Wrz 28

[nggallery id=79]

W ewangelickiej optyce świata nie ma miejsca na wartościowanie zawodów i gradację ludzkich zainteresowań twórczych, jeśli tylko służą bliźniemu. Religijna zasada jest w tym względzie twarda, jak nieustępliwa jest Boża dłoń, wsiewająca w glebę ludzkich dziejów, ziarna talentów i darów, dzięki którym ludzka wspólnota organizuje się społecznie a Kościół Chrystusa trwa niewzruszony, pomimo mocy grzechu. Wobec twórczej i zbawiającej działalności Boga nikt nie jest wyróżniony, a wszyscy są powołani do służby tego samego rodzaju, twórczej i zbawiającej. Przed obliczem Świętego wszyscy są równi, także ze względu na zawodowe powołanie.

W rzędzie darowanych talentów i realizowanych powołań, nie tylko ze względu na ewangeliczne świadectwo, bo też ze względu na dotychczasowe doświadczenia ludzkich pokoleń, odnajdujemy trzy szczególne powołania. Wskazanie na ich szczególne znaczenie nie oznacza większej godności w porządku zbawczym, ani uprzywilejowanej relacji z Bogiem. Wyjątkowość tych powołań wynika raczej z chrystokształtnej formy i celu, który mają realizować. Do szczególnej grupy powołań zaliczyć trzeba: służbę zdrowia, służbę nauczycielską i służbę zwiastowania Słowa Bożego, inaczej zwaną urzędem kościelnym. Ze względu na praktyczną realizację dzieła Jezusa z Galilei, lekarza, nauczyciela i zwiastuna Ewangelii, a nie z powodu ludzkiej pychy, lekarze, nauczyciele i księża powinni dostrzegać, że zostali powołani do służby na miarę Zbawiciela.

W ewangelicznym obrazie Jezusa Chrystusa tkwi olbrzymia siła nie tylko religijnego, ale i kulturowego oraz społecznego oddziaływania. I chociaż nie zawsze uświadamiamy sobie chrystusową, a więc judaistyczno-chrześcijańską genezę naszych zachowań, modeli społecznych, hermeneutycznych wzorców myślenia i moralności, w ogóle atlantyckiej cywilizacji[1], w pluralistycznym świecie idei religijnych i w globalizującym się społeczeństwie, które naturę postawiło przed łaską, czyli między innymi ślepy los przed przeznaczeniem, należy powracać ad fontes naszej cywilizacji i pytać, czy jej religijne koło zamachowe jeszcze działa?

Wydaje się, że ani chrześcijańska duchowość nie pogrążyła się jeszcze w toni komercjalizacji, ani teologiczny potencjał chrześcijaństwa ze względu na wciąż aktywne jądro, jakim jest chrystologia, nie postawił się w jednym rzędzie z psychologią czy socjologią. Przed teologią stoi poważne zadanie. Dziś być może nie tak często, jak dawniej, świat stawia jej konkretne pytania, jednak właśnie dlatego teologia  powinna dziś na nowo odkrywać swoje profetyczne kompetencje. Widzieć dalej, rozumieć głębiej, artykułować tak, by rozumiana była szerzej – oto współczesne tło teologicznej wypowiedzi. Nowożytna teologia ma bardziej pełnić rolę świadka, aniżeli inkwizytora. Z nadzieją, że świadectwo zostanie usłyszane, a ziarna wytrwale rzucane w glebę ludzkich dziejów, wydadzą plon nieproporcjonalny do cywilizacyjnych warunków[2], w jakich przyszło dziś chrześcijaństwu żyć i działać.

Czy lekarze, nauczyciele, duchowni pytają teologię o mądrość? Czy szukują z jej pomocą etycznych motywów bądź inspiracji dla praktycznych poczynań? Niniejszy przyczynek został napisany w nadziei, że tak jest. Powstał, aby nauczyciele wszystkich specjalności odnaleźli się w światłach Chrystusa. Nie odnaleźli się dopiero albo pierwszy raz, ale po prostu jeszcze raz, bo każdego dnia na nowo trzeba odnajdywać się w światłach Chrystusa, aby znaczyć w świecie Jego zbawienie.

