Kwi 20

[nggallery id=114]

Powierzchowne przeżywanie roku kościelnego nie wprowadza człowieka w teologiczną głębię. W liturgicznym kalendarzu wszystko wydaje się być poukładane – niczym klocki – według logicznego schematu. Wpierw na podobieństwo Izraela oczekujemy Mesjasza, który rodzi się w Judzkim Betlejem. Po niedzieli Chrztu Pańskiego wraz z  Jezusem rozpoczynamy wspólną wędrówkę do Jerozolimy, która w tragiczny sposób kończy się na krzyżu Golgoty. Szczęśliwie i zbawiennie dla wszystkich ludzi nadchodzi potem wielkanocna odmiana. Dziękujemy wówczas Bogu, że wskrzesił Jezusa z martwych i posadził po swojej prawicy, skąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Potem następuje okres, który popularnie zwiemy Półroczem Kościoła. W istocie jest to wciąż okres Ducha Świętego, którego Chrystus zesłał, aby przez wspólnotę zbawionych objawić całemu światu swoją mesjańską godność.

W pewnym sensie rok kościelny jest więc także rokiem obrzędowym, to jest pełnym rocznym cyklem odmiany życia i śmierci, który od najdawniejszych czasów służył człowiekowi do odwzorowania swojej egzystencji i wydostania się spod przeklętego prawa przemijania. Narodziny Jezusa, wraz z uprzedzającym oczekiwaniem, potem chrzest, czas publicznej działalności i śmierć, a po niej triumfalne zmartwychwstanie – czy to nie jest radosne obwieszczenia światu zwycięstwa nad przygodnością ludzkiego bytu? Czy to nie jest na wskroś chrześcijańskie zwiastowanie, z pomocą rytualnego obrzędu oraz wielu symboli, od pokoleń służących za hermeneutyczne znaki, które umożliwiają odnalezienie mądrości i nadają sens ludzkiemu życiu?

Tak jest bez wątpienia. Wszakże tradycyjny rok kościelny ma też swoje wiry, to jest dni i święta, w których logiczny wątek obrzędowego roku oraz nasze codzienne doświadczenia z nieubłaganą konsekwencją czasu i przemijania, niespodziewanie załamują się i wciągają nas w niebywałe głębokości zbawczych wydarzeń. Do tego stopnia, iż poddając się tym wirom, nagle odnajdujemy się po drugiej stronie rzeczywistości i z zachwytem odkrywamy, że wszystkie wydarzenia, dziejące się w naszym życiu, mają inny wymiar i pierwotny sens, niestety najczęściej ukryty przed ludzką mądrością. Zachwyceni, przyglądając się życiu z dystansem, zaczynamy pojmować, że czas nie jest tylko konsekwencją stworzenia, wypadkową faktu cielesności naszych istnień i pozostawania w przestrzeni świata, ale że to, co nazywamy czasem, jest areną Bożej łaski, zbawiającej każdego grzesznika.

Unikając gołosłowności, podam stosowny przykład. Mając na względzie fakt, że dotyczy świątecznego dnia, który wyparliśmy z ewangelickiej pobożności, wydaje się tym ciekawszy. Otóż bez cienia wątpliwości jednym z takich wirów jest dzień Wielkiej Soboty. Naiwnie kojarzy się nam z świątecznym antraktem, ewentualnie z święceniem potraw w obrzędowości rzymskokatolickiej. Wielką Sobotę ogołociliśmy z religijnych znaczeń, pozbawiając się tym samym charakterystycznej i niepowtarzalnej Ewangelii tego święta, której streszczeniem jest starochrześcijański artykuł wiary: „zstąpił do piekieł”, a równolegle straciliśmy uspokojone i pogłębione rozumienie śmierci.

Po ewangelicku nauczyliśmy się argumentować w taki sposób, że Wielki Piątek przedstawiamy jako najważniejsze wydarzenie całej historii zbawienia, ponieważ upamiętnia i uobecnia odkupieńczą śmierć Zbawiciela na krzyżu. W okrojonej – jakby nie było do jurydycznego znaczenia – ewangelickiej soteriologii, akcentowanie Wielkiego Piątku jest do przyjęcia, w duchowości wręcz uzasadnione. Tym bardziej należałoby zwrócić uwagę na fakt, że świąteczny dzień Wielkiego Piątku jest okolony Wielkim Czwartkiem i Wielką Sobotą, których jedynym zadaniem bynajmniej nie jest przypominanie paschalnego chronos Jezusa Chrystusa, ale wskazywanie na zbawienne kairos, którego uczestnikiem staje się każdy, przystępujący do sakramentalnych znaków zbawienia.

