Lis 6

Dobra śmierć

Marek Uglorz | Mądrość życia | 06.11.2012 |

Jednym z najbardziej charakterystycznych znaków współczesności jest postawa człowieka wobec śmierci. Będąc dzieckiem cywilizacji konsumpcyjnej, współczesny człowiek stara się nie dopuszczać do siebie myśli o własnej śmieci, ale nie chce też myśleć, ani mówić o śmierci w ogóle. Śmierć jako coś wstydliwego, co należałoby wymazać z ludzkiej świadomości, stała się tematem objętym społecznym tabu. Z drugiej strony jeśli nawet śmierć staje się przedmiotem refleksji bądź dyskusji, najczęściej dzieje się to w atmosferze lęku i rezygnacji. Widać dość dobrze, że współczesny człowiek naiwnie broni się przed myślą o własnym umieraniu.

Tabuizacji śmierci prawdopodobnie sprzyja proces dezintegracji rodziny, która często nie jest już związkiem bliskich sobie ludzi, skupionych przy narodzinach i umieraniu, wiernych sobie tak w zdrowiu, jak w chorobie. Również techniczne traktowanie cierpienia i umierania przez medycynę sprzyja usuwaniu śmierci na margines ludzkiej świadomości. Śmierć nie jest już problemem fizyczno-metafizycznym, z którym trzeba uporać się we wspólnocie, ale sprawą czysto techniczną, załatwianą przez wyspecjalizowane służby.

Schleiermacher mawiał, że narodziny i śmierć to dwie „przesieki” w gęstwinie lasu, które pozwalają człowiekowi spojrzeć w nieskończoność. Niestety współczesny człowiek nie chce spoglądać w nieskończoność, ponieważ w jego świadomości nieskończoność wyklucza codzienność, którą umiłował jako konsument, zaś metafizyka wyklucza fizykę, którą umiłował jako racjonalista. Zneutralizowanie śmierci pozwala wyprzeć nieskończoność ze świadomości. Metafizyczne lęki, to coś, z czym współczesny człowiek nie chce mieć nic wspólnego.

Okazuje się jednak, że człowiek nie potrafi wyzbyć się metafizycznego lęku. Chciałby zatem rzecz rozwiązać inaczej, to znaczy zatrzasnąć drzwi przed metafizyką zanim będzie musiał przez nie w nią wejść. Tu być może leży jedna z przyczyn dzisiejszego zainteresowania eutanazją, z pomocą której człowiek chce sam być dysponentem śmierci i w ten sposób sprowadzić ją do wymiarów fizycznych, technicznych, bez miejsca na wielkie pytania o człowieczeństwo i sens życia.

Tego rodzaju postawa martwi i niepokoi, bo jeśli chorobę i śmierć sprowadza się na płaszczyznę techniczną, to i sam człowiek staje się powoli jedynie problemem technicznym. Należy przypuszczać, że tego rodzaju postawa bywa coraz częściej akceptowana także przez chrześcijan. A jeśli tak, to zagrożona jest istota chrześcijańskiej duchowości, w której stosunek do śmierci jest istotnym kryterium prawdziwości wiary w ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa.

Istnieje prócz tego jeszcze jeden powód, dla którego należy stale powracać do tajemnicy śmierci. Stosunek do śmierci decyduje bowiem o stosunku do życia. Odpowiedź na pytanie o sens śmierci, okazuje się kluczem do pytania: Kim jest człowiek i czym powinno być jego życie?

Kim jestem? – ważne to pytanie

Zrozumieć daj mi, Boże sił!

Bym słuszne miał o sobie zdanie,

W pokorze wierny Tobie był.

Bo kto nie poznał siebie sam,

Mądrości swojej zadał kłam.  (ŚK 331,1)

Powszechność śmierci

W tradycyjnej refleksji teologicznej, która nieustannie wyciska swoje piętno na kaznodziejstwie i potocznym pojmowaniu fenomenu człowieczeństwa, śmierć traktuje się wyłącznie negatywnie, jako karę za grzech. Powszechność śmierci jest koronnym argumentem, przemawiającym za ludzką grzesznością i odwrotnie, zaistnienie grzechu z winy człowieka sprowadziło śmierć na całe stworzenie w wymiarze kosmicznym. Według tej interpretacji człowiek został stworzony dla nieśmiertelności, ale w wyniku rajskiego upadku w grzech śmierć stała się wspólnym losem wszystkich ludzi oraz żywych istot.

