Wrz 28

Chleb żywota

Marek Uglorz | Mądrość życia | 28.09.2010 |

[nggallery id=77]

Ojcze nasz, któryś jest w niebie (…)

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” (Mt 6,9-11).

Ja jestem chle­bem żywym,

który z nieba zstąpił;

jeśli kto spożywać będzie ten chleb,

żyć będzie na wieki;

a chleb, który Ja dam, to ciało moje,

które Ja oddam za żywot świata” (J 6,51)

Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, kiedy pojawiło się pieczywo, niemniej na temat miejsca, gdzie to się stało, można już snuć pewne domysły. Na początku prawdopodobnie było „przypadkowe” odkrycie, że kleistą papkę, pierwotną formę pokarmu zbożowego, która powstawała po wymieszaniu rozdrobnionych ziaren z wodą, można spożywać także wtedy, gdy wyschnie, a nawet wysuszy się w słońcu czy też na kamieniach, rozgrzanych naj­pierw promieniami słonecznymi, a później z pomocą ognia. Pożytki z tego odkrycia musiały być jasne od samego początku – wysuszoną bryję można jeść także i wtedy, gdy nie ma czasu na przygotowanie posił­ku.

Społeczności zbierackie pozyskiwały spore ilości ziarna i innych produktów roślinnych, które można było spożyć bezpośrednio, nieprze­tworzone, albo poddać je najprostszej obróbce. Trudno sobie wyobra­zić, co wyzwalało potrzeby poszukiwania nowych form posiłków, bo raczej na pew­no nie były to potrzeby estetyczne czy smakowe. Być może jakiś udział w przemianach odegrał przypadek, a może też obserwacja kło­potów trawiennych?

Ziarna różnych gatunków traw i roślin strączkowych przetwarzano najprostszymi metodami: susząc, tłukąc, mieląc, mocząc. Ceniono je jed­nak na tyle, że niekiedy oczyszczone, zwilżone i podprażone ziarna zbożo­we pojawiały się wśród darów ofiarnych. Tak właśnie przedstawiała się nie­wyszukana potrawa, jaką była starogrecka i rzymska „maza”, ciasto z mąki jęczmiennej. Aby ją otrzymać, mąkę mieszano z wodą, winem lub masłem i jedzono ją, nie piekąc, tak, że pokarm miał postać kisielu lub rosołu. Podobną potrawą była polewka, znana pod nazwą „cremor”, jaką jadano w Cesarstwie Rzymskim. Powstawała z potłuczonego ziaren pszenicy, które gotowano w mleku aż do uzyskaniu gęstej masy. Pozostałościami tych archaicznych zbożowych posiłków są różno­rakie „polewki zbożowe”, z których część miała jeszcze niedawno sensy ob­rzędowe. Należą do nich: żur z zakwaszonej mąki, siemieniec, siemieniucha (rzadka kasza owsiana podawana na wieczerzę wigilijną), sama kasza (dawniej obowiązkowo podawana na Wigilię i wesela).

Na początku pracowicie zbierano ziarna różnych ga­tunków traw rosnących dziko. Dopiero o wiele później nauczono się wykorzy­stywać ziarna roślin uprawnych. Z punktu widzenia współ­czesności najważniejsza odmiana – pszenica chlebowa – jest nową, wyhodowaną przez człowieka rośliną. Pojawiła się stosunkowo późno i najprawdopodobniej wywodzi się z obszaru północno-zachodniego Iranu, trochę na po­łudnie od Morza Kaspijskiego. Stało się to prawdopodobnie pod koniec II tysiąclecia p.n.e. Wcześniej znano już stopniowo uszlachetniane inne gatunki, które wywodzą się z  pszenicy płaskurki. Najwcześniejsze dowody jej uprawy pochodzą z Syrii i Turcji, niewiele po 8000 r. p.n.e. Rozprzestrzeniła się szybko w uprawach na Dalekim Wschodzie ok. 6000 r. p.n.e. Jej ślady odnaleziono też na południu Francji i pochodzą one z ok. 5500 r. p.n.e. Uszlachetniona odmiana pszenicy znana była także w Egipcie faraonów. Rosła również w niektórych rejonach Grecji. Oprócz niej w okresie prehistorycznym przez pewien czas wykorzystywano jeszcze liczne odmiany pszenicy twardej.

Z czasem, chleb z miękkim miękiszem, czyli pieczywo fermentowane i odpowiednio wypiekane, zdominował żywieniowe upodobania mniej więcej połowy ludzkiej populacji.. Zdecydowała dostępność ziarna z wysokobiałkowych odmian zbóż, niezbędnego do produkcji „puszystego” chleba uszlachetnio­nego. Zawierają one gluten, który jest nieodzowny, aby ciasto dobrze wyrastało. Pieczywo plackowe można natomiast piec z każdej mąki, nawet tej pochodzącej ze zbóż nie chlebowych, takich jak jęczmień, owies, proso, ale przede wszystkim star­szych odmian, czyli na przykład orkiszu.

