Maj 9

[nggallery id=75]

Chociaż chrześcijaństwo działa w świecie, a więc w określonej przestrzeni i czasie, mimo wszystko nie przynależy do ekonomicznej struktury czasu. Wręcz odwrotnie, to właśnie chronologia, bezlitosny ciąg wypadków doprowadził Kościół do kryzysu; do końca pewnej formy istnienia w świecie, którego nie chcemy przyjąć do wiadomości.

Byłoby dobrze, gdybyśmy jak najszybciej przyswoili sobie biblijną prawdę o Bogu, który w każdej chwili i w każdym miejscu jest bliski człowiekowi do tego stopnia, iż nie można dłużej utrzymywać, jakoby chrześcijaństwo było osią rozwojową ludzkości, czyli czymś na kształt sprężyny, dzięki której możliwy jest rozwój. Chrześcijaństwo w każdym czasie i w każdym miejscu ma być manifestacją Boga. Jakiego Boga? Ogołoconego z chwały i cierpiącego z miłości. Boga, który zaprzeczył samemu sobie, żeby potwierdzić człowieka.

Szkoda, że chrześcijaństwo, zamiast być epifanią ogołoconego Boga, wciąż wierzy w ekonomiczną logikę zbawienia i oczekuje jakiegoś historycznego triumfu. Niedoczekanie!  Dlatego chrześcijaństwo nie może być dłużej przedstawiane jako ideologiczna prawda, której obrońcą i szermierzem jest pobożny i szlachetny wojownik wiary. Czas krucjat skończył się bezpowrotnie. Niech gorliwi protestanci nie liczą na drugą Reformację, a pobożni katolicy na zwycięstwo Rzymu. Jedyne, co nam pozostało, to na podobieństwo Boga dać się ukrzyżować dla jeszcze większej chwały Boga, który manifestuje się jako Wielka Nieobecność.

Skoro z punktu widzenia chrześcijańskiej wiary podstawowymi cechami Boga są: relacja, wymiana i ogołocenie, wzorów i mądrości nie szukajmy poza krzyżem. Żyjemy w świecie, w którym bycie chrześcijaninem oznacza bycie zobrazowanym słowem, to znaczy słowem do tego stopnia ogołoconym ze znaczeń, że przemawiającym siłą swego bycia. Zatem nie moralizowanie, ani dogmatyzowanie oraz  wszelkie tego rodzaju formy oddziaływania na społeczeństwo, ale proste i skuteczne bycie słowem, objawiającym Boga, jest ideałem chrześcijaństwa XXI wieku.

Chrześcijaństwo na powrót musi stać się fermentem, zaczynem, znaczeniowym schematem świata, ową biblijną solą. Chrześcijaństwo nie zostało powołane przez Jezusa Chrystusa, żeby się „wymądrzać”, ale by dawać do myślenia, wzywać do metanoi, stawać się wzorem bycia. Chrześcijaństwu nie będzie łatwo ogołocić się do tego stopnia ze słów, w każdym bądź razie droga krzyża jest jedyną drogą chrześcijaństwa. Dlatego już dziś, od zaraz, powinniśmy uczyć się takiego życia, w którym każda chwila, sytuacja i decyzja jest epifanią Boga w świecie.

Chrześcijańska wiara nie jest ślepa. Wiara ma naturę hermeneutyczną, co oznacza, że wierzący człowiek jest interpretatorem własnego życia i ludzkiej historii według żelaznej zasady, że Bóg jest obecny w substancji świata, daje się rozpoznać wraz z substancją świata i pod znakami tej substancji objawia swoją istotę.

Biorąc to wszystko pod uwagę, możemy śmiało powiedzieć, że chrześcijańskie dawanie do myślenia nie może opierać się na modelu helleńskim, w którym szczególną rolę pełni sokratejski ideał dialogu, polegający na tym, że osoby w nim uczestniczące, a więc dorosły i dziecko, nauczyciel i nauczany, wychowawca i wychowanek znają i akceptują uprzednią regułę bądź zasady prowadzenia dyskusji, obojętnie na jakimkolwiek poziomie argumentacji i doboru pojęć byłaby prowadzona.