Wielki Czwartek jest nie tylko wspomnieniem pożegnalnej wieczerzy Jezusa z uczniami, ale poprzez owo odniesienie do historii staje się dniem odnowienia zbawiennego przymierza Boga z człowiekiem, które dokonuje się w każdorazowym spotkaniu z wywyższonym Panem, podczas wspólnego z Nim posiłku. Jeśli tak mają się sprawy z Wielkim Czwartkiem, podobnie muszą się mieć z Wielką Sobotą. Nie od rzeczy bowiem starożytny Kościół zinterpretował świadectwo czwartego ewangelisty o płynącej z przebitego boku Jezusa Chrystusa krwi i wodzie, jako zapowiedź i znak inicjacyjnych sakramentów, rodzącego się na Golgocie chrześcijaństwa. Woda odnosi się zatem do Wielkiej Soboty, która również ma swoje historyczne uzasadnienie, ale i uobecniające znaczenie. Uzasadnieniem jest oczywiście śmierć Jezusa, rozumiana jednak nie jako akt ekspiacyjny w pierwszym rzędzie, a przez to zbawiennie owocny dla wierzących, ale jako akt egzystencjalny, co wcale nie oznacza, że już bez znaczenia religijnego.

Wielka Sobota otwiera nam oczy i serca na tajemnicę śmierci Zbawiciela, który nie umarł na modłę platońskiego wyzwolenia duszy z ciała, bądź boskości z człowieczeństwa. Według biblijnej tradycji, jako zmarły, wszedł Chrystus – w swojej psychofizycznej spójności i rzeczywistości człowieczeństwa – w krainę umarłych, czyli w szeol. Wszedł, nie aby pozostać, ale by przejść i zostać wzbudzonym przez Boga, jako pierworodny spośród umarłych, aby we wszystkim był pierwszy (Kol1,18). Właśnie owo przejście ma zbawienne znaczenie dla wszystkich wierzących i ochrzczonych – jakkolwiek byśmy je rozumieli, a możliwości jest rzeczywiście kilka. Aczkolwiek najważniejszy jest fakt, iż przeżywając świąteczny dzień Wielkiej Soboty, dzień upamiętnienia pobytu Chrystusa w krainie śmierci, przez Ewangelię tego dnia zostajemy skonfrontowani z własną śmiercią, którą przeżyliśmy podczas Chrztu (Rz 6,3-5).

Wystarczy zresztą prześledzić teksty biblijne, które powinny stać się przedmiotem zwiastowania w ów świąteczny dzień, ze sztandarowym fragmentem Księgi Jonasza, zawierającym modlitwę proroka z krainy umarłych (Jon 2,2-10), aby uprzytomnić sobie, że liturgii Wielkiej Soboty, poza tym, iż jest stara i bogata, chociaż przez ewangelików zlekceważona, niczym nie można zastąpić. Ponieważ ona całe religijne doświadczenie ochrzczonego człowieka sprowadza do fundamentalnego aktu, jakim jest zbawienne przejście przez śmierć i powstanie do nowego, bożego życia. Jeśli zatem śmierć przynależy do przeszłości, wobec tego to, co jest najgorsze, w życiu człowieka ochrzczonego jest już za nim, a nie przed nim. Stąd Wielka Sobota jest dniem nadziejorodnym, jak żaden inny w roku kościelnym. Nadto można powiedzieć, że chrześcijańska duchowość oraz teologia, związana z Wielką Sobotą, w jakiejś mierze igra z czasem. W tym sensie jest owym wirem, wcześniej wspomnianym, który wciąga wierzącego w głębię Bożych wydarzeń, gdzie prawo czasu jest prawem zbawiennej odmiany, a nie fatalnego przemijania!

Wielka Sobota wprowadza właściwy dla każdego zbawiennego doświadczenia zamęt i niepokój (Mt 10,34), stawiając pod znakiem zapytania cały nasz lęk o przyszłość. Ciemność jest zawsze na początku, a nie na końcu. Człowiek rodzi się ze śmierci, aby żyć i nie jest poddany ślepemu losowi, żadnemu przeznaczeniu, żadnej konieczności, żadnemu fatum, nie powraca w miejsce wyjścia, ale jest powołany do godnego przekraczania samego siebie, miejsca swojej egzystencji, swojego czasu, historii swojego pokolenia. Poddany Królestwu Boga ma wkroczyć na weselną ucztę, aby nasycić się szczęściem.