Metoda, która umożliwiła zaistnienie refleksji wpierw w sercu autora, aby potem zagnieździć się w wśród zapisanych słów, mogła być tylko jedna. Świadczy o niej podstawowy tytuł: Chrystologia didachv. Jedynie chrystologia może wnieść wartościowe impulsy we współczesny obraz chrystokształtnych powołań. Poza duchownymi, także lekarze i nauczyciele powinni z wielką uwagą słuchać, co na temat obrazu Boga i związku człowieka z Bogiem ma do powiedzenia współczesna chrystologia.

Z kolei podtytuł: Nauczanie w światłach Chrystusa jest sygnałem, że będziemy poszukiwać światłości w mrokach nauczycielskiego tu i teraz, pomiędzy radością bycia w służbie Chrystusa, który jest obecny w naszym życiu i historii, a cierpieniem oraz smutkiem nauczycielskich rozczarowań, tym bardziej, że smutna śmierć nastoletniej gimnazjalistki z Gdańska, oznacza iż czasu jest coraz mniej!

1. W poszukiwaniu źródeł nauczycielskiej światłości

Jakże wielu przed nami i z naszego pokolenia wyznało w smutku, że dla grzesznego człowieka nie ma żadnej nadziei. Kto potępi wyznających w podobny sposób, skoro Bóg nie potępia? Zresztą zapewne w każdym z nas jest odrobina tej szalonej rozpaczy, z którą ciężko żyć i pracować? Słychać ją w smutnych wyznaniach, że nie warto się poświęcać, ponieważ chmury i tak zasłonią słońce. Pytamy, dlaczego mamy być dobrzy, skoro zło i chamstwo wszędzie przebijają się siłą i odnoszą sukces? Z przerażeniem odkrywamy, że tak pięknie zapowiadające się przedsięwzięcia, w które włożyliśmy wiele serca, zapału, zdolności i pracy, w najlepszym wypadku obróciły się przeciwko nam, a w najgorszym stały się źródłem lęku i nieszczęścia wielu ludzi. Ze smutkiem doświadczamy niewdzięczności, a nawet nienawiści ludzi, których obdarowaliśmy miłością. Pragnęliśmy dobra, chcieliśmy jak najlepiej, a wszystko obróciło się przeciwko nam.

Czy naprawdę nie ma nadziei dla grzesznego człowieka? A miłość? Czy nie ona jest jej źródłem? To prawda, że miłość niesie z sobą ogromne ryzyko. Kto miłuje musi bowiem ryzykować własnym życiem. Miłość wymaga odwagi, polegającej na wyjściu z samego siebie, oddaniu się bliźniemu i zaufaniu. Miłość musi przezwyciężyć lęk przed drugim człowiekiem i konsekwencjami własnej aktywności, bo przecież zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek obdarowany miłością nie odwzajemni jej, a nasze działania, pomimo najlepszych chęci, w efekcie  mogą przynieść więcej szkody, aniżeli pożytku.

Jednak mimo wszystko właśnie miłość jest nadzieją dla grzesznego człowieka. Jej najpiękniejszym objawieniem jest Jezus z Galilei, którego wyznajemy Chrystusem, czyli Bożym Mesjaszem. Chrystus – ten tytuł odniesiony do urodzonego w Betlejem i ukrzyżowanego na Golgocie Jezusa oznacza, że Bóg miłości zbawia człowieka na samym dnie człowieczej egzystencji, gdy wydaje się, że wszystko jest już nieodwracalnie stracone.