Z całą pewnością w­pierw pojawiło się pieczywo plackowe. Archeolodzy są skłonni ulokować początki wypieków w młodszej epoce kamienia, czyli ok. 12 tyś. lat temu, kiedy to nasi odlegli praprzodkowie mieli wypiekać placki, na które ciasto przygotowywano z grubej śruty, uzyskanej z pokruszonego ziarna. Prymitywne narzędzia do mielenia sprawiały, że „mąka” zawierała dużo całych ziaren, otrąb, a nawet kawałki słomy. Zarabiano ją wodą i kładziono na rozgrzane kamienie, przysypując placki gorącym popiołem.

Udoskonaleniem pierwotnego pomysłu były pierwsze formy pod­płomyków, ciasta pieczonego w popiele i odpowiednio już przygotowa­nego. Były to placki również z pierwszych udomowionych zbóż, przede wszystkim z jęczmienia z dodatkiem szlachetniejszej i bogatej w gluten pszenicy. W archeologicznych odkrywkach znaleziono także bardziej lu­ksusowe placki pieczone z samej pszenicy, często obsypane makiem. Trudno powiedzieć, czy były to wykwintne ciastka przeznaczone dla naj­ważniejszych postaci plemienia, czy też miały jakieś inne jeszcze zasto­sowania. Mak ma przecież do dziś wyraźnie rytualny sens. Można zakładać, że pierwotne podpłomyki były robione podobnie, jak później w śred­niowieczu. Czyli wpierw surowe ciasto zanurzano w gorącej wodzie, potem owijano je w świeże liście, na przykład w liście winorośli, i kładziono w gorący popiół. Te neolityczne podpłomyki, czy też pochodzące z epoki brązu, miały bombiasty kształt, gdyż mocno przyciskano je do rozpalonych, okrągłych kamieni, by jak największą powierzchnią przylegały do żaru. Najprostsze techniki wypieku na rozgrzanych kamieniach, z wykorzystaniem kukurydzy, jęczmienia, prosa i gryki, spotyka się do dziś w wielu uboższych krajach Afryki, Azji, Ameryki Południowej.

Współcześnie różne odmiany chleba plackowego jada przynajmniej połowa ludności. Wypiekany bywa z mąki z różnych zbóż, a nawet i roślin strączkowych. Przybiera najrozmaitsze formy – bywa okrągły lub owal­ny, grubość odmian waha się od 0,2 do 3 cm, wielkość od 20 cm średni­cy do l m. Popularność tego pieczywa wynika stąd, że ciasto można zrobić nawet z kiepskiego ziarna, poprzerastanego czy uszkodzonego. W przeci­wieństwie do chleba z grubym miękiszem, który wymaga dobrego glutenu, niezbędnego dla osiągnięcia efektu pulchności, placki uda­ją się z mąki z roślin nie chlebowych, praktycznie pozbawionej tego składni­ka – z jęczmienia, kukurydzy, prosa, ryżu, sorgo. Ciasto na placki poddane jest jedynie bardzo krótkiej fermentacji albo w ogóle nie jest kwaszone. Przygotowuje się je krótko, a wysoka temperatura stosowana do wypieku cienkich płatów ciasta gwarantuje szybki rezultat.

Wypiekanie placków ma liczne mankamenty. Jednym, być może niezbyt istotnym z punktu widzenia dawnych konsumentów, jest to, że ciasto bardzo często ulega zanieczyszczeniu, ponieważ popiół czy węgle przy­wierają do kleistego ciasta. Jednak znacznie większym problemem jest to, że zaraz po wystygnięciu placki robią się twarde jak kamienie, tak, że nawet moczenie ich w wodzie nie ułatwia jedzenia. Z czasem te problemy, związane z wypiekiem chleba, musiały zostać roz­wiązane. Ludzie nauczyli się zatem oddzielać miejsce wypieku od ciasta, a przede wszystkim kontrolować wypiek w taki sposób, aby ciasto traciło jak najmniej wilgoci. Dlatego bez wątpienia przełomowym wynalazkiem – oczywiście nie wiadomo przez kogo, gdzie i w jakich okolicznościach dokonanym – było skonstruowanie pieca. O tym, jak wyglądał piec, mówią dawne ilustracje, można też znaleźć w świecie miejsca, gdzie piece, wciąż stosowane do wypieku, mają bardzo archaiczny charakter. Kluczowe zapewne było spostrzeżenie, że przykrycie swoistego rodzaju kloszem, czy po prostu odwróconym naczyniem, chroni przed zanieczyszczeniem ciasta. Dzięki temu ciasto pozostawało też pulchne, jakby wilgotne i łatwiejsze do zje­dzenia. Było to efektem ograniczenia parowania wilgoci z ciasta w trakcie wypieku.

Na Bliskim Wschodzie jeszcze przed naszą erą pojawiły się piece, w których wypiekano placki. Te same rozwiązania technologiczne opisują badacze na dzisiejszej wsi syryjskiej. Są to gliniane kopulaste konstrukcje ot­warte od góry. Wypiek polega na tym, że do ścian nagrzanego pieca przy­kleja się placki grubości 2-3 cm i średnicy 30-40 cm. Umieszcza się je gęsto, żeby jak najwięcej zmieściło się od razu. Gdy piec jest dokładnie obklejony plackami, górny otwór pieca przykrywa się blachą. Wypiek trwa ledwie kil­ka minut i już można wyjmować placki, przypominające suchary. Jeden wypiek powinien wystarczyć na kilka dni dla 5-7 osób. Jeśli czasem coś się nie udaje, a najczęściej chleb po prostu odpada od ściany pieca przed końcem wypieku, wtedy – podobnie jest w Europie – znaleźć trzeba winnego, a więc złe oko sąsiadki; złe duchy, które się zagnieździły w piecu; zły charakter czy usposobienie gospodyni.

