósł w cierpliwości i milczeniu. A jednak ten obraz jest jak najbardziej biblijny i kapitalnie oddaje cechy duchowości  naszego Mistrza. Pierwszy raz Jezusa nazwał barankiem Jan Chrzciciel (J 1,29.36). W ustach Jana słychać od razu, co to znaczy, że Jezus jest barankiem. Ma przecież zgładzić grzechy świata.

Owce po grecku nazywano probata (czyli pędzone na przedzie stada) od probaino (idę przodem, stąpam przed innymi). Wymowne to imię dla zwierząt, które spokojnie krocząc, szukają swego pożywienia. Główne ich cechy, do których odwołuje się symbolika, to prostota, niewinność, łagodność i cierpliwe znoszenie w milczeniu strzyżenia i uśmiercania (por. Iz 53). Barany i jagnięta w starożytności były powszechnie uznane za zwierzęta ofiarne. Baranek zawsze dźwiga na grzbiecie czyjąś winę, nigdy nie swoją, ale nic nie mówi i nie skarży się, a zarzynany milczy.

Z kolei lew jako król zwierząt potwierdza swoje uprzywilejowane miejsce w szczególnie bogatej symbolice. Szlachetna piękność, potężna siła, trwoga, jaką wzbudza to drapieżne zwierzę, imponowały ludziom pradawnych czasów, jakby ucieleśniał jakąś wyższą moc. Dlatego stał się symbolem religijnym i znakiem astronomicznym. Głównymi korespondencjami lwa są złoto (inaczej słońce podziemne) i słońce, stąd też występuje jako sym­bol bóstw słonecznych.

W Piśmie Świętym mówi się o lwach więcej niż sto razy. Między innymi dlatego, że dawniej wystę­powały bardzo licznie zarówno w całej Azji Przedniej, jak i w Palestynie, a zwłaszcza w dolinie Jordanu. Świadczą o tym różne nazwy tego drapieżnika w języku hebrajskim, wielokrotne wzmianki o walkach z lwami, o napaściach lwów na ludzi, a także wiele metafor. Właściwości tego zwierzęcia z jednej strony budziły podziw, z drugiej trwogę, dlatego wykształciła się podwójna symbolika lwa, wska­zująca na dobro, bądź na zło; na Boga i Chrystusa, bądź na szatana.Gdy umierający Jakub przepowiadał dwunastu synom przy­szłość ich potomstwa, zobaczył Judę, przodka Jezusa Chrystusa, pod postacią lwa: „Szczenię lwie, Juda, synu mój, z łupu, synu mój, się podniosłeś; Czai się jak lew i jak lwica, któż go spłoszy?” (Rdz 49,9). Apokalipsa wg św. Jana wyraźnie nawiązuje do tego miejsca w słowach: „Zwyciężył lew z pokolenia Judy” (5,5).

Mając w pamięci znaczeniowe bogactwo baranka i lwa, możemy przystąpić do czytania wskazanego tekstu, czyli 10. rozdziału Apokalipsy, i podjąć się próby zinterpretowania karkołomnego zestawienia jakże różniących się od siebie symboli, przypisanych osobie zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa.

I widziałem pośrodku między tronem a czterema postaciami i pośród starców stojącego Baranka jakby zabitego, który miał siedem rogów i siedmioro oczu;…” (Ap 5,6). Zostajemy skonfrontowani z dziwnym obrazem. Widzimy baranka, który był zabity, a jednak żyje. Raną, świadczącą o tym, że został złożony w ofierze, jest poderżnięta szyja po rytualnym uboju szechita. Zarzynane baranki bez wątpienia były wtedy codzienno­ścią – leżały pojedynczo albo w szeregu obok siebie na ziemi, a krew wypływała im z szyi. Obraz mało estetyczny, wręcz obrzydliwy.

Opisany przez autora Apokalipsy baranek jest szczególny z jeszcze jednego powodu. Otóż jagniątka, które bywają składane w ofierze, nie mają jeszcze rogów, a ten baranek ma, i to siedem. Ma też siedmioro oczu. Oczy to coś najcenniejszego, co posiadamy. Niewidomi są bezradni. A kto ma siedmioro oczu, ten nie spocznie bo wszystko widzi. Nikt nie może mu zaszko­dzić. To tak, jak gdyby ochraniały go kamery wideo, które reje­strują i odtwarzają wszystko, co dzieje się nad i za nim, pod nim i obok niego. Kto tak potrafi się chronić, tego nie spotka żad­ne nieszczęście. Żaden martwy punkt nie jest mu straszny. Co więc mu się stało?