Tak w Betlejem, w ciemnościach nocy i chłodzie groty dla zwierząt, w pokłonie ludzi z marginesu społecznego, którzy nie skończyli żadnych szkół, jak i na Golgocie, z jej ciemnościami i dziwnym Kościołem Chrystusa, składającym się z niewiast, przybyłych z Galilei, gapiów i pogańskich żołnierzy oraz dwóch przestępców,  rzeczywiście mogło się wydawać, że człowiek stracił wszelką nadzieję. Tymczasem właśnie wówczas, w chwili największej ciemności, jaka kiedykolwiek zapanowała na ziemi z powodu ludzkiego grzechu i nienawiści, zatriumfowała światłość i życie. Tego zwycięstwa początkowo w ogóle nie było widać. Zresztą do dziś ciężko odnaleźć jego ślady w życiu człowieka i w historii ludzkości, jednak to  zwycięstwo dokonuje się w ukryciu. Światłość i życie wkroczyły bowiem w krainę ciemności i śmierci, aby zwyciężyć je we własnej krainie i dlatego w Betlejem i na Golgocie panuje ciemność, która bynajmniej nie świadczy o klęsce człowieka i nadejściu czasów bez nadziei.

Tę wiarę wyznajemy słowami Apostolskiego Wyznania Wiary, gdy mówimy, że jedyny Syn Ojca wszechmogącego, poczęty przez Ducha Świętego, narodził się z Marii Panny, a  chwilę potem, po wspomnieniu ukrzyżowania, śmierci i pogrzebania, powiadamy, że Jezus Chrystus zstąpił do piekieł. Jedyny Syn Ojca, będąc człowiekiem, nie pozbawił się mocy miłowania, a przez nią zbawiennego błogosławienia grzesznemu człowiekowi. Ukrzyżowany Jezus z Nazaretu nie pozostał tylko umarłym, leżącym z grobie człowiekiem. On jest Chrystusem ziemian – zbawiającym Bogiem, który zstąpił z nieba w krainę śmierci, aby z niej wywieść światłość i życie, wszystkim dać nadzieję.

Tak brzmi Ewangelia Wielkiej Paschy Chrystusa, rozpoczętej w Betlejem a zakończonej Jego zmartwychwstaniem. Źródła nadziei tryskają w Ewangelii, zwiastującej, że Bóg potrafi wywieść światłość z ciemności i dobro ze zła. Sprawcą ciemności i zła jest człowiek. Dawcą światłości i dobra jest Bóg. Człowiek doprowadza do beznadziejności. Bóg w zwycięskim i żywym Chrystusie obdarowuje nadzieją.

Nawet w największej klęsce ludzie nie pozostają przegranymi, ponieważ jest z nimi żywy Chrystus, Bóg zbawienia. Nie trzeba bać się tego, że ktoś nie odwzajemni miłości, odrzuci podaną mu dłoń, zmarnuje zaangażowanie i wysiłek, aby mu pomóc. Jeśli bowiem człowiek odrzuci miłość bliźniego, Bóg nie odwróci się od człowieka. Dalej będzie go szukał, aż wreszcie go odnajdzie i uratowawszy obdaruje życiem.

Nie trzeba się bać, że poniesiemy klęskę. Nadzieja nie zawodzi, ponieważ miłość jest większa niż śmierć i grzech. Czy nauczyciel i wychowawca jej nie potrzebuje? Owszem potrzebuje, ponieważ poza oczywistym zaangażowaniem i odpowiedzialnością, wynikającą ze  świadomości powołania do szczególnej służby, nikt nie uniósłby ciężaru klęski, widząc byłych i obecnych uczniów, staczających się na dno człowieczeństwa. Tylko nadzieja, że tam, gdzie człowiek jest bezsilny, Bóg może wszystko, może zachować w służbie i napełnić optymizmem, którego świat zupełnie nie pojmuje.

