Gru 28

Betlejemskie święta, bywają przeżywane jako święta nowego początku. Zwłaszcza wigilijna noc, będąc pamiątką narodzin nowego Adama, w popularnej i ludycznej interpretacji jest nocą nowego początku grzesznej ludzkości. Z punktu widzenia teologii pogląd nie jest poprawny, chociaż – pisząc szczerze – byłoby trzeba być nieczułym na ludzkie uczucia, lęki i pragnienia, żeby zaprzeczyć, iż w sferze ludzkiej psyche to rzeczywiście jest jakiś potencjał Świąt Bożego Narodzenia.

Tak czy inaczej świąteczne dni są wyjątkowym czasem spotkania z Bogiem. Dzięki temu spotkaniu człowiek odnajduje samego siebie a dotychczasowej drodze życia może nadać nowy impuls. Jednym z elementów tego spotkania jest oczywiście świąteczna modlitwa, której chciałbym poświęcić kilka słów. W bożonarodzeniowej modlitwie człowiek znajduje Boga początków, a nie Boga doko­nań czy upiększeń, i w tym sensie duchowe doświadczenie nowego początku betlejemskich świąt ma miejsce rzeczywiście. Powtarzam, abym był dobrze zrozumiany, w modlitwie człowiek znajduje Stwórcę, a nie dekoratora ludzkich fasad!

Chrześcijanie w większości sądzą, że modlitwa jest swego rodzaju duchową kosmetyką, uporządkowaniem i to wcale nie najgorszej a najlepszej części ich osobowości oraz życia. Mówiąc inaczej, mają nadzieję, że modlitwę zakończą duchowym makijażem, wyjdą z niej nakremowani Bożym światłem, przypudrowani kontempla­cją, natłuszczeni dobrymi uczuciami. Trochę lepsi, trochę pokorniejsi, posłuszniejsi, czyst­si, wrażliwsi, szlachetniejsi. Trochę bardziej chrześci­jańscy.

Tymczasem trzeba zrozumieć, że prawdziwa modlitwa nigdy nie ma charakteru retuszu, politury, odrestaurowania. Jeżeli poddajemy się oczyszczającemu działaniu modli­twy, musimy zgodzić się na działanie niszczące, na bolesną akcję zdzierania maski, czyli fałszywej twarzy. Jeżeli Bogu pozwalamy działać w modlitwie, kończy się to tym, że wcale nie jesteśmy upiększeni i bardziej reprezentatywni dla chrześcijańskiej populacji, ale stajemy się dosłownie nie do poznania. Można to powiedzieć inaczej, a mianowicie, że z Bożych rąk nie wycho­dzi ulepszona kopia dotychczasowego osobnika, chyba że modlitwa nie była spotkaniem z Bogiem, a jedynie z samym sobą.

Także dzięki świątecznej modlitwie powstaje zupełnie nowy egzemplarz, dotąd niewidziany i nieznany. Z tego, na czym do tej pory nam zależało, nie zostaje nic, ponieważ Bóg w ręce nie trzyma stiuku czy lakieru. Bóg, który objawia się w Betlejem, czeka na nas z dłutem i ogniem.

Co prawda potrzebujemy trochę czasu, aby oswoić się z nową postacią samego siebie. To samo czeka naszych bliskich i wszystkich, którzy nas znali, ale teraz już nie znają. Teraz musimy nauczyć się samych siebie na nowo. Inni też muszą rozpoznać naszą nową istotę. Prawdziwa bieda polega na tym, że taka operacja powtórzy się już następnego dnia, bo zawsze trzeba zaczynać wszystko od nowa, o czym między innymi przypomina nam ks. dr Marcin Luter, powiadający, że chrześcijańskie życie polega na codziennym nawróceniu.

Nasza modlitwa zbyt często jest niestety próbą samoobrony przed Bogiem, aby zmusić Go jedynie do działań estetycznych, do upiększenia duchowego gmachu, którym chcemy imponować. Warto zrozumieć, że Bóg nie nadaje się do takich upiększających działań. Bóg nie godzi się pracować nad duchowymi fasadami, za którymi nie ma żadnej wartości. Bóg wytrwale pracuje nad człowiekiem i nie zaczyna od makijażu twarzy. Chyba że twarz dostosuje się do tego przemodelowania, wręcz przeistoczenia, które dokonuje się wewnątrz istoty człowieka. Jasne jest, że Boże działania wewnątrz człowieczeństwa napawają lękiem, ale naprawdę warto związać modlitwę z tymi bolesnymi i prze­szywającymi uderzeniami – a nie z głaskaniem i słod­kimi umizgami.

Zdajmy sobie sprawę, że z modlitwy nie wychodzi czło­wiek oczyszczony z młodzieńczego trądziku, duchowo upiększony, albo może jeszcze wzmocniony religijnymi witaminami. Z modlitwy musi wyjść inny, o którym nie mówi się: „Jak on się poprawił!”, ale o którego wprost trzeba zapytać „Któż to jest?” Sukces modlitwy polega właśnie na tym, że człowiek staje się nie do poznania. Gdy człowiek zawierza stwórczej sile modlitwy, godzi się na to, że nie zostanie rozpoznany przez ludzi.

Do czego więc zmierzam i co chcę osiągnąć? To, żebyście Czytelnicy mojej strony przestali pytać: „Jak on mógł tak napisać?”, a zaczęli zadawać pytanie: „Któż to jest?”, co inaczej brzmi: „Tej twarzy Marka Uglorza nie znaliśmy”. Wtedy zrozumiecie, że nie zależy mi na duchowej fasadzie, a na prawdzie. Odkryjecie wtedy, że w moich tekstach najważniejsza jest nasza przyszłość a nie umizgi do opinii publicznej i lęki o to, w jaki sposób zostanę oceniony.

W noc, podczas której ludzie bawią się, żeby zapomnieć o nowej dacie, życzę wszystkim takiej modlitwy, po której człowiek staje się nie do poznania.