Paź 18

W kręgu światła

Marek Uglorz | Mądrość życia | 18.10.2011 |

[nggallery id=129]

Bezideowy świat

Żyjemy w świecie, w którym spostrzeżenia, opisujące rzeczywistość, wyparły idee. Do przeszłości odeszły czasy wielkich idei, inspirujących myślenie, rozbudzających publiczne debaty, zapoczątkowujących rewolucje. Idee nie są już sobą, bo fundamentalnie nie zmieniają naszego rozumienia świata. Czy dlatego, że ludzie są coraz głupsi? Raczej nie. Po pierwsze idee nie trafiają do kultury masowej, a po drugie nie interesują ludzi tak bardzo, jak kiedyś, ponieważ współcześnie racjonalność, nauka, dowód, czyli po prostu argument, przegrywa z niechęcią do myślenia i działania na rzecz dobra ogólnego. Ludzie stracili nadzieję na to, że swoim zaangażowaniem mogą coś zmienić. „Sprawy zaszło za daleko, już nic nie da się zrobić” – często da się słyszeć.

W bezideowym świecie obserwujemy zanik intelektualnych debat, prowadzonych nie tylko za pośrednictwem mass mediów, ale i pomiędzy uniwersyteckimi ośrodkami. Prawdopodobnie najważniejszą przyczyną jest brak myślicieli, którzy ponad tupet ceniliby refleksję a jednocześnie byliby gotowi bronić idei za cenę powszechnej krytyki i etykietę outsidera. Bardzo niedobrym zjawiskiem jest zanik pierwotnej idei uniwersytetu. Szkolnictwo wyższe zostało sprowadzone do roli wyższych szkół zawodowych. Sami studenci w ogóle nie są zainteresowani  ideami, a jedynie wiedzą, która będzie im w przyszłości potrzebna w zawodzie. Idee nie rozpalają młodych umysłów. Ciężko jest porwać i zafascynować, za to słyszy się: „A komu to jest potrzebne?”.

Jest to tym bardziej bolesne, że dzieje się również w Kościele, który musi być ideowy, żeby nie stracić profetycznej zdolności. Poza tym kultura stała się wizualna, ma więc mniejszą zdolność adaptowania idei, które trzeba wyjaśniać i propagować. Żyjemy w świecie, który użyteczność i przydatność upozorował za wartość w samą sobie. Stąd informację ceni się wyżej od idei. Informacja wydaje się pożyteczna, ponieważ pomaga w praktycznym działaniu, ale tylko do pewnego momentu. Okazuje się bowiem, że człowiek ma ograniczoną zdolność przetwarzania informacji i dlatego im więcej ich zgromadzi, tym od pewnego momentu mniej rozumie. Zaczyna się gubić i tracić azymut, czyli po prostu zdrowy rozsądek. Jesteśmy prawdopodobnie najlepiej poinformowanym pokoleniem w dziejach, a jednocześnie mała grupa ludzi pojmuje, co się dzieje i jest w stanie wyciągać wnioski o charakterze przyszłościowym. Wiedza niestety nie zawsze sprzyja mądrości.

W przeszłości gromadziliśmy informacje nie tylko po to, aby zdobyć wiedzę, ale również przekształcać je w coś wartościowszego, a mianowicie w mądrość, którą można rozpoznać pod postacią praktyczną, jako życie według wartości, oraz intelektualną, jako zdolność do tworzenia idei. Stąd postulat powrotu do wartości powinien zostać uzupełniony postulatem powrotu do idei. Oba maja charakter wezwania, adresowanego do jednostek, ale też oświaty i Kościoła, aby nie wystarczało nam samo poznanie świata. Celem powinno być zrozumienie świata i samego siebie. Natomiast współczesna oświata boi się idei i nie krzewi mądrości. Podobnie ma się rzecz z Kościołem, który nie pomaga jednostce zrozumieć samej siebie, a ogranicza się do mimesis, to jest wdrażania jednostki do bezrefleksyjnego naśladownictwa.

Pytanie: Dlaczego większość współczesnych woli wiedzieć, aniżeli myśleć? Przede wszystkim z powodu wymiernych korzyści. Pio pierwsze wiedza utrzymuje człowieka w układzie ekonomicznym. W powszechnym przekonaniu im człowiek więcej wie, tym jest lepszym fachowcem.

Jednak nie tylko, bo wiedza sprzyja też trwaniu w obiegu społecznym, towarzyskim. Bezpieczniej jest się dzielić informacjami, aniżeli analizować i tworzyć idee, ponieważ te pierwsze nie budzą agresji i sprzeciwu pod adresem mówiącego. Człowiek ideowy zawsze jest narażony na niechęć, nawet nienawiść, zatem, aby nie zniechęcać do siebie i utrzymywać wysoki stopień popularności oraz akceptowalności, ludzie wolą pozostawać na poziomie informacji.