Nie trzeba bać się również tego, że efekty naszych działań mogą przynieść więcej szkody aniżeli pożytku. Inaczej musielibyśmy pozostać całkowicie biernymi uczestnikami ludzkiej historii. Nawet wtedy, gdy pomimo najlepszych chęci i dołożonych starań, żeby uczynić dobro, okazuje się, że wyrządziliśmy więcej zła, nadzieja, której źródłem jest tajemnica zwycięstwa, odniesionego przez Boga nad ciemnością i śmiercią w jej królestwie, odnawia w nas wolę odpowiedzialnego działania.

Ileż cierpienia i zła wyrządzili sobie ludzie w kręgu cywilizacji, której inspiracją jest chrześcijaństwo? Zapewne nie mniej, niż poganie. A mimo tego właśnie w polu oddziaływania tej cywilizacji powstają systemy edukacyjne i społeczne, których próżno szukać gdzie indziej. Wojen, śmierci i niesprawiedliwości także nigdy nie zabrakło wśród tych, którzy swoje imię wzięli od Chrystusa, a jednak tak wysoko postawionej godności człowieka i zrozumienia dla nadrzędnej wartości ludzkiego życia, nie znajdziemy poza cywilizacją z judeochrześcijańskiego doświadczenia religijnego.

Wszystko świadczy o tym, że pomimo rzeczywistej siły grzechu, chrześcijanin – jak żaden inny człowiek – ma nadzieję, której nikt i nic mu nie odbierze, ponieważ nie zależy od niego, ale przychodzi z zewnątrz, jest darem łaskawego Boga w Jezusie Chrystusie. Klęska, ciemność i zło nie są w stanie zniewolić człowieka lękiem przed konsekwencjami poczynań. Możemy brać odpowiedzialność za świat, ponieważ mamy nadzieję, że nawet wówczas, gdy nie sprostamy zadaniu, Bóg wywiedzie ciemność ze światłości, a dobro ze zła.

2. Chrystologiczne modele nauczycielskiej służby

Poznawszy źródło światłości w ciemnościach nauczycielskiego trudu, spróbujmy odnaleźć jakieś sensowne modele nauczycielskiej służby. Zresztą, prawdopodobnie można ich odnaleźć dużo więcej, aniżeli zaproponowane.

2.1. Didachv jako uczłowieczanie Słowa

Podtytuł przypomina, że niniejsza refleksja pojawiła się w światłach Chrystusa. Dlatego nie byłaby w pełni wartościowa, gdyby między innymi nie zainteresowała się światłem, rozbłyskującym w Betlejem i w grocie dla zwierząt, pomiędzy niewykształconymi ludźmi, nie próbowała odnaleźć jakiegoś modelu.

Warto pamiętać, że betlejemska chrystofania, o ile tylko ma być zinterpretowana poprawnie, zawsze powinna być oglądana w perspektywie innych, siłą rzeczy starotestamentowych teofanii. Ze względu na naszą wiarę we wcielenie i epifanię Boga przez odwieczny Logos, nie od rzeczy będzie uwiadomienie sobie związku, jaki łączy Betlejem z  Synajem.

Wpierw zapytajmy: W jakiej sytuacji Bóg wypowiada na Synaju swoje Dziesięć Słów? W drodze z niewoli do wolności. Objawia zatem swoją miłość do Ludu, ponieważ chce, aby ów Lud nie tylko mógł żyć w wolności, ale też nauczył się wolności: „A Pan mówił wszystkie te słowa i rzekł: Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie” (2 Mż 20,1n). Miłość zostaje objawiona w Słowie, które dane jest ku wolności. Dlatego Dziesięć Słów nie koniecznie trzeba nakazywać przykazaniami, ani nakazami. Są raczej Słowami Boga, który zbawia umiłowany Lud. I takiego Boga poznaje Izrael pod Synajem.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt synajskiej teofanii przez Słowo. Otóż wówczas, gdy Bóg wypowiadał swoje Słowo do Mojżesza, pod Synajem zniecierpliwiony Izrael uczynił sobie podobiznę Boga: „Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Zejdź na dół, gdyż sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Rychło zeszli z drogi, jaką im nakazałem. Zrobili sobie cielca ulanego, oddali mu pokłon, złożyli mu ofiarę i mówili: To są bogowie twoi, Izraelu, którzy cię wyprowadzili z ziemi egipskiej” (2 Mż 32,7n).

