Mar 29

W Wielki Piątek stajemy u kresu wszelkich ludzkich możliwości. Już ani kroku dalej. Gdy dochodzimy do krzyża, docieramy w miejsce ostatnie, do jakiego może dojść człowiek. I cóż takiego odkrywamy? Cierpienie i śmierć! Stojąc w Wielki Piątek u stóp krzyża dotkliwiej niż kiedykolwiek odczuwamy ów niepokojący cień śmierci, którym przysłonięta jest ludzka radość i niebezpieczny dar, jaki nam ofiarowuje istnienie, czyli nieuchronne zbliżanie się do kresu życia; sytuacja, z której nie ma innego wyjścia, tylko dekompozycja teraźniejszej postaci człowieczeństwa.

Jakby tego było mało odkrywamy jeszcze ludzką nieprawość, która nie powstrzymuje się przed żadnym złem, aby świat zachować przed miłością. Miłość jest energią, mocą, Duchem, którego Bóg tchnął w świat, aby nic nie pozostawało takie, jak dawniej; po staremu; w grzesznym stanie oddalenia od Boga. Tylko miłość nadaje wszystkiemu sens. Jedynie jej wewnętrzny ruch ku Bogu odmienia oblicze świata. Tymczasem na Golgocie miłość zostaje odrzucona. Miłość zostaje ukrzyżowana, zniszczona, zdeptana, ponieważ ona pragnie zmiany, której grzesznik sobie nie życzy.

Wielki Piątek jest dniem totalnej klęski człowieka. Jest dniem ostatnim. Po nim można już oczekiwać jedynie powolnego pogrążania się świata w chaosie, aż wszystko przestanie istnieć i skończy się historia człowieka, który nie odnalazł sensu i nie dotarł do celu.

Dlatego w Wielki Piątek pozostaje tylko jeden obraz Bożych dłoni i ufnego serca: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego”. Tylko tyle i aż tyle. Boże ręce i ufne serce – oto prawdziwy prześwit pomiędzy starym a nowym światem; brzask nowego dnia. Jedyną modlitwą, jaką można zmówić w dniu Wielkiego Piątku, gdy przestajemy dostrzegać drogę przed sobą, są słowa Jezusa na krzyżu: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego”.

W ręce, które stworzyły i tchnęły w świat życie; które błogosławiły i pieściły; które zostały odrzucone, ale mimo wszystko dosięgają jądra duszy; w ręce, przez które przepływa tak wielka miłość, że są w stanie ocalić świat, Jezus poleca swojego ducha. To wielkie szczęście móc tak umrzeć, gdy jest się odrzuconym i poniżonym.

Człowiekowi, który na Golgocie dociera do kresu swoich możliwości, łatwo jest zawołać: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27,46). Wszystko wydaje się stracone. Bóg dopuścił przecież do tego, że śmierć bierze górę nad Jezusem i pozwolił na Jego niezawinione cierpienie. Czyż nie kryje się w tym jakaś prawda o życiu?

Jest tylko jedna odpowiedź, a jej obrazem są Boże ręce. Te, które stworzyły i posłały w świat, te same pochwycą i uratują. Z Bożych rąk wszystko powstało, w nich wszystko zakończy swoją doczesną drogę. Jezus, modlący się na krzyżu słowami: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, kończy przecież swoje życie wezwaniem: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego”. Czy mógłby polecić się Bożym rękom, gdyby rzeczywiście był pewien Bożej nieobecności?

Dlatego nie to pytanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, ale ta modlitwa: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego” nadają smutnemu wydarzeniu na Golgocie prawdziwe znaczenie i każdy, kto chce zrozumieć krzyż Chrystusa, musi słyszeć oba słowa, ale ze świadomością, że z ostatnim tchnieniem Zbawiciela złączone jest to, w którym polecił się Bogu!

Pytanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” jest tylko wyrazem tego, że Jezus doszedł do kresu możliwości i już nie jest w stanie uczynić ani jednego kroku dalej. Chociaż całe życie służył i według swoich zdolności oraz możliwości, w imię jedności i w duchu miłości walczył o coś lepszego, coś wyższego i piękniejszego, jednak nadeszła śmierć, zadana z rąk nieprzyjaciół, i zachwiała wszystkim, czemu się poświęcił. Nie zniszczyła jednak związku z Ojcem w niebie. Nie zerwała więzów miłości i z serca nie wydarła zaufania, dlatego życie kończy modlitwą: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego”.