I tak we współczesnym świecie informacja stała się rywalką idei, zamiast jej służyć, a idea przegrywa z kretesem, ciągnąc jednocześnie w dół zdolność myślenia o przyszłości i otwierania nowych perspektyw. (Na podstawie eseju Neal Gablera z The New Jork Tims).

Sens wezwania

Wezwanie, abyśmy żyli  „W kręgu światła” jest więc w istocie zaproszeniem do uczestnictwa w tego rodzaju światłości, który nie należy kojarzyć jedynie z religią, Kościołem i chrześcijaństwem, chociaż bez wątpienia chrześcijaństwo ma duży udział w tworzeniu tej światłości. W pierwszym rzędzie jest to zaproszenie do wejścia w świat wartości. Wartość pomaga zorientować się w świecie i podjąć właściwą decyzję. We współczesnym społeczeństwie postmodernistycznym elity utrzymują, że można obyć się bez obiektywnych wartości i swoje zachowanie należy dostosowywać do okoliczności bądź potrzeb. Tylko co pozostaje wówczas z etosu bycia człowiekiem w ogóle? Albo z etosu bycia człowiekiem religijnym? Albo z etosu profesji, którą się wykonuje?

Słowo „etyka” pochodzi od greckiego słowa „ethos”. Pierwotnie oznaczało stałe miejsce zamieszkania, nieco później zwyczaj, obyczaj. Słowem „etyka” określamy także naukę zajmującą się obyczajami. Etos jest więc jakimś zadomowieniem. Jak długo pomaga korzystać w twórczy sposób z wartości, jakiegoś dobra, piękna i miłości, często dostępnych nam dzięki wychowaniu rodziców, szkoły, Kościoła, to zadomowienie jest pożyteczne. Gdy jednak zamyka człowieka na świat i utrudnia mu wejście ze światem w dyskurs albo uniemożliwia rozpoczynanie nowych przedsięwzięć, może też formatowanie samego siebie na nowo, z lęku że przekroczy się granice, wówczas zadomowienie staje się obciążeniem i złem. Dlatego etos musi być dynamiczny, to znaczy realizować się pomiędzy zadomowieniem a umiejętnością wyjścia, aby przeszłość nie zamknęła człowieka w teraźniejszości. Człowiek rzeczywiście powinien żyć chwilą, „tą chwilą”, umieć swoją obecnością nasycać „tę chwilę”, ale zawsze pamiętając o przyszłości. Zainteresowanie się teraźniejszością jest niezbędne dla dobrej i pomyślnej przyszłości.

Człowiek jest bowiem istotą, której powołaniem jest przewyższanie samej siebie, czyli ciągłe wyrastanie ponad swoje dotychczasowe wyobrażenia, pragnienia, zdolności, itp. Stąd człowiek musi żyć w kręgu światłości, żeby nie bać się świata, czyli tego, co jest poza domem, ale umieć udomawiać coraz szersze i głębsze kręgi świata wokół siebie. W istocie to jest przedmiotem powołania do kultury, czyli uprawy, udomawiania natury.

Stara legenda Wschodu podaje, że każdy człowiek przy urodzeniu obda­rowany zostaje iskrą ognia, który musi przyjąć, a potem przenieść na drugi brzeg życia przez przestrzeń i czas swojego życia. I choćby nadeszły ogromne burze i powodzie – ta iskra otrzymanego ognia nie może zagas­nąć. W tym też wyraża się powołanie człowieka – by przenieść ten ogień i przekazać go innym z nad­chodzącego pokolenia. Ogniem są wartości ludzkiego życia, stano­wiące o jego godności i kulturze. W ten sposób trwa dziedzictwo ludzkich wartości.

Wezwanie do uczestniczenia „W kręgu światła” jest też zaproszeniem do wejścia w świat idei. Musimy bowiem teraźniejszą postać świata znać a jednocześnie umieć sobie wymyślić nową, jutrzejszą postać świata. Może dla nas, a może dla naszych dzieci?  Musimy być ludźmi z wyobraźnią, którzy nie boją się odważnego myślenia. Wyobraźnia i odwaga są w mojej ocenie najcenniejszymi darami Ducha Świętego na dzisiejsze, trudne czasy. Jednak ani pierwsza, ani druga nie biorą się z nikąd. Ich źródłem jest wiara w lepszy i piękniejszy świat jutra. Kto wątpi, nigdy nie nauczy się uruchamiać w sobie własnego człowieczeństwa, wszystkich jego możliwości i zdolności. Wyobraźnią i odwagą człowiek wykorzystuje potencjał wiary.