Na podstawie odnalezionych przez  archeologów szczątków dawnych osad i rekonstrukcji ich wyposażenia można zakładać, że chleb z miękkim miękiszem pojawił się w Starym Świecie ok. 6000 lat p.n.e.  Najstarsze szczątki prymitywnych pieców chlebowych odkryto na terenach starożytnego Bliskiego Wschodu, co nie dziwi zarówno z uwagi na pierwszeństwo tych ziem w wielu procesach cywilizacyjnych, jak i na sprzyjające warunki do uprawy róż­nych odmian zbóż chlebowych. Oczywiście trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że uzyskiwane w tych najstarszych piecach pieczywo zapewne z trudem dziś zakwalifikowalibyśmy jako chleb, a może nawet jako coś, co nadaje się do spożycia, bo było twarde, suche, płaskie, z grubo potłuczo­nego ziarna z otrębami.

Odkrycie procesu fermentacji ciasta zapewne było przypadkowe. Można wręcz podejrzewać, że wzbudziło więcej niepokojów niż nadziei. Fermentacja rozpoczyna się poniekąd samoczynnie – wystarczy przecież, żeby ciasto, mieszanka mąki i wody, znalazło się w sprzyjających warunkach, zwłaszcza w cieple, aby składniki organiczne poddane zostały powolnemu rozkłado­wi. Wywołują go rozmaite bakterie i grzyby, znajdujące się w ziarnie, licz­nych zanieczyszczeniach, a nawet wodzie. W efekcie na powierzchni ciasta zobaczyć można pojawiające się bąble, które pękając, wydają chara­kterystyczny zapach. Może to być na przykład kwas mlekowy, który nada­je przyjemny aromat, jaki ma chleb wypiekany w warunkach domowych bez użycia drożdży. Gazy w cieście rozpulchniają je, powodując powstanie szczególnego rodzaju gąbczastej struktury upieczonego chleba.

Spostrzeżenie, że ciasto zaczyna się wydymać, buzować, wydawać z siebie nieznany wcześniej zapach i dalej stopniowo zmieniać konsy­stencję, nie musiało wcale zostać przyjęte entuzjastycznie. Przeciwnie, zobaczono przecież w tym symptom dokonującego się rozpadu i gnicia. Była to sytuacja niepokojąca, a może nawet przerażająca, wszak gnicie jest sygnałem śmierci, rytualnej nieczystości, której należało się zdecy­dowanie wystrzegać. Jak zjeść coś, co ma tak dwuznaczny status, jak cie­szyć się spożywaniem chleba, w którego powstawaniu uczestniczyły siły powodujące rozpad, zniszczenie, gnicie, butwienie? W myśleniu magicz­nym i religijnym ten dwuznaczny status ciasta zakwaszonego został utrwalony na dobre, i to w wielu odległych nawet kulturach.

Nie tylko odkrycie fermentacji, ale również wypracowanie sposobów kontrolowania tego procesu było ważne dla ewolucji formy chleba. Trudno powiedzieć, kiedy się to stało – zapewne zakwasem po­sługiwano się już w epoce brązu (od początku II tysiąclecia do połowy I tysiąclecia p.n.e.). Na pewno używano zakwasu w kuchni faraonów, choć dopracowano się tam także sposobów efektywniejszych, zwłaszcza wtedy, gdy w wypieku piekarz miał do dyspozycji ziarno zbóż nie chlebowych, z trudem fermentujących i często kiepskiej jakości. W takiej sytuacji lepiej sprawdzały się drożdże piwne (w postaci słodu z piwa) bądź winne (ciasto zanurzano wtedy w fermentującym, młodym winie). Informacje o fermentacji, inicjowanej zaczynem bądź drożdżami piwnymi można znaleźć w pochodzącym z XVIII w. p.n.e. Ko­deksie Hammurabiego. Do prowadzenia fermentacji używano często osa­du, który powstaje podczas fermentowania wina czy piwa.

Drożdże (gatu­nek grzyba) nie były jedynym środkiem do wywołania fermentacji. Wystarczyła bowiem prosta obser­wacja, iż odrobina zakwaszonego ciasta działa tak samo, jak drożdże. Przy tym jest to środek łatwiej dostępny, tyle że działa znacznie wolniej. Potrzeba bowiem około 8-10 godzin, aby ciasto z takim dodatkiem „ruszyło w górę”. Wykorzystanie wszystkich możliwości, jakie daje kontrolowana fermentacja, czyli osiągnięcie pulchnego chleba o gąbczastej strukturze, nie wysychającego, o dodatkowych walo­rach smakowych, wymagało też wypracowania odpowiednich warun­ków prowadzenia wypieku. Ważne było podtrzymywanie w miarę stałej temperatury, ochrona przed przeciągami, zapewnienie dopływu powietrza i zapobieganie zbyt intensywnemu oddawaniu przez ciasto wilgoci. Do tego potrzebny był odpowiednio skonstruowany i wy­posażony piec piekarniczy.