Czytelnik tekstu nie otrzymuje bezpośredniej odpowiedzi. Zamiast tego pojawia się ubrany na biało mężczyzna i wyja­śnia: to właśnie jest lew, król zwierząt. Gdyby chociaż był zadziornym, wszystkowidzącym baran­kiem. Ale barankiem z krwawą raną po rytualnym uboju? Najwyraźniej ten tak zwany lew ma nam o czymś przypominać. Ma nam dawać do myślenia. To pamięć stanowi tajemnicę odkupienia. To nie lew z najlepszego domu nadaje się na Mesjasza i Syna Człowieczego, lecz jedynie ofiara brutalności i cierpienia.

Zmartwychwstały Jezus Chrystus nie został oczywiście rzymskim cesarzem. Jest Królem Królów w zupełnie innym porządku. W rzeczywistości dzieje się tak w bardzo wyjątkowych sytuacjach. Niemniej Apokalipsa wg św. Jana pyta, a co byłoby, gdyby właśnie tacy ludzie mieli władzę? Ci właśnie, którzy rzeczywiście wie­dzą, co to znaczy być zamordowanym. Jakie konsekwencje wyciągnęliby zamordowani, gdy­by została im powierzona władza? Czy nie posiedliby szczegól­nej mądrości, pozwalającej mądrze rządzić? Czy to właśnie nie oni powinni sprawować władzę?

Wydaje mi się, że nawet nie chodzi o doświadczenie śmierci w sensie właściwym i ostatecznym, ale o doświadczenie ludzi, którzy otarli się o śmierć z powodu arogancji i pychy władzy. Którzy cierpieli z tego powodu, że władzę sprawowali ludzie oddani idei władzy, a nie człowiekowi, jego godności i szczęściu. Takich ludzi mieliśmy u władzy na początku lat dziewięćdziesiątych. Przeżywszy aresztowania, więzienia, tortury i cierpienia izolacji zdawali sobie doskonale sprawę z tego, ze władza korumpuje i nie należy jej pożądać dla niej samej, a wyłącznie po to, aby dzięki niej służyć społeczeństwu. Gdy odeszli, władza na powrót stała się arogancka i brutalna, realizując polityczne cele, a zapominając o błogosławieństwie kultury politycznej.

Krwawa kryza na szyi baranka jest zatem progiem, za który lew, a więc człowiek władzy, nie może się już cofnąć. Tylko jemu władza objawiła się taką, jaką jest w rzeczywistości, jeśli sprawuje się ją bez Boga: to znaczy mor­dercza i pełna pogardy dla człowieka.

W żadnym wypadku nie myślę i nie sugeruję, iżby partie polityczne miały złożyć w smoleńskim lesie religijną ofiarę. Nie jestem twórcą kolejnego rozdziału romantycznej metafizyki polskich dziejów i władzy, chociażby z tego powodu, że jako Ślązak pojmuję inaczej ideę narodu. Także moja wrażliwość patriotyczna nie jest do tego stopnia otulona mgłami Niemna, w których majaczą duchy przeszłości.

Dzielę się wyłącznie moją nadzieją na to, że elita władzy i partie polityczne nie będą wstydziły się rany, którą pozostawiła smoleńska tragedia. Rany, którą widać w poselskich i senatorskich ławach, partyjnych strukturach władzy i po prostu w ludzkich sercach. Niech ta rana, nawet zagojona, stanie się odtąd symbolem polskiej kultury politycznej. Władza państwowa i partie złożyły tak wielką daninę krwi, cierpienia, nieobecności i łez, że pozostała rana powinna odtąd stać się symbolicznym, a jednocześnie bardzo rzeczywistym, określeniem władzy jako służby z miłości, której treścią jest ofiara składana społeczeństwu.

Politycy nie wstydźcie się smoleńskiej rany. Wszyscy czekamy na chwilę, w której zrozumiecie i przyznacie, że ta rana będzie odtąd szczególnym i rozpoznawczym znakiem Waszej działalności i sposobu sprawowania władzy. Należycie do partii, które przekroczyły próg, za który nie ma już powrotu. Doświadczając nieobecności partyjnych koleżanek i kolegów, a także politycznych adwersarzy, pamiętajcie o tym, że Bożą władzę sprawują jedynie ci ludzie i te struktury polityczne, które władzy nie pożądają dla niej samej, ale po to, aby składać się społeczeństwu w ofierze miłości. Przemyślcie fakt, że po smoleńskiej tragedii władza stała się dla Was czymś absolutnie jednoznacznym. Władza nie jest grą o lepsze życie, ale grą na śmierć i życie. Wasze panowanie ma być absolutnym służeniem.