W tym momencie docieramy do zasadniczego tematu naszych refleksji, który brzmi: Roztańczona wspólnota zbawionych. Bynajmniej nie prowokuje go liturgia Wielkiej Soboty, chociaż doń podprowadza, uważnego uczestnika liturgicznego misterium roku kościelnego. Jest bowiem, jak wspomniałem we wstępie, więcej takich zaskakujących kairos (zbawiennych momentów) wartko płynących dni pobożnego życia.

Jednym z nich jest styk starego i nowego roku kościelnego, a zwłaszcza liturgiczne napięcie pomiędzy Niedzielą Wieczności a 1. niedzielą Adwentu. Przekraczanie granicy czasu pomiędzy latami, liczonymi od stycznia do grudnia, poza pokutnym duchem ostatniego dnia roku i dziękczynnym duchem pierwszego dnia nowego roku, w sferze duchowości nie odciska się właściwie jakimś specjalnym przeżyciem, oczywiście poza osobistymi doświadczeniami jednostek, które mogą się zdarzać w różnych okolicznościach, bez względu na czas. Być może byłoby nieco inaczej, gdyby kaznodzieje i prowadzący liturgię – w realiach naszego Kościoła są to prawie zawsze te same osoby – pamiętali, że pierwszy dzień stycznia jest Świętem Nadania Chrystusowi Imienia Jezus, dzięki czemu duchowość przełomu roku kalendarzowego zyskałaby trochę chrystocentrycznej głębi.

Tymczasem sprawa z przełomem roku kościelnego ma się zdecydowanie inaczej. Tym szczególnym dniom towarzyszy bowiem bogactwo religijnych symboli. Jest ich tak wiele, że mało kto jest w stanie w przeciągu jednego tygodnia liturgicznie je wykorzystać, duchowo zasymilować, bądź kaznodziejsko zinterpretować. Dlatego warto uczestniczyć w liturgii od Niedzieli Wieczności po 1. niedzielę Adwentu, aby pogłębić swoje duchowe życie, a przede wszystkim doświadczyć błogosławionych skutków przemijania.

Pozornie, Niedzielę Wieczności z 1. niedzielą Adwentu wszystko różni. W rzeczywistości więcej jest pomiędzy nimi elementów wspólnych, chociaż inaczej zinterpretowanych. W Niedzielę Wieczności, zwaną też Niedzielą Sądu Ostatecznego, głównym tematem zwiastowania jest spotkanie z Sędzią, którym jest Chrystus. Dlatego liturgia niedzieli kładzie akcent na właściwe przygotowanie się do śmierci. Umieranie nie jest tylko egzystencjalnym dramatem, zanikiem życia, klęską człowieka. Jest też przechodzeniem przez tajemnicę. Przejście nie dokonuje się w samotności, ponieważ towarzyszem i przewodnikiem jest Ten, który był umarły, ale żyje (Ap 1,18)). Śmierć jest spotkaniem z Chrystusem. Stąd Niedziela Wieczności składa świadectwo o spotkaniu z Sędzią, który jednak uprzednio objawił się Zbawicielem. Przesłanką wezwania do czujnego życia, które rozlega się w Niedzielę Wieczności, nie jest wobec tego  strach, ale ufność.

Można powiedzieć, że Niedziela Wieczności jest misterium śmierci, zbawiennej śmierci, której nie wolno się bać, ale trzeba przyjmować ją z ufnością. Za zasłoną ciemności stoi bowiem Światłość. Za granicą człowieczeństwa pojawia się Chrystus. Śmierć jest spotkaniem z Tym, który umierającemu wychodzi naprzeciw jako usprawiedliwiający Sędzia!

Przygotowanie do śmierci w oczywisty sposób łączy się z oczekiwaniem na spotkanie z zbawiającym Bogiem. Z takim przesłaniem przeżywamy Niedzielę Wieczności, wraz z rozpoczętym przez nią tygodniem, aby siedem dni później z radością powitać adwent, a wraz z nim nadchodzącego Zbawiciela. Na styku starego i nowego roku kościelnego okazuje się zatem, że to nie początek jest końcem, ale koniec prawdziwym początkiem. Trzeba dojść do końca, aby prawdziwie rozpocząć swoją egzystencję. Tym samym upada apokaliptyczna i pesymistyczna wizja historii, a triumfuje prorocki duch nadziei, że historia ma sens, że czas ludzkiego bycia, chociaż naznaczony bólem i cierpieniem, zawsze ma głęboki sens.

