lut 24

W codziennym życiu, precyzyjna i szczera komunikacja ułatwia relacje i umacnia związki. Umożliwiając realizację uczciwych celów, powinna być pozbawiona podtekstów, wynikać z woli wszystkich rozmówców, należy ją prowadzić z pomocą słów, adekwatnych do emocji, świadomości oraz wiedzy.

Nie wolno chować się za poglądami innych, nawet jeśli są prawdziwe, dlatego zwroty, typu: „Przecież każdy widzi, że…”, „Wielu jest zdania, że…”, są niedozwolone. Można wypowiadać się tylko we własnym imieniu, używając form: „Ja mogę”, „Ja wiem” albo „Ja uważam, że…”.

Jesteśmy odpowiedzialni za klimat stosunków z innymi ludźmi, więc uznajmy, że sami potrafią dokonywać wyborów i odpowiadać nam „tak” bądź „nie”. Nie bawmy się w zgadywanki, nie owijajmy w bawełnę, nie stosujmy podchodów, aby coś od innych uzyskać. Prośmy o to, co chcemy otrzymać i wyrażajmy swoje życzenia oraz potrzeby jasno i precyzyjnie. Sami znamy je najlepiej, a wyrażając je, opowiadamy o sobie innym.

Jeżeli myślimy „nie”, nie mówmy „tak”. Jeżeli myślimy „tak”, nie mówmy „nie”. Nie udawajmy, że wybaczamy, kochamy, rozumiemy jeżeli nie możemy lub nie chcemy wybaczyć, kochać, zrozumieć. Nie mówmy, że coś popieramy, jeżeli nie chcemy tego uczynić. Unikajmy fałszu, pamiętając o tym, że zdecydowanie wypowiedziane „nie”, mówi o nas coś istotnego.

Nie mówmy: „Denerwujesz mnie”. Najczęściej bowiem jest tak, że denerwuje nas coś, co druga osoba robi, a nie ona sama. Mówmy więc o swoich uczuciach. Co prawda możemy powiedzieć: „Jestem na ciebie wściekły”, ale to niewiele zmieni. Jeżeli powiemy: „W tej chwili jestem na ciebie wściekły, ponieważ uważam, że to jest niewłaściwe, że ty…” wówczas otwiera się szansa porozumienia i pójścia do przodu,  ponieważ o tym, co naszym zdaniem jest niewłaściwe, będziemy mogli porozmawiać.

Oczywiste jest, że należy wybaczać, jednak praktyka szybkiego przepraszania za coś, co złego uczyniliśmy albo wypowiedzieliśmy, jest z gruntu fałszywa i cwana. Umożliwia bowiem uniknięcia konfrontacji i poznania prawdy. To sposób manipulacji, który przenosi uczucia i winę ze szkodzącego na poszkodowanego. Nie chcemy mieć poczucia winy za złe postępowanie, więc szybko przepraszamy i tym samym druga strona jakby nie mogła już być na nas zła. A jeśli mimo tego wciąż będzie zła, powinna mieć poczucie winy. Zamiast ustosunkować się do tego, co zrobiliśmy złego, natychmiastowymi przeprosinami próbujemy uniknąć odpowiedzialności oraz pozbawiamy się szansy na zmiany.

Unikajmy ogólników, bądźmy konkretni. Nie mówmy: „Wszystko jedno”, bo to nie jest prawda. Opowiedzmy raczej o tym, co jest nam obojętne, i wymieńmy parę rzeczy, które mają dla nas znaczenie. Nie używajmy zwrotów, typu: „Wszyscy się na mnie uwzięli”, „Nikt się ze mną nie liczy”. Raczej konkretnie wymieniajmy tych, którzy się na nas uwzięli, bo wtedy powstaje szansa, że zastanowimy się nad tym, czy na pewno na nas, a może uświadomimy sobie, kto rzeczywiście się z nami nie liczy?

Nie pytajmy o sprawy, które znamy. Często zadajemy pytania nie po to, by otrzymać odpowiedzi, ale by samemu coś osiągnąć, na przykład zakomunikować: „Nie zgadzam się z tobą”. Nasze pytania często mają wpędzać naszych rozmówcę w pułapkę, zapędzać ich w kozi róg, peszyć albo pokazywać, że wiemy coś lepiej. Zamiast zadawać takie pytania, sami opowiadamy o tym, co wiemy, czujemy i myślimy.