Krąg światła

Uczestnicząc w kręgu światła człowiek wiele zyskuje.

Wezwanie w krąg światła jest zaproszeniem do wspólnoty. Rozpalone ognisko i zebrani wokół tworzą wspólnotę.  Kto nie chce się asymilować pozostaje poza kręgiem światła. Co daje takie uczestnictwo? Wiemy dobrze, że radość życia, wspólny śpiew, przyjaźnie, miłość, dobre zdrowie…

Wspólnota w kręgu światła jest wspólnotą zdolną do komunikacji, dialogu, porozumienia, co dobitnie uświadamia nowotestamentowa relacja o zesłaniu Ducha Świętego ma apostołów, zgromadzonych w Jerozolimie. Języki ognia są językami miłości, która oczyszcza z egoizmu i umożliwia porozumienie z każdym człowiekiem. Archetyp światłości odnosi zatem naszą wyobraźnię do zdolności wyrażenia własnych myśli i zrozumienia bliźniego. Niezbędna jest więc wiedza. Człowiek wpierw musi wyćwiczyć zdolność przebywania sam na sam ze swoim myślami i doświadczeniami oraz nauczyć się rozpoznawać je i precyzyjnie nazywać. Potrzebuje zatem ciszy i spokoju. Ale to za mało. Potrzeba mu też znać słowo (język), a prawdziwe słowo rodzi się przecież w ciszy, jak światłość w ciemnościach. Dlatego człowiek oświecony, mądry, zdolny do dialogu jest człowiekiem spokoju i ciszy, wewnętrznej harmonii emocji i myśli, na podobieństwo wina, które musi odstać, aby mogło wyklarować się czyste wino. Spokój i cisza jest  niezbędna klarownemu sposobowi myślenia i mówienia. Dopiero taki wyklarowany człowiek staje się wartościowym i pełnoprawnym członkiem wspólnoty dialogu i wzajemnego zrozumienia.

Zaproszenie w krąg światła jest też dla człowieka szansą na twarz, ponieważ dopiero w świetle widać ludzką twarz. Najlepiej przekonuje o tym to samo ognisko, rozpalone ciemną nocą. Kto przekracza próg światła, pokazuje twarz.  W komunikacji i tworzeniu wspólnoty twarz jest najważniejszą częścią ciała. Po twarzy można człowieka rozpoznać. Po twarzy widać też jego duchowy stan. Twarz wreszcie pokazuje, czy człowiek nie kłamie?  Dlatego nie należy rozmawiać z ludźmi, którzy zasłaniają twarz ciemnymi okularami, ponieważ rozmówcom komunikują, że nie chcą pokazać swojego ducha, ani demaskować się nieszczerą i kłamliwą mową. Zresztą już na poziomie znaczenia słów widać nierozerwalny związek. „Persona” czyli osoba pochodzi prawdopodobnie od etruskiego „phersu”, oznaczającego aktora w masce, odgrywającego jakąś swoją rolę na scenie. W języku greckim termin ten oddawano między innymi przez „prosopon”, słowo oznaczające twarz. Osoba musi więc mieć maskę. W starożytnym teatrze jest to maska, dzięki której aktor gra nie siebie. W życiu tą maską jest twarz. Osoba jest twarzą, inaczej nie jest osobą.

Kto chce poznać człowieka, musi znać jego twarz, podobnie jak imię, dlatego ludzie muszą spotykać się w światłości. Zresztą są trzy najważniejsze postaci człowieka, analogicznie do trzech postaci Boga według chrześcijańskiej teologii. Chodzi mianowicie o osobę w jej aktualnej postaci, twarz oraz imię. Kto zna twarz i imię bliźniego, nadto widzi go w jego osobie, może powiedzieć, że go poznał. Podobnie Bóg daje się nam poznać w swej aktualnej postaci jako Ojciec, Jego twarzą jest Jezus Chrystus a imieniem Duch Święty, czyli Życie. Chrześcijańska nauka o Bogu, czyli teologia, w istocie jest więc matrycą dla rozważań o człowieku. Czy mogę to jakoś podeprzeć albo udowodnić? Proszę bardzo. Typowy bóg dalekiego wschodu posiada tysiąc, sto tysięcy a nawet milion twarzy. Proszę powiedzieć, która jest najważniejsza? Można więc powiedzieć, że taki bóg jest cwany. Pod pozorem objawienia w istocie wcale nie chce da się poznać. Przeciwieństwem jest Bóg chrześcijan, który człowiekowi daje poznać swoją twarz.