W 1. niedzielę Adwentu z przejęciem słuchamy o nadchodzącym Bogu. Jako Zbawiciel przychodzi do ludzkiej wspólnoty, z tęsknotą oczekującej wybawienia. O ile tydzień wcześniej przedmiotem zwiastowania jest Bóg, w tajemnicy śmierci przychodzący do jednostki, a spotkanie rzeczywiście jest osobiste i niepowtarzalne, o tyle w niedzielę, rozpoczynającą adwent, uczestnicy liturgii doświadczają zbawiennego spotkania z Bogiem, jako wspólnota. O ile w Niedzielę Wieczności akcent pada na śmierć, aby przygotować się przez nią do spotkania z żywym Bogiem, o tyle tydzień później rozlega się wezwanie do roztropnego, mądrego i czujnego rozpoznawania Bożej obecności już za życia, w codziennym byciu człowiekiem.

Widać z tego, że obie niedziele, dzięki nierozerwalnej przynależności do siebie, interpretują bieg ludzkiego życia, a na dobrą sprawę nie tyle bieg, ile pozorne koło czasu, nieubłaganie powracające i porywające człowieka w otchłań śmierci. Zestawienie Niedzieli Wieczności z 1. niedzielą Adwentu jest swoistą hermeneutyką, jaką chrześcijaństwo wypracowało w formie corocznej liturgii, umożliwiającą uczestnikom rozwikłanie egzystencjalnych zagadek. Tym bardziej fascynującą, że posługującą się licznymi symbolami, które są starsze aniżeli spisana tradycja Starego i Nowego Testamentu.

Czy siła hermeneutycznego związku Niedzieli Wieczności z 1. niedzielą Wieczności nie tkwi między innymi w tym, że posługuje się symbolem wejścia na weselną ucztę?

W ostatnią niedzielę roku kościelnego między innymi słuchamy o pannach, które jako drużki mają powitać nadchodzącego Oblubieńca (Mt 25,1-13). To, że pięć z nich przeżywa wielkie rozczarowanie jest w tej chwili mniej istotne od faktu, że wszystkie miały przecież wejść na weselną ucztę. Ledwie milknie ewangeliczna przypowieść a już rozlega się adwentowe poselstwo, że wszystko jest gotowe i zbliża się Oblubieniec, który poślubi przygotowaną Oblubienicę. W końcu adwent to czas paruzji, czas wypełniającej się ostatnim przyjściem ciągłej obecności Chrystusa.

Weselna uczta to jeden z najbardziej charakterystycznych dla tradycji biblijnej symboli zbawienia, uświadamiający, że chrześcijanie nie są smętkami, ale roztańczoną wspólnotą zbawionych; że możliwe jest chrześcijaństwo roztańczone i rozweselone, rozpoznawalne w świeci po tanecznym kroku i dziękczynnym duchu; że możliwe jest chrześcijaństwo żywotne, nie męczące swoją obecnością, ale prowokujące niezwykłą pasją życia.

O żywotność trzeba jednak dbać. Nie powinna kojarzyć się tylko z wygodnym fotelem i stolikiem, na którym leży Biblia, ale z życiem i działaniem. Jej obrazem jest droga. Człowiek w drodze życia, uwikłany w problemy swojej rodziny, lokalnej społeczności, a nawet całej ludzkości, jest dopiero istotą w pełni religijną. Możemy przeżyć na prawdę wzniosłe i wzruszające chwile podczas domowej modlitwy, kiedy pamięcią ogarniamy minione dnie, ale z Bożą pomocą i dobrocią rzeczywiście spotykamy się w sytuacjach kryzysowych, wymagających od nas mądrych decyzji, szybko udzielonej pomocy, po prostu wierności Chrystusowi. To są chwile, kiedy świat usuwa się nam spod nóg, a my nie chcemy słyszeć nic innego, tylko zapewnienie o Bożej obecności: „Nie bój się. Jestem z tobą, aby cię ratować”.

Siła chrześcijańskiej żywotności, czyli codziennej pobożności i wrażliwej religijności, odczuwającej Bożą łaskę i miłość, ujawnia się w drodze życia i w pokonywaniu codziennych trudności. Widać ją w ludzkich oczach, słychać w słowie, poznać po stosunku jaki mamy do drugiego człowieka.