Rozwiązaniem okazał się piec kopułowy, którego konstrukcja opar­ta była na wcześniejszych doświadczeniach wyniesionych z pieczenia pod przykryciem. Usprawnienie wypieku wymagało przygotowania bardziej trwałych konstrukcji. Sądzi się, że pomysł zbudowania pieca, w którym na trwale zamontowany byłby powiększany stale gliniany klosz, zawdzięczamy inwencji Rzymian. Trudno w tym przypadku o jednoznaczne rozstrzyg­nięcie, bo archeolodzy odnajdują podobne formy w wykopaliskach pro­wadzonych na Bliskim Wschodzie. Niektórzy bada­cze skłonni są doszukiwać się prymitywnych form pieca piekarskiego także na ziemiach słowiańskich w II tysiącleciu p.n.e., choć chyba bar­dziej prawdopodobna jest hipoteza, podparta wiedzą na te­mat poszerzenia się zasięgu zbierania, a potem uprawy zbóż, że stało się to w I wieku n.e.

Pieczywo, najbardziej powszechny z pokarmów znanych wszystkim kulturom, ma w nich szczególny status. Jest pokarmem uświęconym, wpi­sanym w porządek sacrum, jednym z tych szczególnych dobrodziejstw, któ­re mogą być wykorzystane w kontaktach ze świętością, z Bogiem. Rzecz jasna, nie dotyczy to każdego z wypieków, lecz tylko te chleby, które spełniają bardzo precyzyjnie wyznaczone w da­nej kulturze warunki.

Chleb jest pokarmem, który moż­na złożyć w ofierze, ale wcześniej jest przecież także darem od bogów, którym można okazać wdzięczność i podziękować za pomyślność, stąd zawsze otoczony był niezwykłym szacunkiem. Chleb jest pokarmem świętym i służącym do kontaktowania się z sacrum. Świętość chleba gwarantuje życie, zaś brak należytego szacunku musi spowodować karę i komplikacje w losie człowieka. Jeszcze dziś w wielu domach, bochen świeżego chleba przed ukrojeniem pierwszej „skibki” (niczym skiba na ornym polu) bywa znaczony znakiem krzyża, a jeśli kawałek z niego spada na podłogę, zanim zostanie zjedzony z szacunkiem bywa ucałowany.

Żeby te wyobrażenia i działania zrozumieć, warto przypomnieć kilka przykładów. Jeden z mitów babilońskich z około II tysiąclecie p.n.e. opowia­dał o mędrcu Adapa, który miał być poczęstowany przez boga nieba Anu „chlebem i wodą życia”. Wmieszał się w to jednak Ea, bóg oceanu i wód słodkich (także patron mądrości i magii), i zwiódł mędrca, rzucając podej­rzenie, że w tej propozycji kryje się pułapka. Adapa odmówił, obawiając się, że otrzyma wodę i chleb śmierci. Tak wyjaśnia się tajemnica śmiertelności – nadmierną podejrzliwością i odmową przyjęcia boskiego daru życia. Z ko­lei w sumeryjskim „Gilgameszu”, jednym z najstarszych eposów świata (XXIV w. p.n.e.), mówi się o chlebie kilka razy. Kiedy w opowieści pojawia się pierwszy raz, spełnia funkcję ważną i ciekawą – zjedzenie chleba jest bowiem warunkiem, aby dziwny, dziki stwór, zrobiony z gliny, stal się człowie­kiem. Zjedzenie chleba jest w tych przekazach warunkiem niezbędnym, by ktoś stał się człowiekiem. Oto na przykład dziwny, kudłaty stwór, który należał jeszcze do porządku natury, był dziką częścią świata zwierzęcego, po zjedzeniu chleba przedzierzgnął się w kogoś zupełnie innego. Wyzbył się zwierzęcej sierści, zadbał o higienę, a zwierzęta zaczęły od niego uciekać, traktując go jak obcego.

Połączenie chleba i człowieczeństwa znaleźć można  także w Biblii. Oto bowiem, gdy pierwsi ludzie zła­mali zakaz i spożyli owoc z drzewa poznania dobra i zła, Bóg wygnał ich z ogrodu Eden. Ten moment graniczny, kiedy po nierozważnej konsumpcji dostrzegli swoją nagość (a więc zobaczyli różnicę, odkryli kobiecość i mę­skość), jest bardzo interesujący. Ludzie wpierw do­strzegli swoją nagość, chwilę potem przykryli ją liśćmi figowymi. Później wy­darzenia toczą się już niezwykle szybko a każdy epizod ma ogromne znaczenie.  Wstydzący się płciowości, ludzie otrzymują od Boga przyodziewek ze zwierzęcych skór. Wcześniej słyszą brzemienne w skutki słowa, oznajmiające, czym odtąd będzie życie człowieka i jak dalece będzie odmienne od bytowania w Edenie. „Do kobiety zaś rzekł: Pomnożę dolegliwości brzemienności twojej, w bólach będziesz rodziła dzieci, mimo to ku mężowi twemu pociągać cię będą pragnienia twoje, on zaś będzie panował nad tobą. A do Adama rzekł: Ponieważ usłuchałeś głosu żony swojej i jadłeś z drzewa, z którego ci zabroniłem, mówiąc: Nie wolno ci jeść z niego, prze­klęta niech będzie ziemia z powodu ciebie! W mozole żywić się będziesz z niej po wszystkie dni życia swego! Ciernie i osty rodzić ci będzie i żywić się będziesz zielem polnym. W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb, aż wrócisz do ziemi, z której powstałeś” (Rdz 3, 16-19).