Bywa, że w trakcie rozmów serca nam walą, gardła mamy wyschnięte, odczuwamy skurcze, ale zachowujemy się tak, aby rozmówcy nic nie widzieli, a to jest złe. Jesteśmy nauczeni grać role, sprawiać wrażenie spokojnych i wszystko wiedzących, nawet gdy wątpimy i nie mamy pojęcia, co zrobić. W wyniku takich zachowań przestajemy być sobą, sami prowokujemy groźne choroby, sprowadzamy na siebie stres, niszczymy nerwy. W wyrażaniu siebie ważna jest harmonia. Komunikaty, uczucia i czyny muszą być zgodne. Wtedy dla innych będziemy autentyczni i wiarygodni, a sami będziemy zdrowi i szczęśliwi.


lut 18

W powszechnym przekonaniu doświadczenie szczęście jest tak ulotne, a ono w swej istocie do tego stopnia niedefiniowalne, że nawet najbardziej ogólne próby opisania szczęścia nie mogą się powieść.

Jak to często bywa, mam odmienne zdanie. W moim przekonaniu najprostszą i najskuteczniejszą receptę na szczęście proponuje chrześcijaństwo, oczywiście w wersji pogłębionej duchowo, w której życiowe wybory oraz intelektualny wymiar bycia uczniem i przyjacielem Jezusa, nie funkcjonują tylko w sferze publicznej i społecznej, w postaci przynależności do kościelnej instytucji, ale są realizowane w wewnętrznym doświadczeniu Bożej obecności, z istotnym udziałem emocji, wśród których, obok miłości, trzeba umieścić wiarę.

Chrześcijański przepis na szczęście nie jest egalitarny ani nie wymaga szczególnych ćwiczeń duchowych bądź cielesnych. Jest przejrzysty i łatwy do zrealizowania. Opiera się na słowach i czynach Mistrza i Nauczyciela, Jezusa z  Galilei, czyli na Jego duchowości, chociaż nie bez późniejszych wpływów. Składa się z czterech elementów, których nie należy traktować jako kolejnych stopni wewnętrznego rozwoju. Razem wzięte, bez wewnętrznej hierarchii ważności, umożliwiają zwyczajnie ludzkie doświadczenie szczęścia.

Wdzięczność

Skoro najważniejszym gestem chrześcijaństwa jest eucharystia, czyli sakrament dziękczynienia, który nie pozostaje bez wpływu na duchowość uczestniczących w nim ludzi, bez cienia wątpliwości uznaję, że jednym z komponentów szczęścia jest wdzięczność za wszystko, co człowieka kształtuje i co dzieje się w historii jego życia. Wdzięczność, bez cienia podejrzenia, że jest się wystawionym na zły los i nie ma się wpływu na własne życie, czyli emocjonalny stan dziękczynienia za dobro, którego jedynym źródłem i celem jest uśmiechnięty, zbawiający i miłosiernie leczący Bóg, sama w sobie już jest jakimś doświadczeniem szczęścia, aczkolwiek ono jest większe i wprowadza człowieka w pewien sposób istnienia, zwany przez chrześcijan Królestwem Bożym, którego sama wdzięczność nie jest w stanie zapewnić.

Wybaczenie

Skoro człowiek dziękuje za wszystko, co jest jego udziałem, i nie czuje żalu do nikogo ani niczego, chociaż z powodu wielu przykrych doświadczeń mógłby sobie przyznać do niego prawo, a tym samym zgorzknieć i stać się źródłem wielu nieodpuszczonych zranień, które generowałyby negatywne i chorobotwórcze relacje oraz były źródłem złych emocji dla niego samego, więc staje się istotą wewnętrznie wolną. Tym samym, wszystkim i wszystkiemu, z uczuciem ulgi i z radością potrafi wszystko wybaczyć, co z adamicznego (egoistycznego, związanego z grzechem i pragnieniem zachowania samego siebie ze wszelką cenę) punktu widzenia życiowych potrzeb mógłby uznać za szkodę. Nienawiść jest zmarnowaną energią życia, a w wielu wypadkach wręcz źródłem nieszczęścia i wielu chorób, nie tyle w człowieku, który zawinił, ile paradoksalnie w tym, który nie potrafi albo nie chce odpuścić i wybaczyć. W efekcie człowiek wciąż powraca do zranienia, poczucia niesprawiedliwości, i tworzy w sobie negatywne wyobrażenia krzywdy, które uniemożliwiają mu zwrócenie się ku przyszłości i podążenie ku wciąż rozszerzającej się perspektywie życia. Kto nie wybacza, żyje przeszłością, tymczasem doświadczenie szczęścia jest związane z tym, co się dzieje; co się staje; co jest nowe.