Prawdziwie religijny człowiek, a zatem także prawdziwie żywotny Kościół, niczym ojciec wiary – Abraham,  nie obawia się przyszłości, a przede wszystkim nie boi się drugiego człowieka. Wszak na drogę życia otrzymał od Boga ducha synostwa, to jest ducha wolności do miłowania i działania. Ducha, w którym można wołać do Boga: „Abba, Ojcze!”. Obawiam się, że niewiele pojmujemy z wielkości tego daru, jakim jest możliwość wzywania Boga swoim Ojcem. Najczęściej kojarzy się nam z emocjonalnym stosunkiem do Boga, ponieważ w zaufaniu możemy Go o wszystko prosić. Jednak fakt, że Bóg jest Ojcem a my Jego dziećmi, przede wszystkim oznacza wolność.

Wolność jest Bożym darem. Jej nie można wywalczyć. Przejawem wolności może być sprawiedliwe prawo, ale ona sama jest czymś więcej niż tylko poczuciem swobody. Wolność rośnie w sercu i przemienia ludzki rozum. Pod jej wpływem świat zyskuje nowe wymiary, a nawet pięknieje. Wolność jest sposobem oceniania własnego życia i samego siebie. Dzięki niej drugi człowiek nie jest już wrogiem, a staje się bliźnim. Bycie wolnym oznacza po prostu to, że się nie boję! Dlatego obrazem wolności może być weselna uczta i tańczący ludzie. Nie boją się, cieszą się i tańczą, aby wyrazić swoją wdzięczność. Zapomnieli o troskach codzienności. Nie myślą przez dwa dni o śmierci i chorobach. Są autentycznie wolni.

Czy o ludzkim życiu, w ogóle o bycie wszechświata nie można powiedzieć tego samego, a mianowicie, że wszystko tańczy i wiruje? Życie tańcem? Dlaczego nie? Taniec jest religią…. Jest zaproszeniem do wspólnoty damsko-męskiej i początkiem stwórczego aktu przekazywania życia. Taniec opowiada przeszłość i pomaga nawiązać kontakt z dniem jutrzejszym, aby był dniem dobrym i błogosławionym.

A co z roztańczonym Kościołem? Czy jest możliwy? Taki Kościół daje świadectwo wolności, zapraszając na weselną ucztę, na której gospodarzem jest niebiański Oblubieniec. Roztańczony Kościół to wspólnota, która się nie boi, zapomniała o swoich ograniczeniach, miłością obdarza napotkanego człowieka, nawet drania. Staje się zaczynem ludzkiego szczęścia, bo na weselnej uczcie ludzie są szczęśliwi.

Wolność darowana przez Boga obejmuje jeszcze jeden wymiar ludzkiej egzystencji. Otóż, obok lęku przed drugim człowiekiem, towarzyszy nam bojaźń przed śmiercią. Boimy się jej. Jeśli nawet potrafimy uporać się ze świadomością konieczności umierania, nie mamy dość odwagi, aby myśleć o własnej śmierci. Odsuwamy ją w czasie na przyszłość wbrew temu, co odczuwamy i przeżywamy, nieustannie ocierając się o nią w codziennym życiu. Nawet wierzący pytają: A jeśli to wszystko, w co wierzę, nie jest prawdą? Jeśli naprawdę istnieje tylko ten świat? Czy nie szkoda mojego życia, jeśli potem będzie tylko nicość? Wiara miesza się więc z niedowiarstwem, a zaufanie ze zwątpieniem.

Gdybyśmy potrafili spojrzeć na pobożność, jako na wielką przygodę życia, darowaną przez Boga łaski i dobroci, a nie jak wielu czyni, traktując ją jako sposób spędzania wolnego czasu, mielibyśmy więcej pewności, że Bóg jest wierny swoim obietnicom i nie opuszcza także w godzinie śmierci. Jeśli dla wielu pobożne życie jest jedynie formą kupczenia z Bogiem o lepszy los po śmierci, dlaczegóż mielibyśmy się dziwić, że mamy niespokojne serca i boimy się?

Jeśli potrafimy przejść przez życie, jakbyśmy tańczyli na weselnej uczcie w Królestwie Boga, dlaczego mielibyśmy bać się śmierci? Dlaczego Kościół miałby bać się tego, że może przestać istnieć, albo zostanie pozbawiony możliwości działania? Nie myślmy, że nic nie możemy, bo możemy wiele.

Przede wszystkim roztańczonym krokiem, wolni i szczęśliwi możemy zapraszać do Królestwa Bożego.

[nggallery id=113]