W relacji pomiędzy tymi słowami, wypowiedzianymi przez  Ukrzyżowanego, ujawnia się prawdziwy stan człowieka. Choćbyśmy nie wiem ile sił i miłości włożyli w czynienie prawości, dobroci i sprawiedliwości, nadchodzi dzień, w którym pozostaje już tylko to jedno, przyjąć od własnego istnienia śmierć, która jak gdyby wszystko przekreśli i unieważni. A wówczas nie pozostanie już nic innego, tylko to, co jest najważniejsze, bez czego nie byłoby żadnej nadziei: zaufanie, że Boże ręce pochwycą, uratują i w tajemnicy śmierć naszemu istnieniu nadają nowy wymiar.

Boże ręce są rękami, które nie odpoczywają, ale wciąż tworzą. Zmieniają nas już za życia, a zmiana przychodzi wówczas w powiewie odnawiającego Ducha, aby wreszcie dokończyć dzieło w tajemnicy śmierci. One nie opuszczają i nie odrzucają. Garncarz nieudane dzieło odrzuca za siebie, jednak nie Boże dłonie. One potrafią, potłuczone grzechem człowieczeństwo, doprowadzić do doskonałości. Cóż na to powiemy, że dzieje się to w piecu śmierci?  Że szkoda? Że nie rozumiemy? Że to boli? Że żal? Że wiele łez? Pozostaje tylko ten jeden obraz: Boże ręce!

W postawie Jezusa, zabitego na krzyżu Golgoty, zauważamy coś bardzo istotnego, co decyduje o Jego zbawczej skuteczności, a mianowicie posłuszeństwo Bogu i absolutne umiłowanie życia. Wszelkiego życia a nie tylko własnego, ponieważ inaczej nie byłby Zbawicielem wszystkich ludzi. Tego życia, które jest ukryte w Bogu, a nie tylko doczesnego, ponieważ inaczej nie byłby naszym Orędownikiem i Pośrednikiem. Dlatego, chociaż po ludzku doświadczał boleści umierania, umarł w zaufaniu, polecając się ojcowskim rękom Boga.

Co więc takiego jest w nas, że w podobny sposób nie potrafimy przyjmować życia i śmierci? Chyba to, że kochamy jedynie to życie, które zazdrośnie strzeżemy przed innymi i łączymy z doczesnością. Właściwie jest to dobry i zdrowy odruch, obrony życia przed pomniejszeniem i unicestwieniem. Wszelkimi siłami powinniśmy walczyć ze śmiercią, ponieważ taki jest podstawowy obowiązek życia. Niemniej prawdziwe zwycięstwo nad śmiercią dokonuje się w postawie umiłowania wszelkiego życia, a zatem nie tylko, ale przede wszystkim tego życia, które ujawnia się w tajemnicy śmierci. Tylko wtedy akceptujemy śmierć i wchodzimy  w nią w ufnej postawie przyjęcia daru pełni życia. Kiedy bowiem nadchodzi nieunikniona chwila śmierci, musimy być zdolni wejść w nią w postawie bezwzględnego zaufania Bożym rękom, aby otworzyć się na to życie, które wówczas nam darowują.

Idzie o to, aby tak bardzo kochać życie; tak bardzo pragnąć życia, aby radośnie i w posłuszeństwie przyjmować je w całej pełni, także poprzez tajemnicę śmierci. Idzie o to, żeby ufnie rzucić się w głębię życia poprzez bramę śmierci – oto jedyna postawa, która może nas napełnić spokojem w obliczu kresu ludzkich możliwości.

Ze śmiercią, choćby najbardziej tragiczną i bolesną, można pogodzić się jedynie wówczas, gdy pragnie się życia pełnego; życia doskonałego; życia, które jest większe od teraźniejszego; życia, które wprowadza w Boże serce i umiejscawia w Nim na wieki. Ze śmiercią można się pogodzić, gdy jest przejściem do czegoś większego, piękniejszego, pociągającego.

Dlatego zaufajmy obrazowi, z którego uczyniliśmy Ewangelię wielkopiątkowego przeżywania zbawczej śmierci Jezusa Chrystusa: Boże ręce. One nas pochwycą i na zawsze umiejscowią w Bogu. Obdarują życiem, które znaczy dużo więcej, aniżeli dzisiejszy ból, choroba, samotność, troska o zdrowie dzieci i pogodną starość rodziców.

Dziś i każdego dnia, nawet wówczas, gdy pytamy Boga dlaczego nas opuścił, ufnie módlmy się słowami: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego”. W ręce, które nas stworzyły, które nas błogosławią i pieszczą, które zostały przez nas odrzucone, a mimo wszystko dosięgają naszych serc; w ręce, przez które przepływa tak wielka miłość, że są w stanie ocalić nas przed śmiercią, każdego dnia polecajmy swojego ducha.

To naprawdę wielkie szczęście móc tak żyć i umrzeć.

Dziś – w Wielki Piątek ­– życzę tego każdemu, kto tutaj zaglądnął.