Człowiek pragnie obrazów! Człowiek po prostu chce widzieć, podczas gdy w tym samym czasie Bóg mówi. Jedynie Słowo jest boskie i ma moc dźwigać ludzi z lęku ku ufności., z niewoli ku wolności. Obraz często fałszuje rzeczywistość. Jeszcze inaczej można powiedzieć, że doświadczając Boga nie wolno posługiwać się oczami cielesnymi, ale należy widzieć sercem, to znaczy słyszeć nim Słowo Boga i nim rozumieć. Serce jest bowiem miejscem, w którym Słowo zamienia się w miłującą mądrość i w mądrą miłość[3].

A tymczasem w Betlejem dzieje się coś głęboko niepokojącego! Bóg, który na ludzkie pragnienia posiadania obrazu Boga, do tej pory odpowiadał Słowem, czyni coś, co nie mieści się w dotychczasowych formach! Oto Słowo staje się ciałem. Dlaczego Bóg zaprzecza samemu sobie?! Czyżby wycofywał się ze swojego cywilizacyjnego rozpędu i nie chciał już przemieniać człowieka Słowem, czyli czynić go na swoje podobieństwo?

W żadnym wypadku. Bóg po prostu czyni kolejny krok miłości – ostatni zbawienny krok – na drodze ratowania grzesznej ludzkości. Jeśli pod Synajem Słowo zwycięża obraz, aby przez nie uczłowieczyć człowieka, to w Betlejem Słowo zostaje przez Boga uczłowieczone, aby człowieka podnieść do godności Bożego dziecka!

Prostą konsekwencją miłości Boga do ludzi, w której od samego początku objawiał swoją zbawienną wolę, stało się uczłowieczenie Słowa, aby ono nie trafiało w egzystencjalną próżnię; aby dosięgało człowieka w samym środku jego życiowych dramatów i odmieniając ludzki sposób myślenia, zmiękczało człowiecze serce.

Uczłowieczone Słowo zostało w Betlejem dane, aby człowiek nauczył się myśleć sercem – to znaczy – aby odtąd potrafił miłować mądrością a mądrość umiał wydobywać z miłości.

I to jest pierwszy, zbawiennie płodny oraz cywilizacyjnie mądry,  cel nauczycielskiego trudu. Za wszelką cenę uczłowieczać słowo, aby ono przynosiło życie, a nie zadawało śmierć. Słowo uczłowieczone w Betlejem przyniosło życie! Tak nie tylko może być, ale powinno być – o ile rzeczywiście kochamy dzieci – z każdym słowem, wychodzącym z ust nauczyciela czy rodzica.

Słowo może bowiem zabijać. Na przykład takie, które z Dekalogu, w którym Bóg objawia miłość i przez nie wiedzie Izraela do wolności, czyni jedynie przykazania. Albowiem wówczas Bóg zostaje zasłonięty, a człowiek – zamknięty w klatce – nie uczy się życia w wolności, bo przecież jedynie dzięki życiodajnej sile miłości rozkwita prawdziwa wolność.

Na czym mogłoby polegać uczłowieczanie słowa?

Słowem można gnieść dzieci, sądząc, że na siłę otworzy się je na Boga, na człowieka, na życie, na miłość, jednak dziełem człowieka nie jest otwieranie kwiatowego pąka. Brutalnie otwarty, co prawda rozkwita, ale jeszcze szybciej więdnie i niszczy się. Dziełem człowieka jest miłowanie, aby sam Bóg rozchylał płatki życia. Dlatego dziełem nauczyciela jest miłowanie dzieci, czyli objawianie Boga, który zbawia, a wówczas On sam je otwiera, a one pięknie zakwitają miłością i talentami.