Hojność

Pogłębioną formą wybaczenia jest hojność, kolejny element chrześcijańskiego przepisu na szczęście. Należy ją jednak osadzić w wyważonym i ewangelicznie mądrym kontekście miłości, która nie uzależnia obdarowanego od obdarowującego ani sama siebie nie uzależnia od przedmiotu miłowania. Mamy bowiem wówczas do czynienia z postawą, często opisywaną przez biblijnych autorów, z którą często spotykał się Jezus z Galilei, a mianowicie absolutyzowania czegokolwiek (mało istotne co to jest) poza Bogiem, czyli z grzechem w sensie ścisłym. Uwzględniając ludzkie pragnienie bycia szczęśliwym, życie w grzechu oznacza, że niepotrzebnie uzależniamy szczęście od tego, co jest stworzone, a więc przemijające. Tym samym pozbawiamy się szczęścia, a sprawiamy sobie nieszczęście w postaci niepewności, lęków i chorób. Hojność jest aktem czystej miłości, bezinteresownej i nie kalkującej. Jest darowywaniem dobra tym, których się kocha. Dodajmy, że nie można być hojnym, ofiarowując jedynie to, czego ma się w nadmiarze. Hojność jest wyrzeczeniem się tego, czego w szczególny sposób się pragnie. W tym sensie jest aktem ofiary w najczystszej postaci. Dlatego szczęśliwi ludzie potrafią ofiarowywać zarówno siebie, jak i dobra, które mają do dyspozycji.

Harmonia

Postawa hojności jest pewnym znakiem, że w życiu człowieka panuje harmonia, czwarty element chrześcijańskiego przepisu na szczęście. Taki człowiek wie, co jest dla niego najważniejsze, jaki jest cel życiowej drogi i w czym powinien upatrywać sensu swojej egzystencji. Człowiek szczęśliwy czuje się ocalony od wewnętrznego chaosu niespełnienia i braku wiedzy o tym, co jest dla niego najważniejsze, a scalony z zewnętrznym światem umie trafnie i odpowiednio do swojego potencjału określać życiowe cele i je realizować. W tym sensie doświadczenie szczęścia jest bliskie, a być może tożsame z pewnością zbawienia, czyli o-calenia z otchłani śmierci i s-calenia człowieczeństwa, pomimo demonicznych prób odwracania człowieka od źródła życia, czyli od Boga.

 


lut 18

Brąz

Marek Uglorz | Aktualności, Tęcza życia | 18.02.2014 |

Brąz uważany jest za najbrzydszy kolor, ponieważ naturalnie towarzyszy naszemu codziennemu życiu. Składając się z czerwieni, żółci oraz odrobiny czerni, mimo wszystko należy do kolorów ciepłych i przywołuje na myśl to wszystko, co jest związane z przyrodą, na przykład ziemię, drzewa albo drewno. Kojarzy się ze spokojem, harmonią i równowagą. Przywołuje obrazy świeżo zoranej roli, ściółkę w iglastym lesie i kawałki gruntu wyłaniające się wiosną spod pierzyny śniegu.

Brąz to wypoczynek na wiklinowej kanapie, wśród zapachu jesiennego lasu i wypalanej glinki. To kolor bezpieczny i ciepły Daje stabilizację, poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Jest domeną tego wszystkiego co wiąże się z żywiołem ziemi, a mianowicie z praktycznością, sumiennością, ciężką pracą i konkretem.

Dlatego brąz, będąc symbolem ziemi (humus), jest też symbolem człowieka (humanitas) oraz pokory (humilitas), często także biedy. Stąd niektórzy zakonnicy noszą się właśnie na brązowo. W konsekwencji brąz, jak czerń, ma w sobie wiele powagi, jest jednak cieplejszy. Dodaje otuchy i pozytywnego wsparcia, nie tylko tym, którzy uwielbiają ów kolor pod postacią pysznej i zdrowej czekolady.

Ludzie, poszukujący tego koloru, są osobami ciepłymi i rodzinnymi, którym brakuje stabilizacji. Są uczciwi, odpowiedzialni, sumienni i pracowici, dlatego zawsze można na nich liczyć. Niekiedy wykazują się sztywnością poglądów i konserwatyzmem. Często boją się przyszłości, a każda niewiadoma budzi w nich lęk. Chcieliby znaleźć pod stopami silne oparcie, które pozwoliłoby im spokojnie iść przez życie. Pragną zmienić swój charakter i nieco go wzmocnić, lecz przychodzi im to z trudem.