[nggallery id=78]

Chleb pojawia się w momencie przełomowym: coś zostanie za­kończone i utracone na zawsze, a coś innego dopiero się rozpocznie. Trze­ba przekroczyć granicę dwóch etapów losu człowieka. I to jest rzeczy­wista granica: po jednej stronie jest ogród, w którym można było żywić się tym, co samo się rodziło, po drugiej stronie jest mozół pracy, łzy i ból tworzenia chleba, a więc w pełnym tego słowa znaczeniu ludzka kultura. Można powiedzieć, że owoc z drzewa poznania dobra i zła otwiera oczy. W jednej chwili ludzie dostrzegają swoją odmienność, odrębność, seksual­ność. Zresztą to zróżnicowanie dotyka nie tylko ludzi, skoro to samo dzieje się ze zwie­rzętami, które odtąd się rozmnażają, wzajemnie zabijają i pożerają.

Konflikt, różnice i sprze­czności są więc istotą świata po drugiej stronie bramy. Zaczyna płynąć czas, a świat zmienia się odtąd dzięki różnicom, a właściwie biegunom, pomiędzy którymi jakby przeskakiwała iskra. Jest już kobieta i mężczyzna w swojej seksualności. Jest początek i ko­niec. Są różne procesy: narodziny, dorastanie, starzenie się, choroba i cierpienie. Musi też być śmierć. Nie ma już nieograniczonego dostępu do pokarmu. Mężczyzna w pocie czoła ma uprawiać ziemię (takie jest też pochodzenie słowa „kultura”, które w łacinie znaczy „uprawę”, „kształ­cenie”), która rodzić mu będzie ziele polne, a z niego robić będzie chleb, z trudem zdobywany posiłek. Przekroczenie granicy ogrodu zmienia wszystko. Odtąd przyroda nie odda człowiekowi niczego bez zaangażowania i ciężkiej pracy. Wszystkim rządzi czas, oznaczający przemijanie, destrukcję, cierpienie.

Chleb jest więc znakiem albo czynnikiem sprawczym najważniejszej i najgłębszej przemiany. Przecież w „Gilgameszu” zjedzenie chleba, człowiekiem czyni dzikiego stwora. W Starym Testamencie uprawa ziemi i pieczenie chleba okazuje się być także czło­wieczą powinnością. Nawet w bajkach, wśród prób inicjacyjnych, często pojawia się nakaz, aby człowiek udowodnił, iż posiadł umiejętność wykonywania chleba. Jego obec­ność czy zjedzenie nie tylko poświadcza przemianę, ale w ogóle jest wa­runkiem jej zajścia.

W różnych kulturach i religiach można znaleźć wiele odmien­nych wyjaśnień tego szczególnego znaczenia, przypisanego pieczywu. Róż­ne formy pieczywa mogą też spełniać wielorakie funkcje rytualne i obrzę­dowe. Wyjaśnienie, dlaczego to właśnie chleb, jako atrybut człowieczeństwa, może być potraktowany jako element niezbędny, by dokonała się przemiana tego, co należy do świata nieludz­kiego, w to, co ludzkie, wymaga powrotu do wyobraźni archaicznej. Warto podjąć wyprawę w krainę kultury magicznej, ponieważ to jest świat fascynujący i odległy historycznie, a tym bardziej fascynujące bywa odkrycie, że nie zawsze bywa on aż tak egzotyczny, jak nam się wyda­je. Wiele ze struktur wyobraźni mitycznej wciąż jeszcze jest do odnale­zienia we współczesnych zachowaniach. Te relikty znaczą dziś coś innego niż wtedy, gdy stanowiły część żywej, spójnej kultury, niemniej stano­wią nasze dziedzictwo. Choć jesteśmy inni, to nie możemy przecież zapom­nieć o źródłach, o ówczesnych uzasadnieniach dla gestów, zachowań i prze­świadczeń, które hołubimy, nie zawsze wiedząc dlaczego.

Zasadę, na mocy której chleb spełnia tak ważne funkcje: wyznacznika człowieczeństwa i ofiary składanej bogom, zrekonstruować można na podstawie analiz obrzędów przejścia, jakie znane są w kulturach całego świata. Warto poświęcić im nieco uwagi, bo wydaje się, że wiele spraw w dawnych sposobach traktowania chleba będzie można lepiej wyjaśnić.

