Sty 29

Chcę być słowem

Marek Uglorz | Mądrość życia | 29.01.2011 |

[nggallery id=110]

Gdy rozmyślam nad życiem, muszę  zadawać sobie dwa pytania: Kim jestem?; W jaki sposób mam być? Od jakiegoś czasu jestem przekonany, że powinienem być słowem. To znaczy, że użyteczność i wartość mojej egzystencji wynika z takiego związku słów i codziennego postępowania, iż w końcu nie muszę już nic mówić, ponieważ mówi moje codzienne bycie. Bycie Słowem!

Biblijnym zaczynem próby rozwinięcia tej myśli niech będzie opowiadanie o uzdrowieniu człowieka z uschłą ręką z Ewangelii wg Marka: „I wstąpił znowu do synagogi, a był tam człowiek z uschłą ręką. I podpatrywali go, czy uzdrowi do w Saba, aby go oskarżyć. Wtedy rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Wyjdź na środek. A do nich rzekł: Czy wolno w sabat dobrze czynić, czy źle czynić, życie zachować czy zabić? A oni milczeli. I spojrzał na nich z gniewem, zasmucił się z powodu zatwardziałości ich serce, i rzekł owemu człowiekowi: Wyciągnij rękę! I wyciągnął, i ręka jego wróciła do dawnego stanu. A faryzeusze, wyszedłszy zaraz, naradzali się z Herodiadami, jak by zgładzić” (Mk 3,1-6). ).

Jezus celowo i prowokacyjnie uzdrowił chorego wewnątrz synagogi, czyli w świętym miejscu, i w dzień sabatu, a zatem podczas trwania świętego czasu. Choremu polecił: „Wyjdź na środek” (Mk 3,3). Użyty w tekście greckim czasownik egheire oznacza obudź się, powstań. Jezus z Galilei podnosi człowieka i budzi go. Można wręcz powiedzieć, że wskrzesza go. Oczywiście nie z grobu, ale z więzienia przestrzeni i czasu, w który wtrąciła go judaistyczna kazuistyka. Jezus wyprowadza człowieka z wnętrza religii Księgi, gdzie mówi się za niego i decyduje oraz ustawia w środku synagogi, czyli w samym centrum przestrzeni i czasu. Jakby chciał zakomunikować, że dopiero teraz można rozmawiać o człowieku i zająć się nim. Desakralizacja przestrzeni i czasu, której dokonał Jezus z Galilei nie jest odrzuceniem religii, ale nadaniem jej nowego wymiaru. W ramach świętości przestrzeni i czasu Jezus inauguruje świętość człowieka i jego życia. Święty jest człowiek i jego relacje, a przestrzeń i czas nabierają znaczenia ze względu na zbawienie człowieka.

Przestrzeń ludzkiej egzystencji, a przede wszystkim religijnego kultu, w Nowym Testamencie została zinterpretowana chrystologicznie, poprzez wskazanie na osobę Jezusa Chrystusa. Mamy tutaj do czynienia z ideą przeniesienia przestrzeni na postać człowieka, co nie oznacza, że człowiek jest wzorem kosmosu, ale że przestrzeń zorientowana jest na człowieka; w nim osiąga swoją pełnię. Analogicznie został zinterpretowany czas ludzkiej egzystencji, a zwłaszcza czas kultu, czy też świątynnego doświadczenia obecności Boga, którzy oczyszcza człowieka z winy. W Nowym Testamencie został on przeniesiony na dzieło Jezusa Chrystusa. Czas spełnia się więc w ludzkim czynie. W tym sensie grecki chronos wypełnia się w postaci kairos:, czyli w postaci czasu łaski dla grzesznego człowieka.

Tę ideę bardzo dobrze słychać w słowach Jezusa: „I gdybyście byli zrozumieli, co to jest: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary, nie potępialibyście niewinnych” (Mt 12,7). W miejsce świątynnej ofiary wkracza miłosierdzie, w którym wypełnia się najgłębszy sens człowieczej osoby oraz egzystencji: „Bądźcie miłosierni, jak miłosierny jest Ojciec wasz” (Łk 6,36). Późniejszy wybór pierwszego dnia po sabacie, jako Dnia Pańskiego, był już tylko naturalną konsekwencją nowotestamentowej interpretacji czasu. Nie tylko ze względu na wspominanie zbawczego wydarzenia, jakim było zmartwychwstanie Jezusa, ale zapewne ze względu na wypełnienie się idei sabatu w osobie Jezusa Chrystusa, doszło do tego, że chrześcijanie wybrali pierwszy dzień tygodnia  na znak Nowego Przymierza.

Skoro Bóg stał się człowiekiem, aby w swoim Słowie zbliżyć się do człowieka, uwolnić go z ograniczeń przestrzeni i czasu, wyprostować i pomóc pójść przed siebie, tym bardziej człowiek powinien być słowem dla bliźniego (H.-G. Gadamer, Język i rozumienie, Warszawa 2003, s. 16.), ogłaszając najważniejszą wieść wszechczasów: „I przyszedłszy, zwiastował pokój wam, którzyście daleko, i pokój tym, którzy są blisko” (Ef 2,17). Ponieważ zwiastowanie pokoju jest jądrem Ewangelii, każdy chrześcijanin na podobieństwo Chrystusa powinien być słowem pokoju.