Przykładem niech będzie matura z języka polskiego w polskiej szkole średniej. Wdrażanie uczniów do interpretacji tekstów według przygotowanego uprzednio klucza, który nie tylko, że jest subiektywny i na przykład dla ewangelickiej młodzieży całkowicie nieprzewidywalny, ponieważ stworzony według innych wzorców kulturowo-religijnych, to jeszcze zaprzecza istocie chrześcijańskiego powołania do wolności. Ta „pogańska” metoda uczenia i sprawdzania wiedzy, usankcjonowana podniesieniem do maturalnej rangi,  jest totalną porażką pedagogiki i chrześcijańskiej kultury.

Dawanie do myślenia i uczenie w tradycji biblijnej, a więc chrześcijańskiej, nie może być ani przygotowywaniem do roli wykonawcy gotowych schematów, ani tym bardziej ideologicznym uwodzeniem rozumu, budzącego się do samodzielnego życia. Byłoby dobrze, gdyby chrześcijaństwo powróciło do hebrajskich korzeni, ponieważ chrześcijańskie zwiastowanie ma uzasadniony religijnie i antropologicznie sens jedynie wówczas, gdy człowieka uczy trudnej sztuki interpretowania własnej egzystencji w nowej sytuacji, w nowym miejscu i w nowym czasie, przy uwzględnieniu wszystkich zewnętrznych i wewnętrznych współrzędnych bycia, z których najważniejsza jest epifania Boga. Stąd także mój postulat, aby Ministerstwo Edukacji czym prędzej zrezygnowało z pedagogicznej metody, która degraduje ucznia do roli naśladowcy, powtarzającego te same kroki i podejmującego te same decyzje, które podejmują nauczyciele.

Tymczasem chrześcijański ideał naśladowania realizujemy nie jako kultowe odwzorowywanie, ale jako nadawanie sensu i godności własnemu byciu umiejętnością nawiązywania międzyosobowych relacji i tworzenia własnego życia na miarę obrazu, jakim jest Jezus Chrystus, do którego wszyscy jesteśmy powołani, jako wolni od wzorców i schematów. Mówiąc inaczej chrześcijaństwo ma przygotowywać do roli słowa, będącego obrazem, dlatego musi obywać się bez retoryki w rozmowie, bez przemocy w argumentacji i bez naruszania prawa każdego człowieka do duchowej wolności, czy też wewnętrznej indywidualności. Dotychczasowe modele chrześcijańskiego wychowania są nadto platońskie. Zbyt wiele w nich wdrażania do naśladowania, rozumianego po grecku jako mimesis, bez różnicy, czy celem jest uspołecznienie poprzez ukościelnienie, czy via pietas poprzez poruszenie serca.

W istocie rzeczy idzie o uświadomienie sobie i uwzględnienie ważnych faktów historycznych, kulturowych i  teologicznych, które wynikają z hebrajskiego podłoża chrześcijaństwa. Najbardziej godne uwagi wydaje się to, że hebrajska mądrość wyraża się na sposób narracyjny. W narracji, czyli w opowiadanym życiu, powinniśmy szukać szansy na wychowywanie do bycia zobrazowanym słowem, czyli do życia, będącego epifanią Boga w każdym czasie i w każdym miejscu.

Kryzys europejskiej i północnoamerykańskiej kultury wynika z przejęcia apokaliptycznej wizji dziejów, w której idea czasu jako zamkniętego koła oznacza, iż nic nowego ani dobrego nie może się stać, skoro absolutne dobro zostało raz na zawsze utracone. Podobnie w pojmowaniu kosmosu na wzór grecki, jako zamkniętej całości, została uwięziona nasza wiara, poddana przekonaniu, że prawa natury są immanentną normą, tkwiącą w stworzeniu od samego początku, w którym wszystko jest zakorzenione, a więc też zdeterminowane.

Jeśli: „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię” (1. Mż 1,1) to oznacza, że na początku rzeczy istnieje twórcza intencja i Boża wola tworzenia, a nie konieczność i przypadek. Umieszczenie Boga na początku oznacza odejście od anonimowości (określonych praw natury), aby od razu znaleźć się w królestwie osoby. Postawienie Boga na początku oznacza również, że sztuka (techne, wynalazek, stworzenie) nie jest czymś wtórnym, lecz przeciwnie, chronologicznie i istotnie jest pierwsza, wtórne (stworzone) zaś są natura i konieczność. Grecka sekwencja, według której natura poprzedza sztukę, zostaje odwrócona. Tutaj sztuka (stworzenie) poprzedza naturę. Odtąd właśnie techne określa to, czym będzie natura, a natura już nie określa, czym będzie sztuka, jak u Arystotelesa. Stworzenie – techne – sztuka – wolność jest przed naturą – jej prawami – przypadkiem – fatum.