Osoby, lubiące brąz, chciałyby znaleźć oparcie w sobie samych, bo przecież moc i wartość człowieka jest związana z osobowością i możliwościami, które potrafi wykorzystywać. Tymczasem zwolennicy brązu nie wierzą we własne siły. Obawiają się, że nie są wystarczająco dokładni i sumienni, dlatego dokładają starań, aby w pracy być perfekcjonistami. Ich niepewność najczęściej bierze się z problemów w relacjach prywatnych, gdzie nie sprawdzają się jako partnerzy i w konsekwencji uciekają w inne dziedziny życia, w których mają szansę się wykazać. Rezygnując ze sfery osobistej, skupiają się na działalności zawodowej, poświęcając jej wiele czasu i energii. To sprawia, że osoby, które chętnie ubierają ten kolor są postrzegane z reguły jako odpowiedzialni i rzetelni pracownicy, na których zawsze można polegać.


lut 8

Książka pt. Barwny świat gołębi rasowych, (Tom I, Jasienica 2014)

wychodzi naprzeciw oczekiwaniom wielu hodowców gołębi, którzy w swojej biblioteczce chcą mięć opracowanie, dotyczące hodowanych przez siebie gołębi, ale bez zbędnych informacji, które dla wielu są interesujące, warte zebrania i utrwalenia, ale dla większości zbędne i nieważne. Chodzi o historię powstawania poszczególnych ras, szczególnie o taką, która – zdaniem wielu hodowców – nie jest pewna, a oparta jedynie na skąpych przekazach i przypuszczeniach. Niewątpliwie praca, w której zebrane zostaną informacje na temat historii gołębiarstwa jest potrzebna, aby przyszłym pokoleniom przekazać informacje historyczne, oparte na źródłach pisanych, lub na ustnych przekazach. Starzy hodowcy umierają i nie­raz zabierają z sobą do grobu wiadomości, które nie powinny ulec zapomnieniu.

Książka pt. Barwny świat gołębi rasowych jest zbiorem zwięzłych opisów wielu hodowanych ras gołębi rasowych. Nie należy jej traktować jako obowiązujący wzorzec, ponieważ zgodnie z wytycznymi Europejskiej Federacji Gołębi, Drobiu i Królików, wzorzec musi być napisany według ściśle ustalonych reguł i zawierać konkretne dane.

W książce, obok polskiej nazwy rasy podany został numer, pod którym rasa została zarejestrowana na liście Europejskiej Federacji, zrzeszającej narodowe związki hodowców zaś bezpośrednio pod polską nazwą podane zostały nazwy w językach urzędowych Federacji, a więc w języku niemieckim, francuskim i angielskim.

Każdy opis rasy, znajdujący się w książ­ce, zawiera najpierw krótką informację na temat pochodzenia rasy, następnie opis budowy wzorcowego gołębia, należącego do danej rasy. Istotnym elementem opisu jest także wyliczenie odmian barwnych w rasie, krótka ich charakterystyka i opis istniejących rysunków uznanych przez wzorzec danej rasy. Opis rasy kończy się kilkoma uwagami dotyczącymi hodowli rasy. Podana została też średnica obrączki, jaka przewidziana jest dla danej rasy.

Książka nie zastępuje wzorca. Sędziowie muszą posługiwać się wzorcami oraz instrukcjami – o ile one istnieją – do konkretnych wzorców. Niniejsza książka jest przeznaczona głównie dla hodowców go­łębi, którzy nie są sędziami i dla tych, którzy po jej lekturze zdecydują się hodować gołębie rasowe. Oczywiście książka oparta jest na aktualnych wzorcach gołębi rasowych w języku polskim, niemieckim, angielskim, czeskim, węgierskim i rosyjskim oraz na dostępnych w internecie informatorach Europejskiej Komisji Standaryzacyjnej.

Praca pt. Barwny świat gołębi rasowych początkowo była pomyślana jako książka licząca nieco ponad 400 stron. W trakcie jej pisania, ilość stron gwałtownie się zwiększała i okazało się, że ze względów technicznych, lepiej będzie dodać nowe opisy i podzielić ją na trzy części, z których każda liczyć będzie niewiele ponad 200 stron.