Mówiąc ogólnie, powyższa interpretacja przynajmniej z dwóch powodów przysparza dzisiaj sporo trudności. Po pierwsze nauki przyrodnicze podkreślają ścisły związek pomiędzy człowiekiem a resztą przyrody. Dlaczego przed upadkiem w grzech tylko człowiek miałby nie podlegać prawu przemijania, które rządzi całym stworzeniem, ożywionym przez Boga? Ewolucyjne rozumienie historii i praw natury zakłada obecność śmierci jako czynnika regulującego od samego początku rozwój świata. Także z innych względów trudno wyobrazić sobie szansę przeżycia ludzkości, której stale przybywa, bez zmiany pokoleń. Śmierć wydaje się przynależeć do ludzkiej egzystencji, niezależnie od upadku i grzechu. To właśnie chrześcijańska nadzieja jako pierwsza powinna rozeznać, że śmierć nie unicestwia niczego dobrego, ani nie jest kresem wszystkiego. Rozwinięcie błędnej idei sprawiedliwości, jako dostępu do równej dystrybucji dobra i zła, nagrody i kary, zaprowadziło chrześcijańską myśl w ślepy zaułek.

Dochodzimy do drugiej racji, z powodu której tradycyjna wykładnia powszechności śmierci jako kary za grzech napotyka na znaczne trudności. Otóż wykładnia ta jest typowym efektem rozumowania dedukcyjnego. Taki sposób myślenia trafia w prawdę pod jednym warunkiem, a mianowicie, że wszystkie przesłanki są prawdziwe. Tymczasem współczesna wiedza biblijna udowodniła, że w tym wypadku przesłanki są fałszywe.

Pomimo tego, że ludzie Biblii, jak cała ludzkość, zostali postawieni wobec nieubłaganej konieczności i negatywności śmierci, uderza fakt, że w biblijnej refleksji teologicznej bynajmniej nie dominuje pojmowanie śmierci jako zapłaty i kary Boga za grzech.

Adam nie umiera bezpośrednio z powodu grzechu. Nawet przekleństwo nie spada na niego samego, ale na węża i ziemię (1 Mż 3,14.17). W 1 Mż 2,17 jest mowa jedynie o groźbie śmierci, zaś w tekście 1 Mż 3,19 śmierć jest przedstawiona jako zwyczajne i normalne wydarzenie w życiu człowieka. Zresztą cierpienie związane z chorobami oraz śmiercią w podobny sposób pojmuje Jezus z Nazaretu (J 9,1-3). Biblijny opis Ogrodu Życia i upadku człowieka w grzech nie jest próbą rekonstrukcji faktów historycznych, ale jest teologiczną interpretacją człowieczeństwa i egzystencji. Nie jest historią, ale teologią, co najwyżej czerpiącą inspiracje z historii.

Wprawdzie pod wpływem tradycji rabinicznej ap. Paweł wyjaśnia, że śmierć jest zapłatą za grzech (Rz 6,23), jednak jego zamiarem jest uwydatnienie z pomocą kontrastu zbawiennej mocy posłuszeństwa Jezusowi Chrystusowi. Dlatego coraz większe grono  teologów przestaje określać śmierć mianem kary za grzech. Z drugiej strony nie można też definitywnie zaprzeczać związkowi śmierci z grzechem, skoro spotykamy się z nim w teologicznym świadectwie Starego i Nowego Testamentu. Wydaje się, że następstwem grzechu nie tyle jest sam fakt ograniczenia ludzkiej egzystencji w postaci śmierci, ile raczej sposób w jaki człowiek pojmuje i doświadcza śmierci oraz jej nieuchronności, jako mrocznej i destrukcyjnej siły. Człowiek poddany grzechowi przeżywa śmierć jako załamanie się życia, które nie ma sensu. Wydaje mu się, że śmierć podważa sens narodzenia. Nie myśli o niej pozytywnie i nie dostrzega w niej sposobu przyjęcia nowej formy bytowania.

Moc grzechu nie działa zewnętrznie, a jeśli już, to jako konsekwencja wewnętrznego działania. Grzech niszczy człowieka od wewnątrz, dlatego rodzi w nim nieufność, egoizm i pragnienie kurczowego trzymania się życia. Skutkiem tego człowiek nie chce i nie potrafi przyjąć śmierć jako spełnienie życia. Następstwem grzechu nie jest śmierć jako taka, lecz bolesny sposób przeżywania jej obecności i działania. Grzech na pewno jest brakiem zaufania i miłości, tymczasem właśnie zaufanie i miłość pomagają przezwyciężać to wszystko, czego człowiek doświadcza jako bezsens umierania i lęk przed śmiercią. To w pewnym sensie tłumaczy, dlaczego nawet ludzie wiary trudno oswajają się z myślą o śmierci.