Obrzędy przejścia w kulturze magicznej i później, nieco już odmienione w kulturze ludowej, obejmują wszystkie te sytuacje, kiedy należy doprowadzić do głębokiej przemiany charakteru i statusu jednostki. Ich celem jest doprowadzenie do tego, że wszyscy i wszystko, co poddane zostaje przemianie, staje się absolutnie inne. To nie jest tylko zmiana statusu społecznego, ale przekształcenie samej istoty człowieka, poddanego tym rytom. Przy okazji warto sobie uświadomić, że te same scenariusze dotyczą również czasu i przestrzeni. Widać to najlepiej na przykładzie roku obrzędowego i kościelnego. Boże Narodzenie poprzedzają bowiem specjalne przygotowania, zwane Adwentem, kiedy świat zdaje się zamierać i zanurzać w ciemności coraz dłuższej nocy, a potem nastaje Wigilia, rozpoczynająca się wraz z pierwszą gwiaz­dą, czyli sygnałem nocy. Wigilijna wieczerza także dziś jest czasem niezwykłym, rozgrywa się bowiem w przestrzeni osobliwej równości, bezkonfliktowości, kiedy nawet zwierzęta z trudem odróżniają się od ludzi – bo wszyscy rozumieją swoje języki.

I cóż na to powiemy, że także podczas tej wyjątkowej nocy pojawia się chleb na stole. Okrągły bochen chrupiącego chleba, leżący obok jabłek, orzechów i maku, a także specjalny chleb pod postacią opłatka, bez którego nie ma życzeń i przejścia w nowy czas?

Istota świętości chleba, poza tym, że traktowany jest jako Boży dar, wynika między innymi stąd, że cały proces jego przygo­towania i wypieku powtarza dokładnie ten sam obrzędowy scenariusz przekształcania rzeczywistości. Wszystkie składniki, mające własny status i znaczenie, wpierw występują osob­no: mąka, woda oraz inne dodatki. Potem wszystko miesza się i powstaje bez­kształtna masa, czyli ciasto. To znaczy, że wszystko jest wymieszane, pomieszane, jakby zepsute. Nie ma już ani mąki, ani wody, ani innych składników. I jeszcze jedna waż­na właściwość, ciasto mianowicie nie ma własnego kształtu, nie ma formy, przelewa się, wyciągnięte z dzieży rozlewa się po stole, nawet uformowane tylko przez chwilę utrzyma się w nadanej mu postaci. Nie ma swojego kształtu, co najwyżej dopasowuje się do formy. Potem dzieją się jeszcze inne ważne rzeczy, bo ciasto trafia do mrocznej czeluści pieca. A ten jest miejscem oso­bliwym, ponieważ jest miejscem ognia, niczym pustynia, pełniąca podobną rolę przestrzeni przejścia. Ogień ma niezwykłe właściwości oczyszczają­ce i przekształcające (wystarczy przypomnieć kuźnię, w której ogień poma­ga żelazu nabierać odpowiednią formę). W piecu bezkształtne ciasto zmienia się w chleb, bochenek, podpłomyk.  Piec posiada też komin, wyznaczający drogę, łączącą zewnętrzne z wewnętrznym. Gdy więc ciasto po pobycie w osobliwym miejscu, prowadzącym w zaświaty i poniekąd zaświaty przypominającym, wyłania się wyciągnięte przez piekarza, jest już czymś zupełnie innym, niż na początku były tworzące ciasto składniki.

Świętość chleba można tłumaczyć na wiele sposobów. Jest darem Boga i tym, co dzięki boskiej interwencji człowieka czyni człowiekiem: „Na to rzekł Pan do Mojżesza: Oto Ja spuszczę wam jako deszcz chleb z nieba! I wyjdzie lud, i będzie codziennie zbierał, ile mu potrzeba, …” (Wj 16,4). Jezus z Galilei, komentując to wydarzenie, powiada: „Ojcowie nasi jed­li mannę na pustyni, jak napisano: Chleb z nieba dał im, aby jedli” (J 6,31), i rozwija myśl, wskazując na to, co w czasach ewangelicznych znaczy owa manna i dar: „Ja jestem chlebem żywota” (J 6,48). Modyfikacja jest zasad­nicza – to Jezus jest darem i życiem. Nie można jednak ulec łatwym analo­giom – jest darem życia w innym wymiarze, w tym, co nadejdzie potem. Warto przytoczyć większy fragment Ewangelii Janowej: „… nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale Ojciec mój daje wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chleb Boży to Ten, który z nieba zstępuje i daje światu żywot. (…) Ja jestem chlebem żywota; kto do mnie przychodzi, nigdy łaknąć nie będzie, a kto wierzy we mnie, nigdy pragnąć nie będzie. (…) Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki, a chleb który Ja dam, to ciało moje, które ja oddam za żywot świata. (…) Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli nie będziecie jedli ciała Syna Człowieczego i pili krwi jego, nie będziecie mieli żywota w sobie. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, ten ma żywot wieczny, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Albowiem ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, we mnie mieszka, a Ja w nim” (J 6, 32. 35. 51-56).