Pierwszy tom pracy Barwny świat gołębi rasowych składa się z Wprowadzenia  i czte­rech rozdziałów. Wprowadzenie zawiera krótką historię udomowienia dzikiego gołębia skalnego oraz zwięzłą historię rozwoju hodowli udomowionego gołębia na terenie Azji i Europy, aby uświadomić hodowcom gołębi, jak bardzo stara jest miłość do gołębi. Ostatnia część pt. Wprowadzenie zawiera kilka uwag, dotyczących selekcji, którą należy przeprowadzić po każdym sezonie lęgowym i wstępnego przygotowania gołębi na wystawę.

We wzorcach powstałych przed 2006 rokiem brak jest jednolitej terminologii, co utrudnia ich interpretację. Po roku 2006 roku konsekwentnie wprowadza się wcześniej uzgodnione terminy i systematycznie aktualizowane są stare wzorce. Praca ta potrwa jeszcze przez pewien czas. Książka wpisuje się w ten kontekst, a autor jej ma nadzieję, że w najbliższym czasie hodowcy gołębi w całej Polsce posługiwać się będą terminami występującymi we wzorcach i niniejszej książce, głównie na określenie rysunków i kolorów.

Pierwszy rozdział tomu I poświęcony jest rasom gołębi należących do grupy I (ufor­mowane). W drugim rozdziale omówione zostały gołębie należące do grupy II (bro­dawczaki), w trzecim należące do grupy III (kuraki), a w czwartym do grupy IV (dęte). Na pierwszej stronie każdego rozdziału znajdują się niezbędne wia­domości na temat danej grupy oraz spis ras, które zostały opisane w rozdziale.

Książka jest bogato ilustrowana. Nie wszystkie zdjęcia przedstawiają wysokiej klasy gołębie, a więc znajdujących się na nich gołębie nie można traktować jako wzorcowe. Rysunki wzorcowe  gołębi znajdują się we wzorcach.

Na końcu każdego tomu książki, tej, którą niniejszym oddaję do ręki Czytelników, jak też i tych części, które się dopiero ukażą, Czytelnik znajdzie alfabetyczny indeks ras opisanych w danej części, z podaniem strony, na której rozpoczyna się opis.

Na końcu części III zamieszczony zostanie wybór najnowszej literatury, publikowanej głównie w języku polskim, niemieckim, czeskim i rosyjskim.

Zdjęcia gołębi, poddane obróbce graficznej, pochodzą z albumu Zdzisława Jakubanisa, pt. Album gołębi rasowych, Lublin 2013.

Z Przedmowy

Kontakt z autorem:

e-mail: mku842@escobb.com.pl; tel. stacjonarny: 33 8 152 026; kom. 600 236 361

 

 


lut 7

Chwila

Marek Uglorz | Aktualności, Wiersze | 07.02.2014 |

chwila, chwilą, chwilę pogania

nikt już nie wie, po co jest ta chwila

skoro chwilę później inna chwila ją przegania

 

szybko mija każda chwila,

w której czujesz się szczęśliwy

więc pożegnaj tamtą chwilę, bo żyjesz w tej chwili


lut 7

Patrząc na Jezusa ja­ko na mężczyznę, którego opisują cztery Ewangelie, możemy zafascy­nować się trzema aspektami:

1. W każdej sytuacji, relacji, doświadczeniu Jezus jest obecny całym sobą. Kiedy występuje, to po pro­stu jest i emanuje męską siłą. Nikt nie może przejść obok Niego obojętnie. Słuchając Go, nie można zasnąć. Jego słowa trafiają w serca i myśli. Potrząsają słuchającymi, wyrywają ich ze snu, bezmyślności, starych wzorców zachowań.

2. Jezus jest wewnętrznie wolny od dążenia do umieszczenia w centrum swojego „ja”. Pieniądze i władza nie są dla Niego ważne. Czuje się wolny, dzięki czemu może powiedzieć to, co czuje. Nie musi się liczyć z tym, jak będzie oddziaływał na ludzi albo jakie konsekwencje pociągną za sobą Jego słowa i czyny. Jest też wolny od pragnienia, żeby za wszelką cenę zdobyć uznanie, zaszczyty, chwałę, bo wie, że nie przedstawiają wielkiej wartości.

