Sty 15

Jeżeli ojcem wszystkich wierzących jest Abraham, to matką kogo jest jego żona? Ależ oczywiście: śmiejących się! Sara jest biblijnym archetypem śmiejącej się istoty z krwi i kości. Czternaście rozdziałów po opisie śmiałych występów Ewy, matki wszystkich żyjących, w biblijnym opowiadaniu pojawia się kolejna kobieta, śmiejąca się Sara.
Nietrudno wyobrazić sobie, że dziewięćdziesięcioletnia kobieta, która dowiaduje się, ze zostanie matką, po prostu wybucha śmiechem. Przecież zna swój organizm, a i jej mąż do młodzieńców nie należy, ma już około 100 lat. Czyżby Abraham jeszcze mógł? A ona nagle też? „Teraz, gdy się zestarzałam, mam tej rozkoszy zażywać! I pan mój jest stary” (1 Mż 18,12).
Czy we wspomnianym opowiadaniu śmieje się jedynie ta podstarzała para? Wygląda na to, że od śmiechu trzęsie się niebo. Bóg potrafi zaskoczyć człowieka dobrym humorem! Protestuje stary Abraham, protestuje niewiele młodsza Sara. Co z tego? Kilka miesięcy po wizycie trzech tajemniczych mężów zapowiedź staje się widoczna, aż w końcu się urzeczywistnia. Rodzi się Izaak, czyli kto? „Ten, który się zaśmiał”. Gdy ze strachu przed Bogiem, w pierwszej chwili Sara wyrzekła się swojej prześmiewczej reakcji, słyszy stanowcze, Boże: „Nieprawda, śmiałaś się” (1 Mż 18,15).
Sara zaśmiała się i urodziła Izaaka, czyli śmiech. Sara jest matką śmiechu! Nie każdego i jakiegokolwiek śmiechu, ale tego, który ma związek z tym, co ludzie uznają za niemożliwe. Z tego, że ludzie uznają coś za niemożliwe, ze śmiechu trzęsie się niebo; mówiąc inaczej trzęsie się Boże łono, które tworzy, bo przecież dla Boga wszystko jest możliwe; trzęsie się wreszcie ludzkie łono. A właściwie trząść się powinno, ale często nie trzęsie się, bo należy do człowieka, który nie wierzy, że może stać się coś niemożliwego.
I w tym sensie napisałem na początku, że Sara jest matką śmiejących się. Dlatego całkiem na miejscu jest dodanie, że prawdziwy Kościół, czyli wspólnota mądrości i zbawienia, które z punktu widzenia świata są absolutnie niemożliwe, także Sarę powinna uznać za swoją mamę.
Chyba, że Kościół śmiać się nie chce? Czy chcemy się śmiać? Śmiać się z tego, że Bóg zamierza z naszego łona wydać na świat dziecię obietnicy! Czy chcemy się śmiać, bo dzięki nam to, co wydaje się niemożliwe, może się stać w ludzkiej historii? A może raczej chce się nam płakać nad naszą starością, wyschnięciem, obumarciem? Mnie się nie wydaje, ja jestem pewien, że w chrześcijaństwie są miejsca, które tak się śmieją, że aż muszą trzymać się za brzuch, ale są i takie, które tak płaczą nad sobą, że aż od łkania boli je przepona.
Błogosławiony i zdrowy śmiech zawsze jest zewnętrznym objawem dobrego humoru, czyli umiejętności dystansowania się do samego siebie. Humor, wraz ze śmiechem, jest znakiem, że nie myślę bez ustanku wyłącznie o sobie; że nie jestem skoncentrowany na ocenianiu samego siebie i konfrontowaniu się z innymi, ale przede wszystkim czynię to, co jest Boże, to znaczy angażuję się w dzieła, które uważam za dobre, bez względu na to, jak oceniają je inni. Do tego stopnia mogę być wówczas zdystansowany, że całkowicie nie przeszkadza mi prześmiewcza opinia  świata o niedorzeczności oraz niewykonalności postawionego sobie przeze mnie celu albo głupocie pomysłu.
Odwrotnie jest w wypadku ludzi smutnych, jakby stale myślących o sobie. Ze swoimi pomysłami na samych siebie nie potrafią przebić się przez mur lęku. Kieruje nimi obawa przed ocenami innych i dlatego nie mają dość sił i odwagi, aby zaangażować się w dzieła, które świat ocenia jako niedorzeczne i niemożliwe. Stąd maksyma, że świeci są uśmiech-nięci, jest jak najbardziej prawdziwe i na miejscu. Świętość bowiem nie jest efektem koncentracji na sobie, ani dobrem, wypracowanym siłą woli, czy nawet wiary. Świętość jest sposobem życia, które jest otwarte na dar; życia niespodziewanie innego od oczekiwań i ludzkich ocen; życia, będącego areną Bożej niemożliwości.
Święty jest zawsze uśmiechnięty, ponieważ nie musi się oceniać i porównywać. Wie, że żyje dzięki Bożej łasce i może realizować samego siebie, mając nadzieję szczęśliwego finału bycia i spełnienia życiowych zadań. To poczucie czyni go zdystansowanym i wolnym, chociaż nie obca jest mu pamięć, że pomiędzy grzesznikami zawsze jest największym i dlatego powinien umrzeć.
Śmiejmy się więc z własnych słabości, wiedząc o tym, że Boża moc właśnie przez nie się objawia.Śmiejmy się ze świata, który boi się i stracił wiarę w Bożą niemożliwość.

Śmiejmy się, bo dobry Bóg chce z naszego łona wydać na świat przedmiot swojej obietnicy: zbawienie wszystkich ludzi.