Co w takim razie począć z powszechnym przekonaniem ludzkości o śmierci, że jest negatywnością istnienia? Odpowiedzi na postawione pytanie od dawna poszukiwali także chrześcijanie. Próby pozytywnego wyjaśnienia fenomenu śmierci odnajdujemy już w teologii Nowego Testamentu. Później podejmują je także Ojcowie Kościoła. Wśród nich autorem najbardziej rozpowszechnionej interpretacji jest Ireneusz, nauczający, że Bóg, kierując się miłosierdziem, odsunął człowieka od drzewa życia. Wygnanie z raju nie jest więc karą, lecz wyrazem Bożego zmiłowania. Dzięki śmierci człowiek nie pozostaje przestępcą na zawsze, a grzech i zło nie są nieskończone. Stawiając śmierć pomiędzy człowiekiem a sobą, Bóg powstrzymuje przestępstwo. Sprawia, że grzech ustaje, aby człowiek otwierał się na Boga. Według interpretacji Ireneusza śmierć przerywa ciąg grzesznego życia i wyzwala grzesznika do pełni Bożego życia. Powszechność śmierci nie świadczy przeto o Bożym gniewie, ale o Bożej miłości. Śmierć jest nie tyle karą, ile szansą. darem, aby człowiek ostatecznie zwyciężył swoje „ego”.

Powszechność śmierci dowodzi, że Bóg jest sobie wierny i dlatego grzesznemu człowiekowi umożliwia osiągnięcie celu, do którego został stworzony, to znaczy doskonałość na wzór i podobieństwo Boga. Gdy mówi się o miłości Boga, objawionej w akcie stworzenia, wówczas najczęściej myśli się, że Bóg uczynił wszystko doskonałym w takiej mierze, w jakiej można spodziewać się doskonałości dzięki zbawczemu – naprawczemu – dziełu odkupienia przez Jezusa Chrystusa. Ludzkie wyobrażenie Boga nie potrafi pogodzić przekonania o Bożej miłości z uznaniem faktu, że Bóg mógłby stworzyć kosmos i człowieka ku doskonałości, a nie doskonałym. Akt stwórczy nie byłby celem samym w sobie, ale zapoczątkowaniem procesu życia, zmierzającym do całkowitego spełnienia w Bogu. W znacznej mierze jest to efekt uczynienia z biblijnych symboli, będących nośnikami treści, przedmiotu wiary.

Jeśli przyjąć, że Bóg rzeczywiście stworzył wszystko tak doskonałym, jak się tego spodziewamy, wówczas niezrozumiałym staje się prorockie zwiastowanie obu Testamentów, iż ma powstać nowa ziemia i nowe niebo. W jaki sposób pogodzić Bożą wszechmoc z uczynieniem czegoś, co się zepsuło? Czyżby Bóg był do tego stopnia niekonsekwentny bądź słaby? Wszelkie próby usprawiedliwienia Boga z gorszącego faktu istnienia zła, wydają się być przykrojone wyłącznie na miarę ludzkich wyobrażeń o Bogu, a uwzględniając filozoficzne przesłanki, nie biorą pod uwagę całości biblijnego poselstwa.

Apostoł Paweł powiada: „A gdy mu wszystko zostanie poddane wtedy też i sam Syn będzie poddany temu, który mu poddał wszystko, aby Bóg był wszystkim we wszystkim (1 Kor 15,28). Z tych słów wynika, że celem stworzenia jest spełnienie w Bogu. Sam akt tworzenia jest powołaniem do istnienia czegoś z miłości, co z Bożej woli od samego początku jest ukierunkowane ku celowi, co staje się doskonałe. Greckie słowa: teleio (doskonały) oraz teleiwsi (doskonałość) same w sobie wyrażają myśl o spełnieniu, kresie i końcu (telo) . W postępowaniu Boga od samego początku objawia się i wypełnia coś z kresu, ostatecznego spełnienia.