Wielu ludzi – także nauczycieli i rodziców – używa słów niczym tarana,  którym chcą rozbić serca dzieci. Otwierają je rzeczywiście, ale tylko na krótko i ustanawiają swój porządek. Jednak takie serca szybko giną pod ciosami świata.

Uczłowieczać słowo – to znaczy czynić, co w ludzkiej mocy, aby przypominało ożywcze tchnienie wiosennego wiatru – czyli służyło Bożemu Ruah (h^Wr))))[4]; aby było niczym ciepły deszcz – czyli wydobywało Słowo Boga o zbawieniu z wody Chrztu; aby ogrzewało jak letnie słońce – czyli służyło Chrystusowi.

Uczłowieczać słowo – to znaczy korzystać z wszystkiego, co można odnaleźć w cywilizacyjnym dorobku ludzkości, aby trafiać w ludzkie serca i uczyć je miłującej mądrości. Ku temu nauczyciel niechaj skorzysta z bogactwa poezji, mądrości historii religii, psychologii, socjologii, nawet ze wskazówek, których udziela geografia.

Wszystko może służyć temu, by schylić się do człowieka i zrozumieć jego dramat, a potem wypowiedzieć do niego słowa, które podniosą go z prochu, przydadzą godności jego życiu, nauczą żyć w wolności. Wówczas jego miłość pięknie rozkwitnie ku pełni Królestwa Bożej chwały.

2.2. Didachv jako miłosierna wierność uczniowi

Myśląc o uczłowieczaniu słowa, które wyrażone obrazem oznacza takie skłonienie się ku człowiekowi, a nauczyciela ku uczniowi, żeby go odmienić, uczłowieczyć w tym sensie, aby na podobieństwo Chrystusa potrafił żyć w wolności, zbliżamy się do innego modelu służby, powstałego przez kolejną inspirację, rodem ze Starego Testamentu.

Idzie mianowicie o rozpoznanie didachv jako miłosiernej wierności uczniowi. Idzie o takie przemodelowanie nauczycielskiej służby, aby wszyscy nauczyciele zrozumieli, że nie „Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem” (J 15,16). W tym konkretnym wypadku słowa te nie znaczą naboru do szkół, który polega na nauczycielskim przymusie uczniów. Ich celem jest budzenie fundamentalnej,  nauczycielskiej wrażliwości.

Ja was wybrałem – czyli dobrowolnie i bez żadnego przymusu stałem się nauczycielem. Ja was wybrałem – czyli w samym  środku mojej osoby – w sercu – usłyszałem Boże powołanie do tego, aby być sługą jako nauczyciel. Ja was wybrałem – czyli rozpoznałem w sobie talenty ku temu, aby uczyć. Nikt mnie nie zmusił. Nie jestem z tego powodu nieszczęśliwy. Moja samoświadomość doprowadziła mnie do wyboru nauczycielstwa – oto treść słów, które powinny nas głęboko wzruszać, ilekroć ciemności zdają się brać górę nad jasnymi strojami naszej służby: Ja was wybrałem!

W kształtowaniu takiego modelu nauczycielskiej służby najważniejsza jest postawa miłosiernej wierności względem ucznia. Dobrowolny wybór tej służby powinien pod każdym względem przypominać postawę rodziców wobec dziecka, które nie wybierało rodziców, ale zawsze i wszędzie ma prawo oczekiwać ich wiernego miłosierdzia.

W Starym Testamencie miłosierdzie nazywa się <ym]j&r^ (rahamim), od rzeczownika <jr (rehem), które oznacza matczyne łono. Rehem posiada też znaczenie przenośne, ponieważ łono matki w środowisku akkadyjskim i hebrajskim uważano za siedlisko rodzicielskich uczuć. Sensu ogólniejszego nabiera słowo rehem dopiero w liczbie mnogiej jako rahamim. Etymologicznie oznacza ono wnętrzności, a ponieważ Semici uważali wnętrzności za miejsce, gdzie lokalizują się uczucia, przeto pojęcie rahamim staje się terminem oznaczającym miłosierdzie[5].

