Sie 24

Trwa sierpień. W naszym klimacie najczęściej suchy i słoneczny. Z pierwszymi oznakami późnego lata. Trawy wysychają, na drzewach pojawiają się pierwsze, pojedyncze listki w kolorach nadchodzącej jesieni. Jednak wciąż trwają wakacje. Wielu z nas przyjechało z urlopowych wojaży albo właśnie się wybiera, jeszcze inni planują wrześniowy wyjazd. O pracy – owszem – może i myślimy, jednak nie z intensywnością, psującą pogodny nastrój. Latem szukamy zapomnianej, a często wręcz wypartej części siebie, którą jest bycie dzieckiem. Chętniej się śmiejemy, szukamy powodów do wesołości, robimy rzeczy zbędne i śmieszne. Czerpiemy wówczas z dobrego źródła życia, pozwalając radości i szczęściu, żeby przez nas przepływały, nawadniając wszystkich wokół nas.

Tymczasem wystarczy, żeby skończył się sierpień, i raptem, jakby za dotknięciem złowrogiej różdżki, zmieniają się nasze zachowania. Stajemy się znowu dorośli, to znaczy poważni, zatroskani, smutni, sztywni, marudni. Życie ponownie w nas wysycha, radość i szczęście przestaje przez nas płynąć, a ludzie wokół wydają się mniej atrakcyjni. Letnia wspólnota wchodzi w czas uśpienia. Wraz ze zmianą zachowania, zaczynają nasilać się chorobowe dolegliwości, a my czujemy, że starość znowu naciera.

Czy naprawdę przełom sierpnia i września musi nieubłaganie oznaczać tę zmianę, dla wielu wręcz traumatyczną? Nie. Oczywiście, że początek września nie musiałby złowrogo pohukiwać obolałymi stawami, smutnymi sercami i pochylonymi plecami, gdybyśmy zachowywali odpowiednią higienę życia, na którą oprócz duchowości, modlitwy, lektury Biblii, składają się też wzorce zachowań. Niestety większość z nas czepie je z mętnych źródeł życia, jedynie letnią porą pozwalając sobie na zmianę. Latem stajemy przy zdrowych źródłach życia, dzięki czemu, zmieniając zachowania, natychmiast odczuwamy poprawę zdrowia i samopoczucia, a także wyższy poziom zadowolenia z siebie i życia. Wystarczy, że nadejdzie wrzesień, a my ponownie wrócimy do mętnych i zatrutych źródeł.

Kto korzysta z mętnych źródeł życia, ten zawsze jest bardziej zagrożony nacierająca starością. Pierwsza pojawia się depresja, która jest krzykiem duszy, przeciw życiowej sytuacji, jesiennej, zatroskanej, związanej z kieratem zawodowych obowiązków. To, czy nasza praca, rodzinne relacje, służba na rzecz dobra ogólnego, wypływa z mętnego czy czystego źródła, można łatwo rozpoznać po energii promieniującej z człowieka, bądź z jej braku. Jeśli ktoś czerpie ze źró­dła Ducha Świętego, emanuje z niego lekkość, kreatywność i po prostu życie. Radość z pracy udziela się wtedy współpracownikom. Ktoś taki nie tylko pracuje, ale też prawdziwie żyje pracą, chociaż jej nie absolutyzuje. Czynienie dobra i wypełnianie obowiązków nie wyczerpują go. Jednak, żeby odkryć w sobie czyste źródło życia, wpierw trzeba skonfrontować się z mętnymi źródłami, aby przez nie przedostać się do tego najczystszego, znajdującego się na dnie naszej duszy.

Jednym z najbardziej mętnych źródeł, z którego czerpie współczesne pokolenie, jest pracoholizm, który bywa społecznie akceptowanym uzależnie­niem, a w niektórych środowiskach został wręcz uznany za cnotę, niestety także wśród chrześcijan. A jednak to jest mętne źródło życia, mające związek z żądzą poważania. Człowiek uza­leżniony od żądzy nie może obejść się bez tego, czego namiętnie szuka. Boi się poznać prawdę o samym sobie, ponieważ życiowe pragnienie chce zaspokoić swoim uzależnieniem.

Niestety niektóre przedsiębiorstwa zatrudniają pracoholików jako menedżerów. Uważa się, że tacy ludzie są najlepsi, ponieważ będą dużo pracować, a to firmie może wyjść tylko na dobre. To prawda, że pracoholicy dużo pracu­ją, jednak często nie są źródłem błogosławieństwa, ponieważ potrzebują pracy, żeby nią ukrywać wewnętrzną pustkę. Kurczowo trzy­mają się aktywności, ponieważ boją się chwil, w których człowiek pozostaje sam na sam ze sobą. A ponieważ nie mają dystansu wobec pracy, nie są też kreatywni ani innowacyjni. Stają się ślepi. Najważniejsze jest dla nich tylko to, aby ciągle mieć coś do ro­boty. Mają wtedy wrażenie, że są potrzebni i pożyteczni. Co prawda gotowi są podjąć się każdej pracy, ale niewiele dokonują. Kto czerpie z mętnego źródła pracoholizmu, szybko wyczerpuje nie tylko siebie, ale też ludzi w swoim otoczeniu.

Innym mętnym źródłem, związanym z zawodowymi obowiązkami, jest perfekcjonizm. Ten, kto wszyst­ko chce wykonywać perfekcyjnie, sam na siebie wywiera presję. A ona go paraliżuje i pozbawia energii oraz radości życia. Perfekcjonistę można nazwać ciągłym poprawiaczem Pana Boga, który mimo tego nie potrafi w pełni skoncentrować się na pracy i zapomnieć o wszystkim innym. A przy tym wciąż zastanawia się nad tym, czy swoje zadania wykonuje idealnie. Wywiera na siebie presję bezbłędnego postępowania i pracy. I najczęściej to właśnie owa presja prowadzi go do błędów. Czasami perfekcjonista jest bardziej skoncentrowany na perfekcyjnym wykonywaniu pracy, innym razem na osądzie innych ludzi; na tym, co drudzy o nim pomyślą. Jednak jedno i drugie odcina go od wewnętrznego źródła, a przez niego przestaje płynąć radość i szczęście.