3. Jezus jest w pełni mężczyzną czystym, prawdziwym i nienaruszonym. Emanuje czymś pierwotnym i jasnym, ponieważ  ma kontakt ze swoją prawdziwą istotą. Jest zakorzeniony w Bogu. To uwalnia Go od lęku przed opuszczeniem i śmiercią. Jezus spoczywa w sobie bądź w Bogu. Nie daje się zastraszyć ani onieśmielić, ani zapędzić w kozi róg. Jest nieprzekupny i bezinteresowny w miłości.

Te trzy aspekty są cechami prawdziwego mężczyzny, bez lęku mówiącego to, co myśli; występującego z mocą, obok którego nie można przejść, nie zarażając się jego dynamizmem albo bez konfrontacji z nim.

 


lut 6

Polecam lutowe wydanie The Poland Times:

http://issuu.com/banki18/docs/tptluty2014


sty 22

To, w jaki sposób zinterpretujemy jakieś wydarzenie, spotkanie, emocję albo proces, zależy od tego, jakich użyjemy słów, te zaś nie pozostają bez wpływu na nasze samopoczucie i oczekiwania, które łączymy z przyszłością. W ten sposób wpadamy w błędne koło negacji wszystkiego i wszystkich wokół nas. Niemal wszędzie czają się wówczas źli ludzie, knujący zło; wszystko jest bez sensu; najlepsze doświadczenia są za nami, a nam pozostaje przyglądać się postępującej degrengoladzie. Niestety wielu funkcjonuje właśnie w taki sposób, tworząc kolejne kręgi negatywnych interpretacji, z wpływu których – im są starsi – jest im coraz trudniej się wyrwać. Gorzknieją, a świat jawi im się jako całkowicie zepsuty, w którym ostatnią, jeszcze jaśniejącą wyspą są oczywiście oni wraz z tymi, którzy w podobny sposób interpretują życie i świat.

Tymczasem wystarczyłoby zacząć używać innych słów, żeby oceny nie miały mentorskiego charakteru, którym często paraliżujemy słuchaczy, a wewnętrzny świat ducha uczynić mniej skłonnym do skrajnego pesymizmu. Chrześcijanie mogą uczyć się tego sami od Mistrza i Nauczyciela z Galilei, ale muszą bardziej świadomie czytać ewangelie. Wiele dobrego mogliby też uczynić księża i katecheci, którzy powinni porzucić cierpiętniczy styl mówienia, odpowiadający mniej więcej Pasji M. Gibsona, a zacząć niuansować swoją interpretację oraz przekaz, używając słów adekwatnych do tego, co jest opisane w ewangeliach.

Jezus z Galilei w człowieku nie szukał negatywów, a zawsze chociaż najmniejszego jasnego punktu zaczepienia, aby móc wykorzystać go, do rozbudzenia wiary. Jeśli nawet wypowiadał prowokujące słowa albo zadawał trudne pytania, zawsze miały na celu obudzenie samoświadomości i wzruszenie wolą człowieka. To prawda, że wypowiedzi Jezusa o Bogu prawie zawsze bulwersowały, nie dawały słuchaczom spokoju. Dlaczego? Bo ich celem było budzenie nowych wyobrażeń Boga, a tym samym budowanie nowych obrazów samego siebie w słuchaczach. Posługiwał się więc skuteczną i bardzo współczesną metodą ukierunkowywania człowieka ku zdrowiu, radości, szczęściu i zbawieniu. Jezus nie zwracał się do nikogo taki sposób, aby go pozostawić w jego chorobie i ciemnościach duszy, ale umożliwić mu wyjście na wolność i światłość.

Również ludzkie dzieje Jezus interpretował w radykalnie nowy sposób. Najlepszym przykładem jest opowiadanie o lekturze księgi proroka Izajasza w nazaretańskiej synagodze (Łk 4,16-20). Nauczyciel z Galilei odczytał i zinterpretował fragment proroka, bardzo łatwy do identyfikacji, który kończy się w następujący sposób: „Abym ogłosił rok łaski Pana i dzień pomsty naszego Boga, abym pocieszył wszystkich zasmuconych” (Iz 61,2). Charakterystyczne jest zakończenie Jezusa, będące jednocześnie Jego interpretacją dziejów: „Abym zwiastował miłościwy rok Pana. I zamknąwszy księgę, oddał ją słudze i usiadł” (Łk 4,19n). Ilu chrześcijan byłoby skłonnych swojemu Nauczycielowi przyznać rację? Bardzo niewielu. Przecież najpopularniejsza ocena, dziejących się współcześnie procesów, a także ludzkich zachowań, jest mniej więcej taka: To wszystko musi upaść albo zostać doszczętnie rozwalone, żeby wreszcie mógł triumfował mój (nasz) punkt widzenia.