Czy Efraim jest mi tak drogim synem lub dziecięciem rozkosznym, że ilekroć o nim mówię, muszę go wiernie wspominać? Dlatego moje wnętrze wzrusza się nad nim; zaiste muszę się nad nim zlitować – mówi Pan” (Jr 31,20). Bóg jest rodzicielem – oto teologiczna i egzystencjalna podstawa dla rozpoznania, czym w istocie jest Boże miłosierdzie! Ponieważ jesteśmy z Jego łona nie musimy się bać: „A przecież to Ja sam uczyłem Efraima chodzić, brałem ich na swoje ramiona, lecz oni nie wiedzieli, że to Ja ich leczyłem, przyciągałem ich więzami ludzkimi, powrozami miłości, i byłem dla nich jak ten, który podnosi niemowlę do swojego policzka, i nachylałem się do nich, aby ich nakarmić” (Oz 11,3n); „Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona?” (Iz 49,15).

Czy możliwa jest nauczycielska służba, której symbolem byłoby macierzyńska miłość? Ona jest nie tylko możliwa, ona jest konieczna, żebyśmy nie musieli bać się przyszłych pokoleń, być może wiele wiedzących, jednak nie myślących sercem, nie miłujących mądrością i nie umiejących mądrości wydobywać z miłości.

Podstawą tego modelu nauczycielskiej służby jest Ewangelia  o miłosiernym Bogu, który nie tylko może, ale rzeczywiście cierpi z miłości, ponieważ jest naszym rodzicem, czyli jest wierny nawet wówczas, gdy człowiek odwraca się od Niego i gardzi życiem. Bóg – niczym mama i tata – daje samego siebie na śmierć, aby ratować dzieci. Takiego Boga objawił Jezus z Nazaretu!

Nie miejmy najmniejszych wątpliwości, czy takie myślenie o Bogu jest prawdziwe, skoro przez usta Ozeasza, Święty Izraelski powiada: „Nie wyleję mego srogiego gniewu, nie chcę ponownie zniszczyć Efraima, bo Ja jestem Bogiem, a nie człowiekiem, jestem pośród ciebie jako Święty i nie przychodzę, aby niszczyć” (Oz 11,9). To właśnie różni Boga od człowieka, że człowiek w imię Boga jest gotów niszczyć, a tymczasem Bóg, dlatego, że jest Święty, ocala i okazuje miłosierdzie!

Nauczycielstwo bez miłosiernej wierności jest niemożliwe. W przeciwnym razie częstokroć jest tylko wpajaniem wiedzy, prowadzonym na podobieństwo tresury. Nie kształtuje człowieka, który potrafiłby twórczo wykorzystywać wszystkie potencjalne możliwości życia w wolności i nie ma nic wspólnego z  tym, co nazwaliśmy uczłowieczaniem słowa.

Bez miłosierdzia jest niemożliwy również kolejny model nauczycielskiej służby, który został nazwany ocalaniem z chaosu.

2.3. Didachv jako ocalanie z chaosu

W tym wypadku najważniejsze jest tytułowe ocalenie, które straciło dużą część semantycznego bogactwa na skutek zatracenia przez nas umiejętności wsłuchiwania się w słowa. Ocalenie kojarzy się li tylko z wydobywaniem z nieszczęścia, na podobieństwo ratowania z topieli czy górskiej rozpadliny, bądź choroby. Tymczasem jest dużo bogatsze, ponieważ składa się z przedrostka o i rdzenia, które ma związek z całością – calić.

Ocalanie czyli o-calenie oznacza działanie, zmierzające do uratowania człowieka przez doprowadzenie go do całości. Mówiąc inaczej polega na ocalaniu z chaosu. Wpierw wewnętrznego, ale zapewne też zewnętrznego, co mniej więcej odpowiadałoby biblijnej myśli o czynieniu z wielu ludzi jednego ludu Bożego.