Czy człowiek może być słowem? Właśnie na tym polega chrześcijańska autentyczność. Ten sposób myślenia o człowieku swoje korzenie ma w starotestamentowym pojęciu dabar, które oznacza słowo, ale też wydarzenie, czynność. Słowo wszak jest nie tylko komunikatem, ale jest mocą sprawczą, a już zwłaszcza Słowo żywego Boga, który mocą swojej miłości, wypowiadając kolejne słowa uczynił świat i człowieka, aby wreszcie w słowie ostatecznym, którym jest słowo o pokoju zbawić grzeszników.

Być słowem – to jest trudne powołanie, ale przecież nie niemożliwe. Święty Bóg dlatego wylał Chrystusowego Ducha na wszelkie ciało, abyśmy stali się słowem dla każdego człowieka, co wyśmienicie, chociaż w obrazowy sposób, przedstawia opowiadanie o zesłaniu Ducha na Apostołów, zgromadzonych w Jerozolimie, którzy odtąd potrafią być słowem dla wszystkich ludzi, dla każdego w mowie, którą rozumie.

Jak być słowem? W poszukiwaniu odpowiedzi zauważmy fakt, który z całej Ewangelii cieszy mnie najbardziej. Otóż rozpoczynając publiczną działalność, według synoptyków Jezus z Galilei ogłosił zbawczą obecność Boga i wezwał człowieka do wiary, zaś według Jana, wraz z pierwszymi uczniami stawił się na weselu, czyli nie tylko w miejscu radości, ale wręcz przyczyniając tej radości w chwili, gdy zabrakło wina. Gdy obie tradycje ze sobą połączymy i wyciągniemy wnioski, wówczas okaże się, że bycie słowem oznacza przymnażanie radości i szczęścia oraz wzywanie do wiary samą obecnością, siłą swojego bycia, którego samoświadectwem jest  Ja jestem.

Chociaż chrześcijaństwo bierze swój początek z doświadczenia Słowa w czasie i przestrzeni, jednak istnieją sytuacje, w których słowo jest już na tyle zdewaluowane, że każdy naddatek słów równa się z porażką chrześcijaństwa. Postulat, aby człowiek sam siebie rozumiał i wyrażał deklaracją Ego eimi, jest równoznaczny z oczekiwaniem równowagi pomiędzy słowem wypowiedzianym a słowem zobrazowanym, które milczy i na podobieństwo ukrzyżowanego Słowa przemawia siłą swego bycia. Mówiąc inaczej nadszedł czas równowago pomiędzy mówieniem a milczeniem. Chrześcijaństwo jest religijnym doświadczeniem znaczeń i relacji, a nie bytów. Musimy mniej mówić o Bogu, który „jest”, a więcej o Jezusie Chrystusie, który jako symbol wprowadza w wielość znaczeń Boga i relacji. Wprowadzając w świat znaczeń i relacji w niejednej sytuacji trzeba zdobyć się na milczenie, aby naddatkiem pustej mowy nie kłamać o Bogu. Milczenie nie jest zawieszeniem mówienia, ale jest byciem ku zrozumieniu.

Nasze chrześcijańskie bycie, nasze osobiste Ja jestem, ma być byciem ku zrozumieniu! Dobrze byłoby gdyby współczesny chrześcijanin uczył się nie tylko mówić, ale i milczeć. Milczeć w zachwycie świętością i zbawieniem, a wówczas jego milczenie, wyrastające ze słowa i pomiędzy słowami (M. Heidegger, Bycie i czas, Warszawa 1994, s. 234), pokaże Boga, który chociaż często milczy, jednak mówi siłą bycia ukrzyżowanego Słowa. Współczesność sądzi, że milczenie Boga jest równoznaczne z nieistnieniem Boga. Współczesność nie rozumie milczenia i w naddatku słów konstruuje obrazy Boga, których pierwowzorem jest złoty cielec spod Synaju.

Człowiek, będący słowem, jest uspokojony i nie krzyczy. Potrafi ocenić wartość życia, pamiętając, że pomiędzy krzykiem narodzin i krzykiem śmierci życie przybiera kształt krótkiej chwili. Chwili wyjątkowej, podczas której słowo musi stać się obrazem! To słowo, które Bóg z miłością wypowiada nad każdym z nas; słowo, które jest naszym imieniem, musi stać się pełnią życia. Czymś na kształt Chrystusowego Ja jestem, przed którym padli na twarz żołnierze i słudzy arcykapłanów (J 18,1-6).

Człowiek, będący słowem, nasyca własne życie imieniem, wypowiedzianym nad nim przez Świętego Boga, aż do stanu, w którym to życie staje się świadomym i pełnym godności wyznaniem przed światem: To jestem ja. Postać człowieka, będącego słowem, jest jednocześnie znakiem i mocą. Wyrażając to inaczej można powiedzieć, że jest słowem i gestem, a więc sakramentem w teologicznym znaczeniu tego słowa. Sakrament jest bowiem tajemnicą, a człowiek jest dojrzałą osobą jedynie wówczas, gdy jego słowo znaczy tyle samo, co jego życie. Nie ma żadnego rozdzielenia i żadnej obłudy. Nic nie skrywa się pod wyglądem ani pod pozornym gestem. Pomiędzy tym, co w człowieku jest wewnętrzne i co jest jego zewnętrznością nie może być rozdźwięku.

Boże, jeśli chcesz by ton mego życia był cichuteńki. Nie szkodzi. Pomóż, żeby był czysty.