Chrześcijańska nadzieja powinna sięgać w przyszłość odnowionego stworzenia. Musi kierować się w stronę nowego stworzenia (Ap 21,1n; por. 2 P 3,13). Wiele nowotestamentowych tekstów świadczy o wierze pierwszego pokolenia chrześcijan, która w ferworze późniejszych dyskusji teologicznych częściowo zaginęła, do której jednak w następnych dziesięcioleciach nieuchronnie powrócimy, ponieważ będzie to czas zrozumienia natury i pogodzenia się z tym, że człowiek jest jej częścią. Chrześcijaństwo musi tymczasem uporać się z dziedzictwem teologii, która z biblijnych symboli, funkcjonujących w większości w szerokim kontekście religijno-kulturowym, uczyniła przedmiot wiary, nie rozumiejąc, że symbole, będące raczej nośnikami treści, domagają się wyjaśnienia a nie wiary.

Z perspektywy biblijnego poselstwa z całą pewnością można powiedzieć, że historia stworzenia nie stała się historią zbawienia z powodu upadku człowieka w grzech, ale raczej, że w tajemnicy Bożego aktu tworzenia było już miejsce dla Chrystusa i Jego dzieła, to znaczy na akt zbawienia (1 P 1,20). To samo, ale posługując się innym językiem, można ująć w stwierdzeniu, że uniwersalizm zbawienia jest równy uniwersalizmowi stworzenia (Kol 1,19n).

Powyższe refleksje doprowadzają nas do krzyża i jego interpretacji życia oraz śmierci. Orędzie krzyża podpowiada, że śmierć jest czymś więcej niż końcowym punktem biologicznej egzystencji. Śmierć jest ciągle obecna w ludzkim grzechu i egoistycznym zamknięciu w sobie. Cierpienie i choroby, jako stany śmierci, mniej zagrażają prawdziwemu życiu, którego kresem nie jest empiryczna śmierć, aniżeli to, co sprawia, że człowiek trwoni swoje możliwości twórczego życia i pozostając w pustce egoizmu nie potrafi otworzyć się w miłości na wszechświat, a więc, że jego egzystencja jest chybiona.

W tym kontekście warto przytoczyć wypowiedź Jezusa, w której swoim uczniom próbuje przedstawić zbawczą wartość własnej śmierci: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje (J 12,24).

Śmierć jako akt kenotyczny

Śmierć jest kluczowym doświadczeniem ludzkiej egzystencji. Kto wie, czy nie najbardziej rzeczywistym? Tajemnicą najdalej posuniętego wyzbycia się samego siebie. Tajemnica śmierci zmusza człowieka do wyjścia z siebie i stawia go oko w oko z tajemnicą życia. Jest pytaniem o jego prawdziwość, momentem wydania sądu o samym sobie, nieuniknioną próbą, czekającą każdego człowieka.

Współczesna filozofia mówi nie tylko o tym, że ludzki byt zmierza w kierunku śmierci, ale także o obecności momentów i kształtów śmierci we wszystkich dążeniach i podstawowych aktach urzeczywistniania się człowieczeństwa: w świadomości, poznaniu, pragnieniu, wolności, pamięci, miłości i twórczości. Dotyczy to zapewne również takich doświadczeń jak smutek lęk, cierpienie, samotność, choroba. W ludzkim życiu nieustannie uobecnia się stan albo sytuacja śmierci. W ten sposób śmierć należy do wewnętrznej struktury ludzkiego życia. Przejawem obecności śmierci są też wszystkie destrukcyjne siły w ich różnorodnych postaciach, pochodzące z samej istoty człowieczeństwa. Pod wpływem ich działania dokonuje się nieodwracalny proces malenia i ubywania istnienia, który wydatnie ogranicza aktywność człowieka. Człowiek staje się bezsilnym świadkiem słabości i rozpadu własnego życia. Bóg nie oszczędza człowiekowi tego stopniowego procesu umierania i samej śmierci. Przeobraża jednak to, co samo w sobie jest słabością i wyniszczającą siłą.

Teilhard de Chardin pisze: „Bóg, aby ostatecznie nas przeniknąć, musi w jakiś sposób nas drążyć, żłobić, czynić sobie miejsce. Aby nas przyjąć do siebie, musi nas przerobić, rozbić cząsteczki naszego „ja”. Zadaniem śmierci jest przebić pożądany wlot do głębi naszej jaźni (…). I w ten sposób niszczycielska moc rozkładania i rozprzęgania zostaje podporządkowana najwznioślejszym działaniom życia”. Ziarno musi obumrzeć, aby mogło rozpocząć życie prawdziwe, życie dla innych. Warto zauważyć, że to ziarno całkowicie nie zanika, ale przyjmuje nową, przemienioną i zwielokrotnioną formę bytowania. Ono żyje dalej w postaci życiodajnego kłosa. W tym obrazie Jezus z Galilei pięknie przedstawił sens własnej śmierci, w której chrześcijanin dostrzega swoją drogę przeobrażenia. W doświadczeniu śmierci Jezus Chrystus przeszedł w nową formę istnienia. Formę nowego Adama, która całemu stworzeniu zapewnia życie. Chrystus uśmiercony, to Chrystus dający życie.