Czy didachv nie powinno ocalać naszych uczniów z chaosu? W tym sensie przypominałoby stwórcze działanie Świętego, które polega na porządkowaniu chaosu i wydobywaniu na powierzchnię ludzkich dziejów światłości i życia z prawdziwych oceanów ciemności i śmierci.

Ocalanie, czyli działanie zmierzające do scalenia, to między innymi pomoc w okiełznaniu pożądliwości, które rozrywają ludzką osobę na strzępy, aż do całkowitej dezintegracji. Dlatego ocalanie w perspektywie chrystologii didachv jest integrowaniem osoby, albo rzecz ujmując nieco inaczej harmonizowaniem wszystkich cząstek człowieczego jestestwa i porządkowaniem świata wartości, uspokajaniem serca i myśli, wydobywaniem człowieka z ciemności żądz, którym mądrość świata częstokroć nadaje rangę absolutu.

Didachv niech będzie umiejętnością i mądrością doprowadzania ucznia do całości, do ostatecznej pełni i końcowego urzeczywistnienia jego bytu w Chrystusie[6], który jest początkiem i końcem nie tylko ludzkich dziejów, ale i procesu kształcenia każdego konkretnego człowieka, którego Boża miłość wydobyła z prochu ziemi i tchnęła weń ducha życia i miłości.

Nauczycielska miłość między innymi po to została rozlana po całym świecie, aby uczniom nie pozwolić zdeintegrować się aż do cna i obrócić w nicość. Ona musi być miłością nieskończoną i nieodwołalną, nigdy nie wycofaną. Powinna być ciągłym tak nauczyciela, uzdalniającym ucznia do pozytywnej odpowiedzi na Boży dar życia.

Didachv jako ocalanie z chaosu, postawione w rzędzie z pozostałymi modelami, jawi się przedsięwzięciem najbardziej pneumatycznym. Albowiem do zadań Drugiego Parakleta[7] należą wszystkie, wyliczone przed chwilą aspekty nauczycielskiej służby wobec ucznia. Na przykładzie tego modelu widać też najlepiej, że nauczanie nie jest zwykłym powołaniem, ale obok służby zwiastowania Ewangelii oraz służby medycznej, w każdym czasie i miejscu urzeczywistnia samego Chrystusa pomiędzy ludźmi, jako zwiastuna Ewangelii, lekarza i nauczyciela.


[1] W dobie wzmożonej dyskusji z Islamem, a wręcz radykalizującej się opozycji Islamu wobec tzw. świata zachodniego, warto przemyśleć: Quinzio S., Hebrajskie korzenie nowożytności, Kraków 2005.

[2] Przeczytaj optymistyczną przypowieść Jezusa z Galilei o niezwykłej efektach siewu Słowa Bożego: Mt 13,1-9 i par.

[3] Zob. Wolff H. W., Anthropologie des Alten Testaments, München 1984, ss. 68-90; Widła B., Teologia antropologiczna Starego Testamentu, Warszawa 2004, ss. 201-213.221-224.237-246.

[4] Zob. Uglorz M., Jahwe – Bóg Izraela, Warszawa 2002, s. 161n; Dalbesio A., Duch Święty, Kraków 2001, ss. 13-27.

[5] Zob. Tułodziecki St., Miłosierdzie w Starym Testamencie, Poznań 1992, ss.11-32; Czerski J., Miłosierdzie w Ewangelii św. Mateusza, Opole 1986, ss.21-28; Uglorz M., dzieło cytowane, s. 129n.

[6] W. Hryniewicz, Dlaczego głoszę nadzieję?, Warszawa 2004, s. 205.

[7] Według tradycji janowej Jezus nazywa Ducha Drugim Parakletem czyli swoim następcą w zbawiającej, pocieszającej i usprawiedliwiającej działalności: J 14,16.26; 15,26; 16, 7; l J 2,1.