Kwi 22

Moja ulubiona pieśń

Marek Uglorz | Cosi o mnie | 22.04.2011 |

[nggallery id=121]

Cudowna różdżka wzrosła, gałązka bardzo mdła;

prorocka wieść doniosła, że z Isajego pnia

zakwitnął cudny kwiat w pośrodku ostrej zimy,

gdy ciemność kryła świat. ŚE 45,1

Ile mam ulubionych pieśni? Sam Bóg raczy wiedzieć. Skoro mam wskazać zaledwie jedną, muszę wybrać, kierując się nie tylko sercem. Serce podpowiada pieśń, której melodia wpadła mi przed laty w ucho i nie chce z niego wyjść, bądź taką, której słowa same przypominają się w szczególnych sytuacjach. Ale wówczas to wciąż nie byłaby ta wyjątkowa pieśń, która nie tylko pomaga żyć, ale też w jakiś sposób konstytuuje moją osobę i jest odpowiednia dla mojej duchowości, bo po dokładnym przemyśleniu jedynie taka okazuje się ulubioną.

Wybrałem więc szczególną kolędę, której w niektórych parafiach nawet się nie śpiewa. Dlaczego? Bo jest piękna? Bo ma ciekawą melodię? Bo jej słowa zaskakują? Bo wiąże się ze wspomnieniami z dzieciństwa? Zapewne dla tych wszystkich powodów, ale nie tylko. Byłbym głupi i naiwnie sam o sobie pisał, gdybym nie przyznał, że wszystkie pieśni, które nawiązują do przyrodniczych elementów ludzkiego świata i w świadectwie o zbawieniu wykorzystują roślinne symbole są mi szczególnie bliskie. Innym przykładem jest pieśń: Mów, Panie, do mnie (ŚE 684).

Ogrodnicze serce wrażliwe jest na świadectwo o cudownym kwiatku, który zakwitł w Bożym ogrodzie dla rozradowania ludzkich serc. Jednak nie to jest ów najważniejszy argument, który przeważył przy wyborze ulubionej pieśni. Nawet nie ten, że słowa o cudnym kwiatku, który jest odroślą od mesjańskiej gałązki Isajego, są śpiewane do pięknej celtyckiej melodii, na pewno nietypowej kolędowaniu w polskich kościołach i domach. Co wcale nie jest bez znaczenia dla uświadomienia sobie i polskiemu katolicyzmowi, jakim bogactwem kulturowym i religijnym mógłby się inspirować, gdyby zechciał otworzyć się na luterańską duchowość, najczęściej kojarzoną jedynie z racjonalizmem i tym upiorem współczesnej Europy, o ewangelickiej twarzy, którym w polskich szkołach straszą dzieci, a mianowicie sekularyzmem.

W kolędzie o cudownej różdżce z pnia Isajego poetycznie najpiękniejsze, ewangelicznie najtrwalsze i najbardziej po ludzku serdeczne jest to, że on zakwitł w pośrodku ostrej zimy, gdy ciemność kryła świat. Byłoby trzeba mieć serce z kamienia, by się nie wzruszyć niedolą zachwycającego kwiatka, który pośrodku ostrej zimy zaświadczył o zbliżającej się wiośnie ludzkości. Byłoby też chyba być duchowym bandytą, żeby takiej pieśni odmawiać ewangelicznej wrażliwości i próbować sobie kpić z jej empatycznej delikatności.

Czy może mnie boleć i niepokoić, że tam, gdzie właśnie rodził się Mesjasz nikt nie cierpiał z powodu mrozu i śniegu?

Cieszę się i dziękuję Panu Bogu, że moi przodkowie, tu w środku europejskich mrozów i zimowych krajobrazów, za którymi osobiście nie przepadam, zinterpretowali nowotestamentowe świadectwo o Bożym poniżeniu w Jezusie Chrystusie dla zbawienia wszystkich ludzi, w taki sposób, aby każda mama i tata, we łzach wygrzebujący w zamarzniętej ziemi dziurę, aby w niej pochować swoje dziecko, zmarłe z głodu i mrozu, mogli usłyszeć, że w bólu nie są sami. Bo w niebie płacze Ojciec, któremu pośrodku ostrej zimy ludzkiego grzechu, przyszło patrzeć na śmierć umiłowanego Syna.

Niepokoi mnie coś innego. Być może za kilkadziesiąt lat, gdy skończy się ostatnie zlodowacenie, będziemy musieli rewidować śpiewniki, bo nasze dzieci już nic nie będą wiedziały o życiu pośrodku ostrej zimy. Będziemy zmieniać teksty pieśni, które powstawały przed wiekami, pośrodku ostrej zimy, dla rozgrzewania zmarzniętych serc.

Modlę się, żeby nie nadszedł taki czas, kiedy rozgrzane słońcem serca naszych dzieci nie będą nic wiedziały o płaczu w niebie. Bo wtedy naprawdę nadejdzie ostateczne zlodowacenie. Dlatego proszę, śpiewajmy z dziećmi w domach: „Cudowna różdżka wzrosła, gałązka bardzo mdła; prorocka wieść doniosła, że i Isajego pnia zakwitnął cudny kwiat w pośrodku ostrej zimy, gdy ciemność kryła świat”.