Ziarno nie obumiera dlatego, że jest winne. Ono umiera, aby na zawsze nie pozostać samym; umiera, aby stać się kłosem; umiera z konieczności rośnięcia i przemiany; umiera, ponieważ nie można być jednocześnie ziarnem i kłosem, i dlatego trzeba koniecznie przejść z jednego w drugie. Dlatego Jezus Chrystus decyduje się na śmierć. Przechodzi przez nią, aby wejść w nowy kształt egzystencji, w której wszystko ulega przeobrażeniu. Wszystko, to znaczy człowiek, który w dniu chwały Chrystusa nie ujrzy już więcej śmierci, ale też cały kosmos, ponieważ nastanie nowe niebo i nowa ziemia.

W obrazie przemienionego Chrystusa można odnaleźć sensowną konieczność umierania, aby stać się tym, czym powinno się być, i co symbolizuje śmierć ziarna. „Kto miłuje życie swoje, utraci je, a kto nienawidzi życia swego na tym świecie, zachowa je ku żywotowi wiecznemu (J 12,25). Człowiek musi umrzeć, aby niczym ziarno osiągnąć zdumiewającą formę bytowania.

Śmierć definitywnie kończy życie grzesznika, egoisty, umożliwiając człowiekowi otwarcie się na miłość. Wyzbycie się własnego „ja” prowadzi człowieka do społeczności w Bogu z całym kosmosem, nawet w wymiarze biologicznym, skoro poszczególne atomy ludzkiego ciała istnieją dalej w innych stworzeniach. Jeżeli śmierć doświadczana jest przez ludzi jako zerwanie wszelkich więzów, to wszystko, co służy ich wzmocnieniu, jest przejawem prawdziwego życia. Wtedy proces wyzbycia się siebie, proces umierania, w którym dopełnia się sens życia, odkrywa przed nami jaką nicością jest ludzki egoizm i samouwielbienie, pragnienie zachowania życia za wszelką cenę.

Śmierć nie wtrąca w ontologiczną pustkę, ani w tryby Bożej „świętej inkwizycji”, której jedynym pragnieniem jest karanie. Nie ma też takiej mocy, która mogłaby anulować stwórczy akt Boga. Odwracając się od Boga, człowiek może opowiedzieć się za nicością, nie zmienia to jednak podstawowego Bożego wezwania, zapisanego w akcie stworzenia, aby człowiek uczestniczył w życiu Boga. Człowiek musi zostać wyniszczony przez śmierć, nie dlatego, że jest winny, chociaż przed Bogiem jest winny, ale w tym celu, aby otworzyć się na pełnię życia w Bogu i wreszcie dać siebie innym, wręcz całemu stworzeniu. Być może więc obraz ziarna, które obumiera dla zwielokrotnienia życia, jest również odpowiedzią na moralne dylematy chrześcijan, związane z szybko rozwijającą się transplantologią? To prawda, że ziarno, które przez obumarcie daje życie, ma przed sobą straszną drogę umierania, ale w wypadku człowieka właśnie sprawia, że śmierć jest przeżywana, jako destrukcyjna siła pozbawiona sensu.

Personalny wymiar śmierci

W dramacie ziarna, przezwyciężającego w śmierci jedyność swego istnienia oraz brak otwartości, jest jeszcze coś ważnego. Otóż ziarno musi ten proces przejść samo. Chociaż można do ostatka ludzkich możliwości wspomagać umierającego w jego agonii, nadchodzi moment, gdy dalszą drogę przemiany przebywa już sam umierający. Lęk przed samotnością w umieraniu, być może jest lękiem grzesznika, który całe życie pragnie przeżyć sam dla siebie i właśnie w chwili, gdy nie z własnego wyboru musi pozostać sam, boi się konsekwencji swojego pragnienia?

Dla bogacza z przypowieści Jezusa, który całe życie był zamknięty dla świata, po śmierci nie ma już możliwości jakiejkolwiek komunii. Nie ma ulgi, nie ma znikąd pomocy. Byłeś sam, jesteś sam. Dla egoistycznego człowieka samotność umierania jest największym piekłem i karą. Dlatego człowiek, chociaż od urodzenia jest już dość stary, aby umrzeć, jednak w chwili śmierci boi się jej, ponieważ boi się osobistego spotkania z Bogiem. On sam i święty Bóg.