Dla nowożytnej i współczesnej Europy znaczenie podstawowe mają tradycje ukształtowane w judaizmie, a potem w chrześcijaństwie. Z bogatych tradycji kultowego, ofiarnego traktowania chleba w ju­daizmie wystarczy przytoczyć kilka barwnych przykładów. Gdy Aaron miał poświęcić synów na kapłanów, otrzymał od Boga szczegółowe zalecenia, jakie stać się miały wzorem dla wszystkich, którzy przechodzić mieli przez rytualne namaszczenie do funkcji kapłańskich: „…Weźmiesz jednego młodego cielca i dwa barany bez skazy, i niekwaszony chleb, i niekwaszone placki zaczynione na oliwie, i niekwaszone opłatki namaszczone oliwą. Zrobisz je z najprzed­niejszej mąki pszennej” (Wj 29,1-2). Innym przykładem jest 12 chlebów pokładnych składanych Jahwe w ofierze w Namiocie Spotkania i Świątyni. Były one zmieniane w każdy sabat (Kpł 24,5-8).  Pomiędzy żydowskimi świętami, w których chleb odgrywa szczególną rolę, koniecznie trzeba przypomnieć Paschę, święto obchodzone na pamiątkę wyjścia z Egiptu.  To przecież właśnie podczas tego święta według synoptycznej tradycji ewangelicznej odbyła się ostatnia wieczerza Jezusa z apostołami. Gdy rozgrywały się historyczne wydarzenia w Egipcie, wszystko odbywało się w pośpiechu, ponieważ była to ostatnia wieczerza spożywana w domu nie­woli. Stąd przygotowania do Paschy powinny podobnie nosić znamię pośpiechu i gotowości do wyjścia. Nawet mięso baranka ma być pieczone pośpiesznie. Należy jedynie zadbać o to, aby zwierzęciu nie złamać ani jednej kostki. Także chleb powinien być pieczo­ny w tej samej gotowości do wyjścia. Właściwie jest to maca, czyli chlebowy placek z mąki i wody. W Egipcie nie było czasu na dłuższe cele­browanie przygotowania ciasta, więc nie mogło nawet zacząć fermento­wać. Wieczerza paschalna ma być zatem skromna: maca jako dodatek do baranka, a do nich jeszcze gorzkie zioła, aby pamiętać o goryczy ży­cia w niewoli. „Nie będziesz przy niej (ofierze paschalnej) jadł zakwa­szonego ciasta przez siedem dni. Będziesz jadł przy niej przaśniki – chleb nędzy, gdyż w pośpiechu wyszedłeś z ziemi egipskiej – abyś pamiętał dzień twego wyjścia z ziemi egipskiej przez wszystkie dni twojego życia” (Pwt 16,3).

Chrześcijaństwo w zasadniczych przesłaniach odziedziczyło sym­bolikę chleba po judaizmie. To przecież chleb (a właściwie przaśny placek, skoro była Pascha) był ostatnim pokarmem, jaki spożywał Jezus z uczniami. Nie jest dziełem przypadku, że także pierwszym produk­tem spożywczym, który po zmartwychwstaniu Jezus wziął do ręki, był chleb: „A gdy zasiadł z nimi przy stole, wziąwszy chleb, pobło­gosławił i rozłamawszy, podawał im” (Łk 24,30).

Zbawienne przejście właśnie się dopełniło! Przejście nie tylko przez krainę śmierci, ale w ogóle przez ludzkie życie i ludzką historię. Ono rozpoczęło się w Betlejem, gdzie Bóg wkroczył w ludzki świat i w Jezusie Chrystusie stał się Chlebem Żywota dla wszystkich ludzi. W mocy tego pokarmu nie osiąga się jedynie celów doczesnych, ale przede wszystkim przechodzi się przez śmierć do życia i osiąga niebieską krainę wiecznego szczęścia i zbawienia.

Absolutna inność chleba, który w Betlejem zstąpił z nieba przez łono Panny Marii, polega na tym, że jest nim sam Bóg, dający siebie za życie świata i dla życia wszystkich grzeszników. W Betlejem „Dom Boży”, czyli Betel, czyli miejsce Bożego objawienia i spotkania się z człowiekiem, stało się jednocześnie „Domem Chleba”, a więc miejscem odżywienia całej ludzkości ku zbawieniu i uwiecznieniu człowieka.

Betlejem – ta nazwa małej mieściny, leżącej nieopodal Jerozolimy, w której na świat zstąpił prawdziwy Chleb Żywota, oznacza przecież „Dom Chleba”. Betlejem jest więc prawdziwą świątynią, w której ofiarę składa nie człowiek, ale w ofierze składa się Bóg w jednorodzonym Synu, a człowiek otrzymuje w darze prawdziwe życie i zbawienie. Odtąd Betel przeistacza się w Betlejem, a prawdziwa świątynia jest jedynie tam, gdzie człowiek może nasycić się Chlebem, który zstąpił z nieba, ku życiu i zbawieniu.

Nie odkrylibyśmy jednak wszystkich związków, łączących religijne przeżycia Jakuba z Betel z tymi, które stają się naszym udziałem w Betlejem, gdybyśmy przemilczeli wypowiedź diabła, którą skierował do Jezusa, poszczącego od czterdziestu dni na pustyni. Diabeł zachęcał wówczas Zbawiciela: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz kamieniowi temu, aby się stał chlebem” (Łk 4,3). Jezus mógł usłuchać dobrej rady kusiciela i w łatwy sposób zaspokoić głód, ale wówczas poniósłby klęskę jako człowiek, a więc także jako Zbawiciel. Wszak człowiek powinien najpierw dbać o Królestwo Boże i jego sprawiedliwość, a wszystko inne jest mu dodawane.