A kto w skrajnie negatywny sposób interpretuje wydarzenia oraz ludzi, używa przecież słów, które jego samego w podobny sposób interpretują. Więc nie ma się co dziwić, że tacy ludzie wpadają w zastawioną przez samych siebie sieć, błędnego koła negacji, w którym – wbrew temu, co mówią – sami sobie kreują nieprzyjemną i pełną negatywnych emocji przyszłość.

Czas z tym skończyć, jeśli oczywiście pragniemy dobrych i jasnych dni. Rozpocząć między innymi powinniśmy od zmiany słownictwa, żeby móc inaczej myśleć i swoim interpretacjom nadawać pogodniejszy charakter, bardziej wyważony i obiektywny, w których znajdzie się też pochwała przedsięwzięć ludzi, nieprzychylnych nam albo ideologicznie nam obcych. Gdy więc chciałbyś powiedzieć: Mam problem, który mnie przerasta, może lepiej powiedz: Muszę skupić się na rozwiązaniu zadania, które otwiera przede mną nowe perspektywy? Albo gdy jesteś zmęczony, zamiast: Umieram ze zmęczenia, lepiej: Zużyłem energię, którą zregeneruję modlitwą, spacerem albo lekturą? A gdy w urzędzie jesteśmy zdenerwowani, zamiast podnosić na Urzędnika głos i próbować zmotywować go do pracy słowami: Ależ tu macie bałagan bądź: Czy Pan(i) w ogóle wie, o czym mówię?, może lepiej byłoby tak: Szkoda, że nie możemy tego szybko załatwić, ale ufam w Pana(i) dobre intencje?  Natomiast, gdy irytuje nas rządząca partia, nie rozgłaszać po świecie informacji, że najpewniej chce rozkraść i rozprzedać narodowy majątek, ale raczej w formie życzeniowej komunikować: Zapewne stracili orientację, co w tej chwili jest dla nas najważniejsze, ale ufam, że odnajdą właściwą drogę?

Po co przyciągać cierpienie i nieszczęście, skoro wszystko można objąć dobrym słowem, czyli błogosławić?


sty 17

Polecam styczniowe wydanie The Poland Times:

http://issuu.com/banki18/docs/styczen2014


sty 14

Męstwo

Marek Uglorz | Aktualności, Mądrość życia | 14.01.2014 |

Męstwo pierwotnie było cnotą żołnierzy i sportowców. Antyczni filozofowie rozu­mieli męstwo jako wewnętrzną postawę wobec życia. Nie myśleli o odwadze w walce, lecz o gotowości do obrony uznawanych przez siebie wartości. Męstwo związane jest z wytrzymałością i wewnętrzną wolnością. Kto dzielnie walczy o wyznawane przez siebie wartości, doświadcza sprzeciwu i ran. Nie porzuca ich jednak, ale wsłuchuje się w ów sprzeciw i pyta, czy nie nazbyt zuchwale chciał je przeforsować. A kiedy w ramach samooceny rozpoznaje, że musi iść dalej tą drogą, wtedy już nic go nie powstrzymuje. Kontynuuje walkę o wartości, nie obrażając się, gdy inni się sprzeciwiają. Przyjmuje wyzwanie i walczy uczciwymi środkami.

Dzisiaj prawdziwe męstwo nie występuje często. Zarówno w polityce, jak i na przykład w Kościołach jest wielu populistów, którzy kierują się nastrojami ludzi i mówią to, co inni chcą usły­szeć. Duszpasterze nie sugerują się wprawdzie wynikami sondaży, ale często nie mają dość odwagi, by przeciwstawić się narzuconym z góry czy z zewnątrz wytycznym albo ocenom, nawet wtedy gdy widać, że nie przyniosą one korzyści. Mimo wszystko wdrażają metody i pomysły, nie konsultując się z nikim. Chowają się za murem nakazów, ograniczeń, niezależnej od nich konieczności czy siły wyższej. Gdy muszą komuś odmówić bądź przedstawić swój punkt widzenia, starają się uczynić to w sposób jak najbardziej bezosobowy, bez szczerej rozmowy. Nie patrzą drugiemu w oczy i nie stawiają się w jego sytuacji.