Człowiek bezbożny boi się spotkania z prawdą o samym sobie. Takiego spotkania żaden z żyjących nie jest w stanie sobie wyobrazić. Zawodzą wszelkie porównania i przeczucia. Przed Bogiem człowiek stanie wraz z dziejami swojego życia. W obliczu Boga każdy pojmie kim był a kim mógł być. To spotkanie, odsłaniające prawdę o egoizmie, dotyczy każdego człowieka z osobna. Każdy musi umrzeć sam, jako konkretny byt osobowy. Do istoty sądu należy wgląd w prawdę o własnym życiu. W godzinie sądu ujawnia się w pełni sens miłości i oddania się innym. Człowiek stanie wtedy jakby w obliczu żniwa swojego życia.

W tej perspektywie osobistego spotkania z Bogiem jest jednak coś radosnego. Otóż charakterystycznym rysem nowotestamentowej teologii sądu jest zapowiedź, że sędzią jest Jezus Chrystus. To znaczy, że dzieje świata zmierzają ostatecznie do pełni Królestwa Bożego. To nadaje śmierci pogodny ton nadziei i zaufania. Bóg jest Bogiem wiernym i miłującym człowieka. Skoro sędzią jest Chrystus, przeto słowo „sąd” staje się nośnikiem nadziei.

Według rozwiniętej przez Ladislausa Borosa hipotezy „ostatecznej decyzji”, dopiero śmierć jest w pełni pierwszym rzeczywiście osobowym aktem człowieka. Umierając, człowiek staje pierwszy raz osobiście przed Chrystusem, wyzwolony z cielesności ograniczającej jego świadomość i decyzje. Dopiero wtedy może podjąć najbardziej podstawową decyzję swego życia: za Bogiem, czy przeciwko Bogu. Refleksje Borosa prowadzą do wniosku, że śmierć nie jest biernym doznaniem człowieka, ale osobowym czynem umierającego. Na ogół śmierć kojarzy się z biernością, w czym upatruje się podobieństwa do momentu narodzenia człowieka. Po pierwsze nie jesteśmy w stanie zweryfikować, co naprawdę dzieje się w chwili śmierci, od strony fizycznej zdani jesteśmy przecież jedynie na oznaki agonii. Zresztą medycyna coraz częściej przyznaje, że śmierć jest dłuższym procesem. Po drugie nie wolno zapomnieć, ze na dobrą sprawę właśnie aktywna wola życia u noworodka jest niezbędnym warunkiem powodzenia wysiłków jego mamy. Być może więc śmierć rzeczywiście ma w sobie coś z tajemnicy osobowego i świadomego aktu ludzkiej osoby?

Metafizyka pozwala zobaczyć więcej. Powyżej już nie raz przyrównano śmierć do przejścia z jednej, starej formy bytowania, w drugą, nową formę. Trudno jednak mówić, że jest to proces właściwy jedynie śmierci empirycznej. Jak umieranie nie sprowadza się do momentu śmierci klinicznej, tak to przejście nie rozpoczyna się dopiero z chwilą śmierci biologicznej. Metafizyczna przesieka dosięga człowieka wcześniej. Już Chrzest wszczepia człowieka w tajemnicę śmierci Chrystusa. Prócz tego Chrzest jest ustawicznym wezwaniem do umierania temu wszystkiemu, co jest egoistyczne. Ochrzczony może powiedzieć, że w pewnym sensie śmierć jest już za nim. Śmierć zostaje w tyle, związana z czasem i przemijaniem.

Chrzest najlepiej pokazuje, co można rozumieć przez stwierdzenie, że śmierć jest pierwszym osobowym aktem człowieka. Śmierć jest przejściem możliwym wyłącznie dzięki Chrystusowi. Ów proces rozpoczyna się z chwilą Chrztu i zawsze dotyczy konkretnego człowieka. Dlatego, jak umieranie z Chrystusem jest wielką tajemnicą miłości, zwyciężającej egoizm, tak faktyczna śmierć, związana z rozkładem materii, jest wielką tajemnicą miłości przeobrażającej wszechświat. Już za życia każdy akt człowieka, bez względu na to, czy jest w pełni świadomy i wolny, czy nie, a zmierzający do wyzbycia się własnego „ja”, jest krokiem ku śmierci przynoszącej życie.