Cudowna przemiana kamienia w chleb byłaby zwróceniem się ku cielesności człowieczej egzystencji, a więc kolejnym grzechem, po którym już nic nie byłoby w stanie uratować nas od śmierci. Tymczasem, gdy człowiek żąda chleba, aby zaspokoić swoje pragnienia, Bóg w swoim Słowie obiecuje pomoc i błogosławieństwo, ale oczekuje zaufania i posłuszeństwa. Jak było w raju, tak z woli diabła miało stać się także na pustyni. Wpierw zwiódł Adama, potem przystąpił do Jezusa.

Na szczęście narodzony w Betlejem, który o samym sobie powiada: „Ja jestem chlebem żywota; kto do mnie przychodzi, nigdy łaknąć nie będzie, a kto wierzy we mnie, nigdy pragnąć nie będzie”, nie posłuchał rady kusiciela, ale zwrócił się ku Bogu i Jego Słowu. Błogosławieństwo życia przychodzi bowiem z góry od Boga, a nie z dołu od człowieka.

Jeśli teraz uważnie wczytamy się w grę słów i symboli, odkryjemy, jak zgrabną mistyfikacją posłużył się diabeł. Jego pokusa była przemyślnym kłamstwem, które z jednej strony miało odwrócić uwagę Jezusa od Boga i Jego Królestwa, ale z drugiej jednocześnie miało uśpić Jego czujność. Na pozór diabeł nie sugerował przecież niczego zdrożnego. Z kamienia miał stać się chleb. Czyż przed chwilą nie dotarło do nas, że Betel, czyli „Dom Boga”, symbolizowany kamieniem, rzeczywiście uległ zamianie w Betlejem, czyli w „Dom Chleba”?

Skoro sam Bóg zrezygnował ze świątyni, w której składano Mu ofiary, na korzyść zbawczej jadłodajni, którą w Betlejem ufundował całej ludzkości, dlaczego Jezus nie miałby zaspokoić swojego pragnienia? Oto prawdziwie po mistrzowsku zbudowane kłamstwo. Jednak Bogu, kochającemu ludzki ród, nie szło o tak prymitywną przemianę kamienia w chleb, bo służącą jedynie cielesnej stronie człowieczeństwa.

Ona rzeczywiście miała się dokonać. Zamiana kamienia w chleb, czyli w istocie rzeczy zamiana świątyni zbudowanej ludzką ręką, w której człowiek składa ofiarę Bogu, w świątynię darowaną człowiekowi przez Boga, w której grzesznik otrzymuje w darze pokarm życia wiecznego, dokonała się w Betlejem, w osobie Zbawiciela urodzonego w stajni dla zwierząt, która została wykuta w skale. Fascynująca gra symboli trwa nieustannie. W skale, czyli w kamieniu rodzi się Chleb Żywota. Jednak w betlejemskiej stajni nikt nie myśli o składaniu ofiary, ponieważ wszyscy cieszą się z darowanego zbawienia!

Z kamienia Chleb – odwieczne pragnienie ludzkości, aby spotkać się z Bogiem i otrzymać od Niego błogosławieństwo życiowej drogi oraz wejścia w krainę życia i zbawienia, spełniło się w Jezusie narodzonym z łona Dziewicy. A to znaczy, że prawdziwym Betel każdego z nas jest Dom Boży, w którym można spożywać Chleb Żywota, czyli Betlejem. Dlatego chrześcijańskie zaproszenie do Betlejem w rzeczywistości jest zaproszeniem do Stołu Pańskiego. W ten sposób można przystąpić do Boga i otrzymać od Niego błogosławieństwo życiowej drogi i zbawienia. I tak dopełnia się nasze przejście przez życie i ludzką historię. To jest na wskroś zbawienne przejście, transformacja z istoty kudłatej, dzikiej, w postać Bożego dziecka. W ten sposób w Jezusie Chrystusie stajemy się prawdziwymi ludźmi.

A łamiąc i spożywając bochen chleba, powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że w naszej dłoni znajduje się nie tylko pokarm. Chleb jest najbardziej wymownym symbolem ludzkiej kultury. Każdy kęs chleba, który rodzi się z ziemi i mozolnej pracy wielu ludzi, jest pokarmem, dzięki któremu istoty z gliny stają się ludźmi.

Spożywanie chleba uczłowiecza i uspołecznia. Świadomym tego powinien przede wszystkim być chrześcijański Kościół, który w ślad za słowami i praktyką Jezusa z Galilei, z chleba uczynił pokarm wspólnoty, upamiętniającej śmierć Chrystusa na krzyżu i wyruszającej w drogę ku nowej ojczyźnie. Dlatego Kościół, który w eucharystycznym geście (czyli w dziękczynnym) bierze w swoje dłonie chleb, jako symbol Chrystusa, nie może nie pamiętać o fundamentalnym zobowiązaniu do angażowania się w tworzenie ludzkiej kultury! Wszyscy jemy ów pokarm, zwany pokarmem nieśmiertelności, abyśmy mieli dość sił do wyruszenia w drogę i dość odwagi do przejścia przez bramę świadomości, za którą czeka nas odpowiedzialność za ludzką wspólnotę.