Biblijne przykłady męskich zachowań, oczywiście poza świadectwem o Jezusie, odnajdujemy w starotestamentowej narracji o Samsonie, czyli typowym wojowniku. Myśląc o męstwie wojownika warto uwzględnić to, że ów archetyp nie jest jednolity. Przykładem jest cho­ciażby grecki bóg wojny Ares (łac. Mars), który z jednej stro­ny reprezentuje pozytywną męską siłę, z drugiej zaś, z powo­du swojej popędliwości i żądzy walki, cieszy się najmniejszym poważaniem u bogów Olimpu. Człowiek, szczególnie mężczyzna, o cechach Marsa ma bezpośredni kontakt ze swoimi uczuciami i ciałem, ale może ucieleśniać także wymykającą się spod kontroli skłonność do kłótni.

W pozytywnym sensie wojownik oznacza tego, kto kon­frontuje się ze swoim lękiem i bierze swój los we własne ręce. Prawdziwy wojownik walczy zawsze o życie. Nie walczy prze­ciwko komuś, lecz za ludzi, żeby mogli żyć w pokoju. Dlatego nie urze­czywistniając archetypu wojownika nigdy nie będziemy zdol­ni do życia w pokoju i solidarności w sposób świadomy. Prawdziwy wojownik bierze odpowiedzialność za swoje życie. Dystansuje się do oczekiwań innych wo­bec siebie, ale to prowadzi do konfliktów.

Grecy znają „agonię”, czyli intensywnie odczuwany ból, związany z męstwem. Agonia jest walką na śmierć i życie, ozna­cza gotowość do zaangażowania się w coś nawet za cenę życia. Z byciem męskim wiąże się ryzyko śmierci, ja­ko konsekwencja zaangażowania się po stronie życia. Wojownik musi więc nauczyć się żyć z agonią, chyba że zdecyduje się pozostać widzem i spędzić swoje życie jako obserwator, na tarasie, w wygodnym fotelu, przy szklance dobrego trunku, w towarzystwie cnotliwych panienek. Ten, kto realizuje archetyp wojownika, musi się liczyć z tym, że zostanie zraniony i doświadczy lęku.

Wojownik nigdy nie stosuje przemocy, lecz walczy o wyznawane przez siebie wartości, nie dopuszczając do sytuacji, w której stałby się „ofiarą losu”. Przeciwieństwem wojownika nie jest mediator, rozjemca, a bierna ofiara, która identyfikuje się z rolą ofiary i ciągle biadoli nad tym, jak jej źle, ale sama nie angażuje się w walkę o dobro.

Biblijna historia o Samsonie uświadamia istotne aspekty wojownika. Jest pogromcą lwów, dobrym strategiem graczem odgadującym zagadki. Potrafi umiejętnie obchodzić się z agresją. Walczy nie tylko z pomocą swojej siły, lecz także inteligencji. Jest to walka posługująca się grą. Samson jest mistrzem w uwalnianiu się z pęt. Potrafi rozerwać więzy, którymi krępują go pobratymcy, żeby od­dać go w ręce Filistynów. Nie da się ująć, ograniczyć czy zdominować nawet przez swoich przyjaciół. Wojownik jest wolnym człowiekiem. Nikt nie jest w stanie go zniewolić.

Współczesność pilnie potrzebuje męskich osobowości, które wyłamują się z powiązań i grup interesów, walcząc w wolności o podstawowe wartości i życie.

W wiekach średnich istniało zjawisko miłości dworskiej. Ryce­rze staczali zażarte pojedynki o kobietę, którą czcili i adorowa­li. Walkę wiązali z miłością. Ci rycerze nie byli zawadiakami, lecz łączyli ze sobą walkę, umiar i dobre obyczaje. Ujmowali się za biednymi. A ich dworska miłość polegała na tym, że marzyli o szlachetnej damie, nie koncentrując się wyłącznie na seksualności. My tymczasem sądzimy, że wo­jownik obchodzi się z kobietami w sposób grubiański. W mi­łości dworskiej rycerz miał zupełnie inny stosunek do kobiet.

Rycerz nie chciał posiąść kobiety na własność. Kochał ją i opiewał swoją miłość w pięknych pieśniach, zachowując pe­łen respektu dystans do uwielbianej kobiety. W dzisiejszych czasach trudno powielić dworską miłość, można jednak uczyć się łączenia archetypu wojownika z archetypem kochanka, ponieważ pomiędzy nimi istnieje ścisły związek.

Tylko męski mężczyzna jest prawdziwym kochankiem.


« Wcześniesze wpisy