To jest całkowita zmiana perspektywy, oznaczająca nieobliczalne konsekwencje w obrazie człowieka. Grecki człowiek jest zdominowany przez naturę. W znacznej mierze skazany na naśladowanie. Człowiek judeochrześcijański, którego światem rządzi inwencja, czuje się w świecie swobodniej. Najpierw jest inwencja i decyzja. Człowiek znajduje się w obszarze twórczej wolności, która nie jest przypadkowym i niespokojnym podbojem – jest naturalnym rozwojem bytu. Tymczasem najczęstsza diagnoza zachodniego społeczeństwa, nie czekającego już na znak Bożej obecności w historii, otwartej ku niczym nie zdeterminowanej przyszłości, brzmi smutnie i tragicznie: „Już nic nie da się zrobić, sprawy zaszły za daleko”.

W judeochrześcijańskiej perspektywie o człowieku można powiedzieć, że został stworzony jako twórca. Jego bycie w świecie oznacza, że nie jest poddany prawom natury, ale może kreować rzeczywistość na miarę swoich inwencji oraz marzeń, będąc sobą i rozwijając swoją osobowość. Dlatego w rzetelnym wychowaniu, jeśli poważnie traktuje się religijne źródła chrześcijaństwa, idzie o to, żeby człowieka nie wdrażać w zachowania instynktowne, czyli nie uczyć go powrotnej drogi do domu, ale wyposażyć w kompas mądrości, aby chciał i umiał iść ku celowi, będącemu przedmiotem nadziei. Bo jak pogański czas biegnie po okręgu, tak i pogańska przestrzeń związana jest z powrotem w miejsce wyjścia. Wszystko pozostaje zamknięte w sobie. Jest to czas i przestrzeń wiecznego powrotu. W greckim modelu człowiek jest zamknięty kołem czasu i przestrzeni. I właśnie ten model realizowany jest w polskiej szkole, przygotowującej młodzież do matury z języka polskiego.

Tymczasem w hebrajskim myśleniu czas i przestrzeń nie są zamknięte i biegną od ziemi niewoli do ziemi obiecanej. Czas i przestrzeń są totalnie otwarte na egzystencjalne ryzyko i dlatego wszystko może się wydarzyć. Życie jest więc możliwe wyłącznie dzięki wierze. Bez niej nikt nie odważyłby się wyjść w nieznane, bez gwarancji osiągnięcia celu, który wpisany jest w ustawiczny kryzys. W perspektywie historii świata w „dali” ludzkiej egzystencji zawsze majaczy krzyż i tylko Bóg może nadać mu nowe znaczenie, zbawiającym byciem i błogosławieniem: „Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie się i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; …” (Mt 5,11n).

Przedstawiając Bogu pierwociny owoców ziemi podczas składania ofiary, Żyd miał wypowiedzieć słowa: „Zabłąkanym Aramejczykiem był mój ojciec i zstąpił do Egiptu, i przebywał tam jako obcy przybysz w nielicznej garstce, lecz stał się tam wielkim, potężnym i licznym narodem” (5. Mż 26,5). Od tamtego czasu Żydzi nie zaprzestali tułaczki. Wciąż są nie u siebie, wciąż obcy, wciąż skazani na krzyż, jak Jezus z Galilei – wieczny tułacz -, który głowy nie miał gdzie skłonić (Mt 8,20).

Czy kiedykolwiek dotrę do celu? Pyta człowiek, którego wszystkie współrzędne życia wiążą z czasem i przestrzenią. Mimo wszystko warto zafascynować się „dalą” swojej egzystencji, zostawiwszy za sobą czas i przestrzeń, nie próbując wrócić w miejsce wyjścia, aby w całkowitym otwarciu swojego bycia spotkać się z nadchodzącym Bogiem. Cel egzystencji nigdy nie znajduje się od człowieka dalej, aniżeli on sam od Boga!

Polska szkoła niestety zapomniała, że nie ma człowieka bez „wyjścia” z zadomowienia i otwarcia na to, co jest większe od człowieka i pociąga go przed siebie, wciąż w „dal”. Protestuję więc przeciwko maturze, której służy metoda pedagogiczna, niszcząca chrześcijańską kulturę. Nie dlatego, żebym miał bez pamięci zakochać się w przeszłości, ale dlatego, że kocham naszą młodzież.