Zaproszenie w krąg światła jest wreszcie zaproszeniem do poznania drogi. W ciemnościach człowiek traci rozeznanie w kierunkach, traci azymut. Dlatego w ciemnościach człowiek boi się, ponieważ nie wie, w którą stronę ma się udać, aby osiągnąć cel, nie zadając sobie bólu i nie krzywdząc się.

Wiara jest światłem

Światło wyraża odwieczną tęsknotę człowieka za życiem i szczęściem. O człowieku, który kocha, mówi się, że jest snopem światła dla ludzkiego życia. Światło jest symbolem pozna­nia i oświecenia. Ludzie zawsze tęsknili za doświadczeniem światłości, czyli oświe­ceniem.

Chcielibyśmy widzieć nie tylko to, co powierzchowne, ale i to, co istotne, praprzyczynę istnienia. Buddyzm uczy swo­ich wyznawców, by umieli przenikać pozór rzeczy i rozpo­znawać istotę rzeczy. Tej tęsknoty za światłem i oświece­niem dotyczą następujące słowa Jezusa: „Ja jestem świa­tłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciem­ności, ale będzie miał światłość żywota” (J 8,12). Jezus mówi, że wnosi światło w ciemność ludzkiego ist­nienia. Tam, gdzie On istnieje, świat staje się jaśniejszy. Kto Mu ufa, ten nie błądzi w ciem­ności, lecz mając światło, żyje szczęśliwiej, jest spełniony.

To, że jest światłem świata, Jezus z Galilei uzmysławia pew­nym znakiem opisanym w Ewangelii (J 9,1-7). Uzdra­wia niewidomego od urodzenia. Ślepiec symbolizu­je naszą sytuację. Od urodzenia nie jesteśmy w stanie postrzegać rzeczy takimi, jakie są naprawdę. Idziemy jak ślepcy przez życie. Nie chcemy widzieć naszej własnej rzeczywistości. Uspokajamy się iluzjami. Jezus rozpo­czyna proces uzdrawiania ślepego, plując na ziemię. Potem z ziemi i śliny robi lepka masę, którą nakłada ślepcowi na oczy. Wreszcie każe mu iść do sadzawki Siloe, aby się umył. Gdy człowiek wraca, jest zdrowy. Widzi.

W tej historii zwracają uwagę dwa moty­wy. Jeden to ziemia. Jezus rzuca ślepcowi ziemię w oczy, by mu powiedzieć: „Zostałeś wzięty z ziemi. I dopiero wte­dy, gdy przyjmiesz do wiadomości fakt, że pochodzisz z zie­mi, że jesteś wewnątrz brudny, będziesz naprawdę widział”. „Widzieć” oznacza „widzieć własną rzeczywistość”, szcze­gólnie jej mniej piękne strony.

„Ziemia” znaczy bowiem po łacinie „humus”. Od tego pochodzi z kolei „humilitas” czyli „pokora”. Kto waha się w swojej pysze spojrzeć we własną rzeczywistość, traci wzrok. Tylko ten, kto ma odwagę zejść z wyżyn własnych projekcji i życzeń na prawdziwe terytorium swych proble­mów, jest w stanie z otwartymi oczami przyjmować swoją rzeczywistość.

Drugim motywem ważnym w tej przypowieści jest spo­tkanie z Chrystusem. Hebrajska nazwa Siloe znaczy „Posłany” (J 9,7). W sadzawce Siloe nastę­puje spotkanie niewidomego z Chrystusem, wysłannikiem Boga. Dla autora Ewangelii jest to symbol chrztu. Kościół pierwszych chrześcijan rozumiał chrzest jako oświecenie.

Wiara oznacza zdolność widzenia w nowy sposób. Kto wierzy, widzi głębiej, przenikliwiej, widzi to, co istotne. Odrzuca czarne okulary pesymizmu albo przeciwnie – ró­żowe okulary, które dają cukierkowy obraz problemów ży­cia. Oba elementy – ziemia i woda sadzawki – wskazują, że Jezus na nowo stwarza człowieka. Jezus czyni człowie­ka na powrót takim, jakim był on w zamyśle Stwórcy. Uwalnia go od skazy ślepoty, która zniekształcała w jego wy­obraźni wspaniałą postać, jaką był pierwotnie, w mo­mencie stwarzania przez Boga.

Słowa i postawa Jezusa emanują światłem. Rozjaśniają ciemne horyzonty. Jezus wnosi światło w ciemności ludzkich myśli i emocji. Nagle zaczynamy rozumieć. Widzimy rze­czy i ich przyczynę. Rozpoznajemy prawdę o całym stwo­rzeniu i o nas samych.

„A na ty polega sąd, że światłość przyszła na świat,

Lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe.

Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światłości

I nie zbliża się do światłości, aby ni ujawniono jego uczynków”  (J 3,19n).